Zaletą  expose Jarosława Kaczyńskiego była jego zwięzłość i komunikatywność. Tym razem nie padły owe wszystkie tak przez niego ukochane „deprywacje” i „repulsje”, nie było zawiłego języka,  była za to lista konkretnych zapowiedzi przedstawiona całkiem rzeczowo. Wiele propozycji to naturalnie powtórzenia (likwidacja NFZ, wybór między OFE i ZUS), ale to akurat trudno uznawać za wadę.

Ja bym na miejscu gorących zwolenników prezesa PiS oszczędnie gospodarował zachwytami, że oto było bardzo „spokojnie” (bo dotykają przy okazji problemu z niektórymi innymi wystąpieniami swojego ulubionego bohatera). Ale też trudno tym zapowiedziom coś zarzucić – dobrze przygotowane przez partyjnych ekspertów, dobrze wygłoszone.

Nie mam pretensji o to, że ogólna wymowa tego pakietu programowego jest zdecydowanie prospołeczna, bo taką partią, socjalną, prozwiązkową, jest dzisiaj PiS. Tylko proszę na przyszłość nie zestawiajcie go z amerykańskimi republikanami, w tym względzie bowiem, przypomina raczej – uwzględniając różnice w realiach obu krajów – amerykańskich demokratów. Uzupełnia tę logikę całkiem spójny program w dziedzinie  edukacji (obrona tradycyjnej szkoły), kultury czy wymiaru sprawiedliwości.

W tych sferach jest to program solidnie konserwatywny, choć może, zwłaszcza gdy chodzi o walkę z przestępczością czy korupcją, nazbyt zwięzły. No ale rozumiem, że Kaczyński doszedł do wniosku, że nie drgnie mu w sondażach, kiedy wda się w rozważania o tym, jak powinna być zorganizowana prokuratura (choć po historii z Amber Gold nie wiem, czy to słuszne założenie). Ma drgnąć, gdy będzie się mówiło jak najwięcej o szpitalach, emeryturach czy walce z bezrobociem.

To stała cecha myśli PiS: sensowny program naprawy państwa jest trochę chowany za zapowiedziami socjalnymi i wciąż powracającym komunikatem, że oto my ożywimy wzrost, w przeciwieństwie do egoistycznych liberałów. Z dawnego programu reformatorskiej prawicy została obietnica uproszczenia systemu podatkowego – tu diabeł tkwi w szczegółach, za mało wiem aby oceniać.

Szkoda jednak, że zniknęły inne, można by rzec wolnościowe elementy dawnego programu obozu Kaczyńskiego: ułatwienia dla biznesu, deregulacja, budżet zadaniowy. Podczas konferencji prasowej po wystąpieniu prezes podtrzymał co prawda, odpowiadając na pytania, ogólnie poparcie dla deregulacyjnych zmian, które symbolizuje w PiS poseł Wipler (skądinąd na tej konferencji nieobecny) ale widać, że nie chce tego wysuwać na pierwszy plan, brać na sztandar.

Nie chce z dwóch powodów. Po pierwsze, po Amber Gold kojarzenie się z obroną racji biznesu musi się jawić dla partii antyestablishmentowej jako szczególnie ryzykowne. Nie wiem, czy to słuszne założenie, ale na przykład lewica chce atakować deregulacyjny program Gowina sugerując, że to dzięki kasowaniu i upraszczaniu przepisów tuczył się przez lata Plichta. PiS próbuje więc od tego sporu abstrahować.

Drugi, bardziej zasadniczy powód to wiara Kaczyńskiego w socjalną naturę buntu, który ma mu utorować drogę do władzy. Dochodzi do tego konkurencja z Ziobrą, który próbował go skubać z tej właśnie strony wypominając „liberalny kurs Zyty Gilowskiej”, obniżkę podatków itd. Teraz dochodzi jeszcze jedno: konieczność oglądania się na coraz bardziej wojowniczą „Solidarność”. Dopiero co pisałem o ambicjach Piotra Dudy, który rozważa pomysł wystawienia oddzielnych związkowych list do parlamentu. Żeby mu zagrodzić drogę, trzeba przemawiać coraz bardziej językiem związkowych aktywistów.

To kierunek zrozumiały, choć łatwo tu przegrzać, zwłaszcza w obliczu kryzysu ekonomicznego. On może popychać jak w Grecji do społecznego buntu, ale może też wywoływać odruch skupiania się Polaków wokół rzekomo bardziej odpowiedzialnej władzy. I odruch strachu przed politykami, którzy co i rusz wychodzą na ulice z przyczyn ekonomicznych.

Z tych samych powodów powiedzmy sobie szczerze, ten pakiet Kaczyńskiego może się finansowo nie domykać. Gdy zapowiadał nie podwyższanie VAT, wskazywał jeszcze skąd brać pieniądze (opodatkowanie sieci sklepów i banków podatkiem obrotowym). To ów słynny i trochę mityczny wątek sięgania do głębokich kieszeni.  Ale kiedy obiecywał nowe ulgi prorodzinne (skądinąd program wspierania rodziny jest pilny i potrzebny) czy uwolnienie z opodatkowania pierwszego tysiąca z każdej renty i emerytury, konkretnych środków już nie podał. Zakłada, że pieniądze przyniesie nowy system podatkowy. Przyniesie? Powtórzę, trzeba by znać szczegóły projektów ustaw, które zostały już napisane, ale z pewnością nie jest to program oszczędzania w trudnych czasach.

I na taki radykalizm trzeba się w najbliższym czasie nastawić. Zwolennicy Kaczyńskiego o bardziej liberalnych poglądach ekonomicznych będą się pocieszali, że jak weźmie władzę, zaprosi do rządu kogoś w rodzaju Zyty Gilowskiej i wtedy przyjdzie czas na oszczędności. Inni będą za to powtarzać, że to inna wersja programu lewicowego, skuteczniejsza konkurencja dla SLD. Zważywszy na to, że adresuje swoje przesłanie do biedniejszych, coś w tym  jest.

Jeszcze innym będzie wystarczyć, że zobaczą nowego Kaczyńskiego, bardziej rzeczowego. Ja wolę go oglądać, gdy piętnuje nawet ostrymi słowami oligarchiczny system społeczny niż gdy wdaje się w szczegółowe konstruowanie kolejnych programów walki z bezrobociem czy  tworzenia funduszu mieszkaniowego. W tej pierwszej roli mnie przekonuje, w tej drugiej mniej. Wtedy szukam też za jego plecami przyszłych ministrów. I jak na razie nie zawsze  znajduję.