Pewnie i dziś, tam w górze, śp. Maria Kaczyńska niesie mężowi kanapki, kładzie głowę na ramieniu i strzepuje pyłek z ramienia...

Fot. prezydent.pl
Fot. prezydent.pl

Dziś śp. Maria Kaczyńska, Pierwsza Dama Rzeczpospolitej, jedna z ofiar tragedii smoleńskiej, obchodziłaby 70. urodziny...

Prezentowany poniżej fragment pochodzi z książki składanki o śp. Lechu Kaczyńskim pt. "Lech Kaczyński. Portret", która pod redakcją Michała Karnowskiego ukazała się w 2010 roku. Książka zawiera kilkadziesiąt wspomnień ukazujących tak śp. prezydenta jak Jego Małżonkę, ich dzieciństwo, rodzinę i dorobek publiczny, pod różnymi kątami.

 

Justyna Karnowska

śp. Marię Kaczyńską spotkałam tylko kilka razy w życiu, i to zawsze przy okazjach oficjalnych: promocji książki, majówki w Pałacu, 5-o lecia Muzeum Powstania Warszawskiego, obchodów Dnia Dziecka, itp. Rozmawiałyśmy krótko, to właściwie były niezobowiązujące pogawędki, ale każda z tych rozmów zapadała mocno w pamięć. Co więcej – zawsze była to wielka przyjemność. Bo Pierwsza Dama uśmiechała się szczerze, była bezpośrednia i naturalna, bez odrobiny napuszenia czy udawania, bez próby sztucznej autokreacji. Chyba każdy, kto ją spotkał osobiście, miał wrażenie, że zna ją od dawna, i że ona na to przypadkowe spotkanie czekała, ciesząc się z odnowienia kontaktu. To ważne: nie była wyniosła, choć życie wyniosło ją wysoko. Nawet przygodne relacje umiała pielęgnować. Umiała w kilkadziesiąt sekund zbudować relację na tyle swobodną, by rozmówca miał poczucie, że jego słowa mają znaczenie, że jest słuchany. A wiemy przecież, że umiejętność słuchania jest trudniejsza niż umiejętność mówienia, zwłaszcza w czasach, w których „ja” wybija się na plan pierwszy.

Tym, co mnie najbardziej urzekało w jej osobie, były właśnie wyjątkowa naturalność i autentyzm jej osobowości. Autentyzm nie zaburzony ani pychą, ani narcyzmem. To dlatego możemy mówić, iż nie udawała pierwszej damy, ale po prostu nią była. Nie udawała żony prezydenta Rzeczpospolitej – była żoną Lecha Kaczyńskiego. Nie udawała zainteresowania rozmówcą, bo zawsze rozmawiała po partnersku i słuchała z uwagą.

Pierwszy raz spotkałam ją na promocji książki Michała Karnowskiego i Piotra Zaremby „O dwóch takich”. Po wystąpieniach autorskich w wąskim gronie opowiadała o pierwszych miesiącach w Pałacu Prezydenckim, o tym, jak ciężko przenieść się z ukochanego mieszkania na Powiślu do wielkiego Pałacu, wreszcie o tym, że ma sporo nowych, bardzo ciekawych, ale i zajmujących obowiązków. Opowiadała to z ogromną radością i szczególną dumą z męża; dumą, która wyróżnia kobiety kochające mężów, widzące w ich sukcesach sukces własny. Już wtedy, a było to tuż po wyborach, zastanawiała się dlaczego media tak bardzo atakują jej męża i ją samą. Traktowała te ataki jako tajemnicę, bo zupełnie nie rozumiała, dlaczego najprostsze, najbanalniejsze zdarzenie może stać się pretekstem do iście furiackiej szarży. Chyba nie wierzyła, że na kogoś można wydać medialny wyrok. Szybko przekonała się, że to nie przelewki.

Boleśnie przeżyła słynną sprawę reklamówki wnoszonej do rządowego samolotu. Wyśmiano ją wówczas za to, że rzekomo nie potrafiła należycie się zachować, że nie zna etykiety, że jest „prowincjonalna” i „mało światowa”. Ogłoszono, że nie nadaje się na funkcję Pierwszej Damy, powtarzając to później do znudzenia, bez oglądania się na rzeczywistość. W kuluuarach cierpliwie tłumaczyła, że reklamówka pojawiła się, ponieważ Lech Kaczyński bardzo chorował. To była przewlekła grypa, i lekarze zalecali odwołanie wizyty zagranicznej do Stanów Zjednoczonych, ale on nie chciał o tym słyszeć. Maria Kaczyńska, jak każda opiekuńcza żona, w drodze na lotnisko wstąpiła więc do pierwszego lepszego sklepu, i kupiła golf.

Bała się, że w klimatyzowanym samolocie prezydent rozchoruje się na dobre. Zapakowała sweter w reklamówkę, taką torbę miała pod ręką. Reakcja na to „wydarzenie” była wyjątkowo brutalna: reklamówka stała się medialnym tematem miesiąca. Ale nawet wówczas Maria Kaczyńska pokazała klasę. W obliczu fali ostrych kpin nie straciła wewnętrznego spokoju ani dystansu do siebie. Satyrykowi Szymonowi Majewskiemu, w odpowiedzi na jego żart prześwietlający reklamówkę, przysłała do programu taką sama foliówkę z kanapkami w środku. Czyż to nie jest zachowanie świadczące o wielkiej klasie?

Maria Kaczyńska miała też, o czym już wspominałam, niezwykły dar nawiązywania bezpośrednich relacji z ludźmi. Szybko skracała dystans. Każdy kto ją spotkał i mógł choć chwilę z nią porozmawiać, widział, że jej ciepło i serdeczność są naturalne, że ona się z tych emocji wręcz składa. I co ważne: że nie dzieli ludzi na tych lepszych i gorszych, na tych z wysokich sfer i tych zwykłych zjadaczy chleba.

Jedna z młodych mam zaproszonych do Pałacu Prezydenckiego na uroczystość z okazji Dnia Dziecka opowiadała mi taką oto scenkę: gdy podeszła ze swoim synkiem Aleksem do Prezydentowej po autograf, Maria Kaczyńska pogłaskała i przytuliła malca, pytając czy jest zdrowy i czy nie choruje. Usłyszawszy, że chłopiec ma sporo problemów zdrowotnych, przejęła się tak mocno, jakby była jego babcią. Matce, której nigdy wcześniej nie znała, opowiedziała o cudownym syropie z cebuli, opisała ze szczegółami, jak go przyrządzić i zapewniała, że będzie doskonałym lekarstwem. Kilkanaście minut później temu samemu chłopcu – a było to wśród setek dzieci - w specjalnej dedykacji w książeczce, napisała życzenia zdrowia i mnóstwa lodów na co dzień. Ona taka była – lubiła ludzi. Ci, którzy mieli kiedykolwiek z nią jakiś kontakt, też ją lubili. Jej dobre serce stało się jej wizytówką.

Zadziwiła także niezwykłą pamięcią do ludzi i ich życiorysów. Pamiętam, jak rok temu na majówce, gdy została poproszona o zdjęcie z moim malutkim synkiem, zaimponowała mi znajomością imienia chłopca. Mimo zmęczenia oficjalnymi uroczystościami - wzięła go na ręce, a nawet zabawiała. Zrobiła to przełamując opór towarzyszącej jej śp. Izy Tomaszewskiej, która stanowczym głosem oponowała, napominając nas, że Prezydentowa jest bardzo zmęczona. Oczywiście, napomnienia pani Tomaszewskiej wynikały ze szczerej troski, i ze świadomości, że Prezydentowa może „utknąć” wśród dzieci i ich rodziców do późnego wieczora. Bo Maria Kaczyńska zawsze pozostawała sobą, i mimo widocznego zmęczenia nie odmówiła nikomu chwili rozmowy ani uśmiechu. To tak niewiele, a jednocześnie tak dużo. Dużo, bo umiejętność dostrzeżenia każdego człowieka, umiejętność pamiętania o wyjątkowości każdego rozmówcy, to wielka sztuka.

Często zarzucano Prezydentowej zbytnią prostolinijność, sugerując między wierszami brak salonowego wyrobienia. Uważam, że to wyjątkowo niesprawiedliwa ocena. W jej prostocie i oczywistości zachowań mieściły się cechy prawdziwie wielkiej damy. Miała swoje poglądy, z którymi można się zgadzać bądź nie – ale zawsze umiała w ładnym stylu ich bronić, i uszanować to, że ktoś myśli inaczej. Gdy trzeba było wycofać się własnych ocen ze względu na interes męża, robiła to bez wahania. Stanowcza i delikatna zarazem.

Mówi się, że nie ma małżeństw idealnych. Zaryzykuję jednak opinię, iż Państwo Kaczyńscy mogą uchodzić za przykład związku idealnego. Bo jak inaczej nazwać te dziesiątki drobnych gestów, spojrzeń czy wreszcie tę ujmującą harmonię, jaka panowała między nimi. To się czuło – oni byli jedno. Każde było indywidualistą – ale razem stanowili jedność. Maluszek, Babusik, Babiszonek, Maleńka, kochanie – tak do Pierwszej Damy mówił jej mąż. Jest w tym tyle ciepła, miłości i uczucia, że trudno o piękniejszą wizytówkę jej osoby.

Czy poprawianie krawata, strzepywanie pyłków z ramienia czy podpowiedzi na ucho to coś rzeczywiście tak niestosownego, jak w owym czasie było to widziane i opisywane? To chyba częsty widok:  lekko nadopiekuńcza żona i zakochany w niej po uszy mąż. Zawsze u jego boku, ale nigdy jako ktoś, kto chce dominować. Jednocześnie, to ona była bezdyskusyjną panią domu, zgodnie z dobrą zasadą, iż to kobieta tworzy atmosferę domu, że to ona nadaje styl i ton małżeństwu. Maria Kaczyńska sprawiała, że ich małżeństwo wyglądało – i było - harmonijne i prawdziwie szczęśliwe. Być może ktoś uzna, że każdy mąż zwraca się do żony tak ciepłymi zdrobnieniami, ale przecież ponad 30 latach małżeństwa jest to jednak wyjątkowa relacja. Bo Marii była wyjątkowa.

Była też idealną matką i babcią. Idealną także dlatego, że – jak sama o sobie mówiła – potrafiła zdobyć się również na surowość. Bo uwielbiała swoją rodzinę, to było widać, ale uwielbiała mądrze.  Co więcej, wszystko, co udało jej się zrobić dla potrzebujących, wynikało z tej naturalnej dla niej postawy opiekunki.

Maria Kaczyńska konsekwentnie też trzymała się swojego stylu i zasad. Ubierała się w małym lokalnym butiku na Powiślu, szybko stała się ikoną stylu i smaku, pomimo „inauguracyjnych” ataków. Sama zapracowała na wizerunek osoby o wyjątkowym szyku i nawet porównywana z księżną Kornwalii była podawana jako wzór dla koronowanej głowy. Długo trwało, nim wszyscy uznali, że w tych sprawach jest niekwestionowanym autorytetem. Zawsze nienagannie ubrana, w świetnie dopasowanych garsonkach lub sukniach była prawdziwą ozdobą salonów.

Chyba już pozostaną nam w głowach „flesze” i zdjęcia z nią w roli głównej: Prezydentowa w kimonie, prezydentowa z figlarnym uśmiechem na ustach, prezydentowa ciesząca się z tulipana swojego imienia.. Takich momentów było wiele, i choć rzadko miałam z nią osobistą relację, dziś gdy myślę o niej, realnie odczuwam pustkę. Tłumy żegnających ją ludzi, dywan kwiatów (ukochanych tulipanów) i zniczy, wszechobecny smutek i łzy…to cząstkowy dowód na to jak bardzo wdarła się w serca Polaków. Maria Kaczyńska była wielką damą, wielką postacią. Nigdy nie pyszniła się sobą, nie chciała wysuwać się przed męża. Pamiętam, jak podczas odbierania Superwiktora Kaczyńska dziękowała właśnie mężowi, mówiąc, że bez niego nie byłoby jej w tym miejscu.

W jednym z ostatnich wywiadów prasowych opowiadała, jak bardzo jej relacja z mężem jest głęboka. Dodała, że ma nadzieję, że odejdą razem… Któż spodziewał się, iż nastąpi to tak szybko i w tak dramatycznych okolicznościach.

Pozostali wierni przysiędze małżeńskiej, słowom: „...i nie opuszczę Cię aż do śmierci”… Pewnie dziś, tam w górze, Maria Kaczyńska, z obowiązkowym uroczym uśmiechem, kładzie głowę na ramieniu męża, strzepując pyłek z ramienia, szepcząc tajemnicze słowa do jego ucha.

 

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...