Nasz wywiad z Michałem Bieniaszem, prezesem Kongresu Polaków w Szwecji, o problemach i radościach Polaków poza Polską

Fot. wPolityce.pl
Fot. wPolityce.pl

Co pan rozumie pod pojęciem Polonii? Czy można mówić o jakiejś definicji przy takiej różnorodności środowisk?

„Polonia” to termin funkcjonujący w Polsce. Uproszczony do nieprzyzwoitości, spełniający jednak funkcję potrzebną tym, którzy jej głos chcą wykorzystać lub usprawiedliwić swe działania na tym terenie. Daje fałszywy obraz jedności, tuszuje wybiórczość kierunków aktywności. Poza krajem mało kto terminu „Polonia” używa - no może jedynie ci, którzy jako właśnie „Polonia” byli przez konsulaty PRL organizowani, a przez władze hołubieni i nagradzani.

Polacy mieszkający poza krajem to dwie podstawowe grupy - ci na Wschodzie i ci na Zachodzie. Podziałów można z resztą przeprowadzić więcej. Są ci, którzy emigrowali sami lub nie wrócili, bo nie mogli z przyczyn politycznych, to Emigracja Niepodległościowa, są emigranci ekonomiczni (dziś tak wielu nowych), są tacy, których z Polski wywieziono wbrew ich woli i są też tacy, których Polska opuściła, choć nadal mieszkają u siebie. Każda z tych grup to podmiot o całkiem innych wartościach - społecznych, socjologicznych, kulturowych. O różnych potrzebach z ich polskości wypływających, więcej - o bardzo różnych wyobrażeniach Ojczyzny - dla jednych raju, dla innych beznadziei, a jeszcze innych piekła utraconego.

Próbując klasyfikować  Polonię powinno się zacząć od tego, czy powodem obecnej sytuacji była własna, czy cudza decyzja, której skutkiem jest to, że ktoś mieszka poza krajem. Następne pytanie czy posiada się polskie obywatelstwo czy inne, bo to określa charakter więzi  - zależność prawna, czy sentyment, choć oczywiście kombinacja obu jest możliwa. Pomijam tu celowo grupę, która i sentymentu i podległości prawnej się świadomie wyzbyła oraz wcale nie małą zapewne grupie, która za granicę została wysłana w określonych celach. Pierwsi są straceni, drudzy to inna bajka.

 

Czy Polonia odczuwa właściwą opiekę ze strony państwa polskiego?

„Polonia” może i tak, organizacje polskie rzadziej. Kancelaria Senatu RP wspierała dotychczas finansowo projekty polonijne. Coś koło 75 milionów złotych rocznie. Senat przydzielał pieniądze na podstawie wniosków kilku uprawnionych do tego organizacji pozarządowych. Największe z nich to Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” i Fundacja Pomoc Polakom na Wschodzie. Komisja Spraw Emigracji i Łączności z Polakami za Granicą rozpatrywała te wnioski, które jej przedstawiano. Te, które nigdy do Senatu nie dotarły, które ucinano na poziomie Zarządu Głównego Wspólnoty nie były, bo nie mogły być realizowane. Zainteresowanym po prostu nie odpowiadano na listy, ich projektom nie dawano szans.

Pomijam metody pracy organizacji pozarządowych, ale gwizdanie na potrzebę merytorycznego uzasadnienia decyzji świadczy o stosunku do podmiotu, nad którym opiekę i z którym partnerską współpracę ma się wypisane na sztandarach i w statutach. Co kieruje sympatią, jeśli to w ogóle powinno mieć miejsce, do jednych grup i organizacji polonijnych przy stałym pomijaniu innych, choćby to były naprawdę duże środowiska, trudno pojąć.  Dlaczego na święto Polonii i Dzień Flagi 2 maja 2012 roku, organizowane przez Wspólnotę nie zaproszono m.in. największej w Skandynawii organizacji polskiej? Pan Prezydent wręczał polskie flagi. Kilku celowo tego zaszczytu pozbawiono decyzją organizatora. Zastanawiam się czy Prezydent o tym wiedział.

 

Ostatnio dużo uwagi opinii publicznej zajmuje sprawa zmian w finansowaniu organizacji polonijnych. Mówi się o szkodach jakie przyniosło przekazanie tego MSZ. Czy potwierdza pan tę opinię?

W Szwecji wydajemy (bez dotacji z kraju) własne pismo - „Słowo”. Każdy z numerów ma temat wiodący tyczący spraw polonijnych. Rozsyłamy miniankietę do środowisk w wielu krajach i te wypowiedzi publikujemy. Sprawa zmiany „opiekuna” była tematem któregoś z ostatnich wydań. Chwilę zadumaliśmy się na jedną z przysłanych do redakcji odpowiedzi, a brzmiała ona: „wszystko nam jedno, kto nam nie da”.

Mówi się o szkodach, jakie to przekazanie spowodowało - MSZ chyba na to przyjęcie nie był po prostu przygotowany organizacyjnie. Są poza granicami problemy, których bez zastrzyku finansowego z kraju się nie rozwiąże, są projekty których samodzielnie nikt nigdy nie zrealizuje. Tak naprawdę ważne jest nie to, kto pieniądze polskiego podatnika przekaże, ale czy dotrą one na czas i czy będą wystarczające.

Wszyscy wiemy, że nowy system finansowania poprzez MSZ nie funkcjonuje należycie. Właściwie wcale. Beneficjenci, choć może lepiej powiedzieć podmioty na których istnieniu państwu polskiemu powinno zależeć, żyją w niepewności, czy i tak już spóźnione pieniądze w ogóle dotrą. Przeczytałem kilka dni temu list szefowej jednej z radiostacji polskich na Wschodzie, że pewnie pójdzie siedzieć za długi, a radio to i tak zamkną lada chwila. Przerażające. Miejmy jednak nadzieję, że system zacznie wreszcie funkcjonować.

Cała sprawa ma jeszcze inny aspekt. Dotąd, by otrzymać dotację trzeba było by wniosek przeszedł dwa sita. W uproszczeniu. Pierwsze we Wspólnocie Polskiej i następne w komisji senackiej. Oba te podmioty to ludzie, którzy przy całym szacunku i wierze w ich dobrą wolę, pomimo częstych i chętnie odbywanych wojaży zagranicznych, tak naprawdę nie specjalnie wiele na temat realiów polonijnych wiedzieli.

Nowy system ma być uproszczony w ten sposób, że jedyną instancją decydującą będzie MSZ, a bezpośrednim łącznikiem konsul na danym terenie lepiej znający środowisko, jego potrzeby i możliwości. Wygląda to logicznie, ale nikt nie przewidział, jaką przeszkodą może stać się biurokracja w ministerstwie skutecznie paraliżująca funkcjonowanie całego systemu. Znajomość środowiska przez konsula będącego zresztą pierwszą instancją opiniującą polonijne projekty, mającego bezpośrednie kontakty na miejscu, choć w teorii słuszna i uzasadniona, stwarza jednak niebezpieczeństwa innego rodzaju.

Mamy z naszego podwórka przykłady świętomikołajowych fasonów, a z drugiej strony tworzenia się grup „stojących bliżej”. Małość ludzka potrafi skutecznie podcinać skrzydła, to pewnie też powód, że orłów jakoś mało. Na dodatek, jeśli MSZ-owski „Raport o sytuacji Polonii i Polaków za granicą" z roku 2009 będzie traktowany, jako źródło wiedzy o nas dla ministerialnych urzędników to tragedia. W części traktującej o Polakach w Szwecji jest on od strony merytorycznej niechlujny i niedokładny, a informacyjno-opisowej po prostu fałszywy, tendencyjny - w naszej ocenie bezwartościowy.

Fakt opieki nad Polonią przez Senat uzasadniany był koniecznością kontynuowania przedwojennej tradycji. Tylko tradycji, bo z pewnością nie był oparty na prawie. Nie jest bowiem zgodne z Konstytucją, aby ciało ustawodawcze, jakim jest Senat, zajmowało się podziałem pieniędzy z budżetu państwa, a stąd przecież owe 75 milionów złotych rocznie pochodzi. To prerogatywa władzy wykonawczej - rządu i jego ministerstw. Senat właśnie sam przegłosował odebranie sobie owej opieki i przeniesienie wydawania pieniędzy do MSZ. Czy ze wspomnianego powodu niekonstytucyjności - wątpię. Z uwagą jednak będziemy obserwować przyszłe obrady senackiej Komisja Spraw Emigracji i Łączności z Polakami za Granicą nieobarczonej już brzemieniem opieki.

 

Co należałoby zrobić by naprawić te błędy, zniwelować straty?

Wielu strat się nie odrobi, bo popełnione błędy mają swoje konsekwencje. Jedyną możliwością na przyszłość jest prawdziwe partnerstwo kraj - Polonia. Nie będzie go bez wzajemnego określenia pozycji i możliwości. Władze państwowe nie mogą traktować Polaków za granicą przedmiotowo opierając się wyłącznie na sprawdzonych co do swej dyspozycyjności grupie mianowanych „reprezentantów”. Powinny zauważyć, że kilkanaście milionów ludzi w świecie nie podlega pod ich jurysdykcję i że to właśnie oni mogą w swych krajach tworzyć tak potrzebne lobby. Już to sprawdziliśmy - tworzenie podmiotów prawnych - w naszym przypadku szwedzkich organizacji społecznych, szwedzkich fundacji, w których są ludzie samoidentyfikujący się jako Polacy więcej da korzyści niż barwne festiwale było nie było egzotycznej tu kultury. A można załatwiać polskie interesy przy pomocy szwedzkich instrumentów. Łatwiej, pewniej i szybciej.

Kraj powinien więcej z Polonią (przepraszam za to skrótowe określenie) rozmawiać, uważnie słuchać, także dyskutować, ale nigdy nie próbować jej organizować, profilować, naginać do doraźnych potrzeb akurat rządzących.

Zakładając, że taka wola kiedyś będzie, Polacy poza Polską, nieważne z jakim obywatelstwem, potrafią zbudować swą własną społeczność opartą na zasadach społeczeństwa obywatelskiego, bo granice nie będą tu przeszkodą. Muszą uwierzyć, że stać ich na niezależną aktywność, samoorganizację oraz określanie i osiąganie celów. Także mechanizmy kontroli stosunków na linii kraj - Polacy poza Polską, co jeśli ktoś chce może nazwać systemem samoobrony. Przestaną wtedy być obiektem dla specjalistów od zagospodarowania zasobami ludzkimi. Będą podmiotem - partnerem.

We wzajemnych stosunkach nieodzowna jest transparentność intencji i działań, ale także finansów. Wielkość i zasadność nakładów jest dziś mocno mglista. Dlaczego szczegółowe raporty wydatkowania pieniędzy publicznych nie są upubliczniane? Kontynentalna struktura polonijna działa z błogosławieństwem Warszawy bez wybierania skarbnika od wielu kadencji, a odkurzona do konkretnego zadania struktura światowa gwiżdże na to, że posiada komisję rewizyjną i nie odpowiada na listy jej członków. Cyrk nie partnerstwo.

 

Sporo się mówi o infiltracji niektórych organizacji polonijnych przez dawną agenturę służb PRL. Czy w pana ocenie to istotny problem?

Powiedział mi kiedyś pewien polonijny działacz od zawsze wiszący u klamek konsulatu (także w czasach PRL): - wy nie szukajcie agentów u nas, wy ich szukajcie we własnych szeregach. Dużo w tym racji, choć nie do końca, bo bez takich ludzi nie mogłyby powstać konkurencyjne do niepodległościowych organizacje. Dywersja przeciw emigracji politycznej nie polegała jedynie na donosicielstwie, zadania były różne.

Przeciągnięcie grubej kreski poza granice na emigrację miało za oczywisty cel chronienie ich i zachowanie do dalszej dyspozycji. Cele zostały o zgrozo podobne - destrukcja organizacji niezależnych, dyskredytacja wartości ich pracy, kradzież etosu, odciąganie członków, donosy, fałszywe oskarżenia. To wszystko fakty, które mogę udokumentować. Nowe zadanie, to wymieszanie wszystkiego w bezbarwną masę i stworzenie nowego gatunku zwanego Polonusem, bez wyrazu, charakteru, ale popierającego nawet to, czego nie rozumie.

To było i jest działanie na szkodę społeczności polskiej za granicą i należy tych ludzi demaskować. Być może, że razem z głowami polecą też czasem aureole. Bez tego trudno jednak iść dalej. Apel skierowany do sumień i moralności sformułowany na poprzednim III Zjeździe Polonii i Polaków z Zagranicy w roku 2007- sformułowany, ale niedopuszczony pod głosowanie jako uchwała przez Prezydium Zjazdowe - wzywał do samodzielnego usunięcia się tych osób z życia polonijnego. Apelować do sumień i moralności w tym wypadku, to tak jak grać Mozarta Eskimosom, nie rozumieją - czemu mieliby się usunąć? - Przecież ciągle są potrzebni.

rozm. gim

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...