wPolityce.pl: Panie profesorze, jaka była rola polskiego Kościoła katolickiego w walce Polaków o niepodległość, wolność, demokrację, prawa człowieka w latach PRL?

Profesor WOJCIECH ROSZKOWSKI, historyk, autor książek i podręczników dot. najnowszej historii Polski: Kościół katolicki, którego członkami była i jest nadal znakomita większość Polaków, był jedyną niezależną od władz komunistycznych instytucją. Kościół odwoływał się do podstawowych wartości moralnych i stanowił fundament tożsamości narodowej społeczeństwa ujarzmionego przez system totalitarny, opartym na kłamstwie i terrorze. To trzeba mówić otwarcie - komunizm to były rządy kłamstwa i terroru. Kościół mówił prawdę, pozwalał też ludziom odetchnąć wolnością, choćby we wnętrzach świątyń, które były azylami, miejscami wyjętymi spod władzy komunistów. To w tamtych czasach było nie do przecenienia, wielu ludziom pozwalało przetrwać.

Komuniści nie mieli wpływu na Kościół poza krótkim okresem po 1953 roku.

Tak, po aresztowaniu Prymasa Wyszyńskiego Kościół był niezwykle zagrożony, nawet w episkopacie były osoby, które szły na ugodę z komunistami na zasadach nie do przyjęcia. Na szczęście trwało to krótko, bo zmarł Stalin i w 1956 roku nastąpił Październik. Nowa ekipa gomułkowska na chwilę musiała zaakceptować pozycję Kościoła, dała mu odetchnąć. Potem przykręcała śrubę aż do Millenium, obchodów tysiąclecia w 1966 roku, które to zderzenie Kościół wygrał.

A jak było w latach 70.?

W tym okresie Kościół, poza kilkoma księżmi, nie angażował się wprost w działalność opozycyjną. Ale stanowił instytucjonalną osłonę demokratycznej opozycji, był miejscem głodówek, dawał wsparcie. A po wyborze Jana Pawła II na papieża nastąpił kolejny przełom, Ojciec Święty Jan Paweł II stał się widomym znakiem polskiego katolicyzmu i woli wolności widocznym na całym świecie. Zaś miliony Polaków podczas pielgrzymek papieskich głosowały swoją obecnością za wiarą i wolnością, przeciw komunistom.

Kościół wspierał tylko opozycję o chrześcijańskiej tożsamości czy także lewicową?

Stosunki pomiędzy Kościołem katolickim a opozycją demokratyczną o proweniencji laickiej były do końca lat 70. albo niedobre albo neutralne. Przełom nastąpił wraz z książką Adama Michnika "Kościół, lewica, dialog" w której autor proponował zbliżenie, zrozumienie i wspólne działanie w obronie praw człowieka. I "Solidarność", ta 9 milionowa, była właśnie wspólnym frontem odmowy komunistom, frontem tak katolików, jak i lewicy laickiej, która była zorganizowana, choć w zdecydowanej mniejszości w związku.

Ten sojusz wyjątkowo silnie zadziałał w stanie wojennym, kiedy ta lewica laicka, na ogół niewierząca, szukała azylu w kościołach. I go tam znajdowała. Przypomnijmy wystawy artystów, w tym o wrażliwości lewicowej, które organizowano w kościołach. Czy też udział w pogrzebie księdza Popiełuszki. Kościół otworzył się wtedy na ludzi lewicy, dawał wszystkim prześladowanym wsparcie i azyl.

Artur Balazs, wtedy działacz podziemnej "Solidarności Rolniczej" mówił nam, że gdyby nie pomoc Kościoła w latach 80., to władza komunistyczna skręciłaby kark opozycji, zgniotła ją całkowicie.

Zgadzam się z tą opinią w pełni. Warto pamiętać, że po wprowadzeniu stanu wojennego Kościół sam znalazł się na linii frontu, zwłaszcza po roku 1983, kiedy "Solidarność" została jednak bardzo osłabiona. Władza posuwała się do mordowania najbardziej krytycznych księży. Ale pomagał opozycji ile mógł, pozostał wielkim polskim azylem wolności. Wielu działaczy opozycyjnych zaciągnęło wtedy u księży i w Kościele wielki dług.

Czy ten dług jest pamiętany? Spłacany?

Myślę, że nie. I mam wrażenie, że to nie Kościół się zmienił, zmieniła się ocena Kościoła w pewnych kręgach.

Mamy coraz mocniejsze próby nakręcania nienawiści wobec Kościoła. Ale ludzie dawnej opozycji w większości milczą, nie powiedzą "dość", nie zabierają głosu choć są tysiące możliwości. Milczą zwłaszcza ci będący u władzy. Dlaczego? Pełnią dzisiaj ważne funkcje, mogliby chociaż zaprotestować. Przecież to po prostu kwestia przyzwoitości.

Zgadzam się, że milczenie jest zgodą. Milczenie tych osób, które wówczas były bliżej Kościoła, jak choćby obecnego pana prezydenta, brzmi jak przyzwolenie. Kościołowi należy się pamięć i szacunek oraz zwrot pewnego długu. Zwłaszcza gdy krytyka Kościoła przybiera tak wulgarne formy jak choćby w "Newsweeku", "Wprost" czy "Wyborczej", które odwołują się do najbardziej prymitywnych klisz antyklerykalnych.

I znowu słychać, jak w komunizmie, że Kościół ma się schować do kruchty, a nie zajmować głos w sprawach narodowych i społecznych.

To jest rzeczywiście podobny ton. Ale to oznacza wypędzenie nie tyle Kościoła z polityki, jak się głosi, ale wszystkich wartości moralnych, które religia katolicka wnosi.

rozm. wu-ka