Warto uważnie przeczytać nasz wywiad z profesorem Zbigniewem Krasnodębskim:

CZYTAJ: Prof. Krasnodębski: rządy PO i PSL to rządy zbiorowego przekupstwa. Brano samemu i dawano wziąć innym

Ten ceniony socjolog i komentator życia publicznego w gorzkich słowach analizuje polityczny i społeczny krajobraz, odsłonięty przed nawet nie chcącymi nic widzieć i wiedzieć przez taśmy Serafina.

Profesor do opisu degrengolady obozu władzy dokłada jeden ważny element - zgodę dużej części naszych rodaków na złodziejstwo, korupcję, klientelizm i nepotyzm. Wskazuje, że w roku 2007 Polacy mieli dość jasny wybór pomiędzy walką z korupcją i patologiami, a przyzwoleniem na nie. Wybrali to drugie, dość świadomie, a tych, którzy z patologiami walczyli, odrzucili. A dziś słychać zdziwienie, że jest źle:

Środowiska twórców kultury zaczynają narzekać, że rząd uderza w nie finansowo. Ale to przecież nieunikniony finał takiej polityki. Ale to oznacza, ze ci twórcy kultury dopiero jak zabiera się im pieniądze zaczynają się zastanawiać czy są to rządy dobre dla Polski. Wcześniej taka refleksja w ogóle się nie pojawiała. Niestety, ale muszę to powiedzieć: rządy Platformy i PSL w ostatnich latach były rządami zbiorowego przekupstwa. Także w takich obszarach takich jak szkolnictwo wyższe, gdzie mamy do czynienia z niezwykle korupcjogennym systemem, tytuły naukowe, od licencjatów po doktoraty przyznaje się według niejasnych kryteriów. Zawsze też szokuje mnie jak łatwo polscy studenci godzą się na oszustwa, kopiowania, ściąganie. Nie spotykam się z czymś takim w Niemczech czy Stanach Zjednoczonych.

To wszystko, te rządy zbiorowego przekupstwa, wychodzą dziś na jaw.

Profesor dodaje, że rządy PO "brały, ale pozwalały brać". W każdym razie taka była obietnica. To prawda. Przypominam sobie opowieść jednego z kolegów dziennikarzy, który przygotowywał reportaż o bankructwach firm budujących autostrady. Prywatnie mówili mu oni wprost, że głosowali na Platformę i wiedzieli, że jej rządy oznaczają przyzwolenie na przekręty. Ale to miały być ich przekręty.

Wyborcom-przedsiębiorcom nie przyszło na myśl, że i ich może ktoś wykiwać, ograć, że są na tym świecie więksi cwaniacy, którzy załatwią sobie kontrakty, ich zatrudnią, wezmą wynagrodzenie od rządu, ale pieniędzy w dół nie przekażą. Dziś słychać z wielu takich kręgów (nie uogólniam, że wszystkich) skomlenie, że nieuczciwie, niesprawiedliwie, głupio i szkodliwie rządzi PO.

No tak, ale kiedy to zaczyna boleć? Dopiero gdy dotyka nas? Czy młode lemingi są w stanie dostrzec szkodliwość marnowania publicznych pieniędzy na igrzyska i fontanny w Warszawie dopiero gdy nie mogą dostać się z dzieckiem do lekarza, a władze likwidują stołówki szkolne? Cóż, lepiej późno niż wcale.

Pocieszające, że wychodzi to na jaw. Wyłazi tym mocniej, że władza pogrążona jest w pysze niemal równej pezetpeerewskiej. Działacze zbudowali system nomenklaturowy, w którym władza jest równoznaczna z agencją pośrednictwa stanowisk oraz pracy (łatwej, świetnie płatnej), i bronią go do upadłego. Peeselowscy kacykowie bez wstydu każą nam się cieszyć, że ich synowie pracują w państwowych agencjach bo lepiej to niż by byli na bezrobociu. A Andrzej Halicki z PO przekonuje, że

ludzie o kompetencjach Grada nie będą pracować za miskę ryżu.

A mówi o milionach rocznego wynagrodzenia. To może Grad by poszedł do prywatnego biznesu? Oni nam przecież otwarcie mówią, że są w polityce dla szmalu. Jeśli dziś pytamy gdzie podzieją się pieniądze zabrane z emerytur, to między innymi tam, u ludzi gradowych.

Z rodzinnego domu, z lat 80. pamiętam opowieści rodziców o tym, że ten czy tamten nigdy nie awansuje, bo nie należy do PZPR. Dziś rozmawia się w naszych domach tak samo.

Profesor Krasnodębski kończy:

Widać bardzo wyraźnie, że to co rozumiemy pod hasłem IV Rzeczpospolitej nadal jest aktualne.

Pełna zgoda. Mając media na pstryknięcie będą wszystko przykrywali, zagłuszali do końca, do ostatecznego bankructwa. Pytanie jest więc tylko jedno: czy Polacy ten system odrzucą wcześniej i zdecydowanie, szarpnięciem, czy zgodzą się na bolesną pobudkę na dnie, w państwie po prostu zbankrutowanym, biednym i wyprzedanym nawet z lasów, by było dla synów peeselowców i gradowych przyjaciół.