Po potwierdzeniu przez gen. Zbigniewa Ścibora-Rylskiego informacji, że był agentem UB, na odsiecz generałowi ruszy teraz zapewne duże grono obrońców. Faktycznie rozsądnie brzmią przy tym apele, aby uzbroić się w cierpliwość i zaczekać na wyniki kwerendy archiwów IPN.

Jednak warto, aby w przestrzeni publicznej zaistniały pytania, które powstały po – sensacyjnej przecież deklaracji Ścibora-Rylskiego – że to tak naprawdę on wyciągał informacje z prowadzących go oficerów komunistycznej bezpieki, a nie oni z niego. Miało to doprowadzić do uratowania kilku jego kolegów, byłych akowców.

Oto te pytania:

1. Skoro okres współpracy generała z UB, potem z SB, był tego rodzaju, że przyczynił się do poprawy losu osób prześladowanych w PRL, to dlaczego generał nie szczycił się tym wcześniej? Gdyby pochwalił się tym, dajmy na to tuż po przełomie 1989 r. mogłoby to potwierdzić wielu świadków. Dziś są mniejsze nadzieje, że oni żyją. Potencjalnych powojennych bohaterskich czynów może więc nikt już nie potwierdzić.

Poza tym byłby to ruch wyprzedzający i dziś nikt nie „czepiałby się” pana generała.

2. Generał zapowiedział w rozmowie z dziennikarzem „Rzeczpospolitej”, że nie będzie więcej komentował sprawy do czasu przedstawienia szczegółów przez IPN.

Zakładając, że prawdą jest to, co o współpracy z bezpieką mówi gen. Ścibor-Rylski, to taka decyzja musi dziwić. Jeśli generał nie ma sobie nic do zarzucenia, to dlaczego czeka na ruch instytucji, która ma go prześwietlać? Osoba będąca pewna swych słów nie musi się obawiać przedstawić najpierw swojej wersji, którą po prostu potwierdzą wydobyte na światło dzienne dokumenty.