Jaką to sieczkę trzeba mieć w głowie, żeby wpaść na pomysł stawiania sowietom pomników w rocznicę Bitwy Warszawskiej?

Na zdjęciu: Autor na planie filmu "Bitwa Warszawska. 1920". Fot. Archiwum autora
Na zdjęciu: Autor na planie filmu "Bitwa Warszawska. 1920". Fot. Archiwum autora

Na zdjęciu: Autor na planie filmu "Bitwa Warszawska. 1920"

18 sierpnia miałem okazję wziąć udział w rekonstrukcji słynnej szarży arcelińskiej. To tam, 10 km od Płońska, 92 lata temu, miał miejsce przełomowy bój Bitwy Warszawskiej. Wbrew pozorom, to nie Radzymin był kluczem do zwycięstwa, bądź klęski bolszewików, lecz obszar pomiędzy Płockiem, a Płońskiem – najsłabszy punkt polskiej obrony. Sowieci kopiowali manewr Paskiewicza z Powstania Listopadowego i chcieli obejść stolicę Polski północną flanką, by zdobyć ją od zachodu. Można zaryzykować twierdzenie, że atakowali w starym, dobrym stylu. Opór V Armii gen. Sikorskiego próbował przełamać m.in. kawaleryjski korpus Gaj-Chana i o mały włos, by mu się to udało. Właśnie pod Arcelinem, gdyby nie zaskakująca szarża 300 naszych jeźdźców z 1 Pułku Szwoleżerów i 201 Ochotniczego Pułku Szwoleżerów, które rozbiły w proch i pył sowieckie natarcie. Wzięto ok. 1000 jeńców i temat zagrożenia polskiego lewego skrzydła zniknął z narad Sztabu Głównego.

Jak po prawie stu latach ustawialiśmy się ponownie do szarży nasz dowódca zachrypłym od komend głosem zaznaczył, że mamy iść „w starym, dobrym stylu”. To znaczy w dwóch, równych liniach, szybkim galopem, kolano w kolano, bez względu na to, co się wydarzy. Nie chciałbym być po bitwie w skórze tego, kto złamie szyk. Przyszedł mi wtedy na myśl dialog z bitwy pod Waterloo pomiędzy Wellingtonem - głównodowodzącym siłami brytyjskimi, a jednym z generałów piechoty sir Thomasem Pictonem. Obserwując przez lunetę, zbliżający się do linii angielskich 30 tys. francuski korpus D’Erlona naczelny wódz powiedział - Atakują w starym dobrym stylu. Szli powoli noga w nogę, linia w linię, przy warkocie werbli w huraganowym ogniu artylerii, który dziesiątkował ich szeregi. Na to Picton, ekscentryk, ubrany jak zwykle po cywilnemu i z cygarem w ustach odpowiedział Wellingtonowi flegmatycznie – I w starym dobrym stylu będziemy musieli ich odeprzeć.

Picton zginął, ale atak odparto.

Kiedy już zająłem miejsce w szeregu przyszła mi do głowy inna myśl. Z konia, 100 metrów przed sobą widziałem rekonstrukcję wsi Arcelin, w której bolszewiccy żołdacy pastwili się nad ludnością cywilną. Była to tylko udawanka, ale na tyle sugestywna, że licznie zgromadzona publika czekała naszej szarży jak kania dżdżu. I wtedy zdałem sobie sprawę, jaką to sieczkę trzeba mieć w głowie, żeby wpaść na pomysł stawiania sowietom pomników w rocznicę Bitwy Warszawskiej. A coś takiego zdarzyło się naprawdę.

W kwietniu 2007 w Polakówej Górce koło Wołomina w ramach prac przygotowawczych pod mający powstać  Park Kultury „Ossów – Wrota Bitwy Warszawskiej 1920 r.” odkryto zbiorową bolszewicką mogiłę. I nie byłoby w tym nic dziwnego, w końcu sowieci też tam ginęli, gdyby nie to, że sprawą zainteresował się ówczesny marszałek sejmu Bronisław Komorowski. Wsparł on ideę godnego pochówku bolszewików i nosił się z zamiarem zaproszenia na uroczyste otwarcie mogiły Borysa Gryzowa – Przewodniczącego Dumy Rosyjskiej. Nawet w tej sprawie spotkał się z ambasadorem Rosji w Polsce.

Godny pochówek to był początek. Pomysł ewoluował. Inicjatywa oczywiście była „oddolna”. Jak Bronisław Komorowski został prezydentem elektem, Rada Pomników Walki Męczeństwa zaproponowała postawienie tam pomnika. Pomnik miał nosić oficjalną nazwę „nagrobny”, bo nie chciano zawczasu drażnić opinii publicznej. W końcu monument stawiano ludziom, których wyczyny w latach 1919-1920 można by łagodnie określić jako „bandyterka”. Takie przedsięwzięcia znam z komuny i zawsze za nimi stała władza wyższa. Prezydent elekt „wsparł inicjatywę”, a w czerwcu 2010 r. karty zostały odkryte i okazało się, że odsłonięcie pomnika nastąpi w 90 – lecie obchodów Bitwy Warszawskiej, czyli w Święto Wojska Polskiego. Autorem rzeźby został Marek Moderau, twórca m.in. pomnika ofiar katastrofy Smoleńskiej na Powązkach.

Otwarcie swoją obecnością miał zaszczycić Andrzej Kunert szef Rady Pomników Walki Męczeństwa, ambasador rosyjski w Warszawie Aleksander Aleksiejew oraz sam prezydent RP Bronisław Komorowski. Wojsko nawet przerzuciło most przez Czarną Strugę, by umożliwić notablom dotarcie na uroczystości. Tak wykuwała się „nowa świecka tradycja” obchodów Bitwy Warszawskiej.

Nie wzięto jednak pod uwagę żywiołowej reakcji ludności, która zebrana, by obejrzeć rekonstrukcję pod Ossowem, słusznie wzburzona, zapowiedziała marsz zbiorowy i manifestację pod pomnikiem. 10 minut przed dojazdem do celu, zawrócił samochód wiozący rosyjskiego ambasadora, prezydent w ostatniej chwili zrezygnował z przyjazdu. Dalsze losy pomnika to już żenująca historia, żenującego pomysłu. Wieczorem 15 sierpnia nieznani sprawcy namalowali na pomniku 3 czerwone gwiazdy. Protestowały masowo organizacje kombatantów w Polsce i zagranicą.

Miesiąc później, 17 września, pojawiły się napisy „Katyń 2010”, „Bronek nie darujemy usunięcia krzyża”. W końcu pomnik odsłonięto cichaczem w listopadzie – 3 miesiące po 90 rocznicy Bitwy Warszawskiej. Obecni byli tylko dwaj orędownicy tego pomysłu Andrzej Kunert i Tomasz Nałęcz z Kancelarii Prezydenta. Od tamtej pory nikt o tym miejscu nie pamięta oprócz służb porządkowych gminy Wołomin, które muszą ścierać różne, pojawiające się cyklicznie napisy i nie tylko. Taki był smutny finał, równie smutnej inicjatywy w nowym stylu - prezydenta Komorowskiego. Na szczęście, bo kto wie, może z okazji okrągłej rocznicy Powstania Warszawskiego nie postawiono by pomnika żołdakom RONA Kamińskiego, których zachowanie w walkach niczym nie różniło się od Krasnoarmiejców z 1920 r.

A w Arcelinie po udanej szarży, jak wracaliśmy trójkami wzdłuż widowni i trybun, oklaskiwały nas tłumy okolicznych mieszkańców. Pogoniliśmy bolszewię zarówno piechotę jak i jazdę. Wiali przez pola, aż się kurzyło. W tym roku przyszło dwa razy więcej widzów niż w ubiegłym. Po raz kolejny zobaczyli kawałek historii, cieszyli się ze zwycięstwa, a my z udanego występu. A dlaczego? Bo zrobiliśmy to jak zwykle „w starym, dobrym stylu”.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...