Cały ten zgiełk. "Kto nie potrafi uszanować mądrzejszych od siebie, ten prędzej czy później sam sobie zrobi krzywdę".

Fot. Sxc.hu
Fot. Sxc.hu

Czy już nie ma wstydu? Czy w sieci już wszystko wolno? Często wypowiadam się na bieżące tematy na portalach Salon24 i wPolityce. Czasem zdarza mi się poprzeć argumenty sympatyków PO. Na portalach przewagę liczebną mają zwolennicy PiS wśród komentatorów. Każde odstępstwo od linii partyjnej jest przez nich piętnowane. Nie mam nic przeciwko rzeczowej polemice. Ale co robić, kiedy ktoś ci zarzuca, że szykujesz sobie posadę w mediach z łaski Platformy więc jesteś sprzedajny? Lub, że siedzisz okrakiem na barykadzie, chociaż siedzenie okrakiem jest właśnie obowiązkiem dziennikarza. Albo, że zgłupiałeś; po prostu nie wiesz, o czym piszesz. Ten zarzut chętnie wysuwają ludzie prymitywni, jeśli sądzić po sposobie wypowiedzi. To samo wypisują zwolennicy PO, gdy akurat z nimi się nie zgadzam. Ale są też komentarze rozumne i dobrze uzasadnione, z obu stron barykady.

Od kilku lat czytam, co ludzie piszą pod moimi tekstami, a jednak ciągle zdarza się, że mi dech zapiera przy przy spotkaniu złej woli. Jest to doświadczenie wielu publicystów, którzy występują pod własnym nazwiskiem, a muszą zmagać się z anonimami schowanymi za nickiem. Taki byle kto pisze byle co – a ja staram się wyobrazić sobie osobnika po drugiej stronie światłowodu. Czy mu za to płacą, czy może on tak myśli i sam z siebie wydziela te treści. Wpływa to również na moje wypowiedzi; czasem trudno panować nad emocjami. W dawnych czasach można było dać w pysk, albo lepiej, kazać służbie wyrzucić chama za drzwi. A dzisiaj bezsilna irytacja burzy spokój umysłu i źle wpływa na styl. Dlatego chętnie powtarzam za Nietzschem: „powszechna umiejętność czytania zaszkodzi z czasem nie tylko pisaniu ale i myśleniu”.

Póki co, staram się w publicystyce przestrzegać standardów akademickich. Nauczyłem się bowiem na studiach historycznych na UW i w trakcie lektur naukowych, że zawsze trzeba dopuszczać wątpliwości. Żadne ustalenie nie jest ostateczne, bo cała nasza wiedza to są hipotezy obowiązujące tylko do czasu ich obalenia. Karl Popper wręcz wykazał, że nie można dowieść prawdziwości żadnej hipotezy. Można tylko udowodnić jej fałsz i poszukać nowej, także tymczasowej. Z czego wynika, że każdy uczestnik publicznej debaty teoretycznie może mieć rację, jeżeli potrafi ją obronić. Należy go więc wysłuchać z dobrą wolą.

Tymczasem na forach internetowych powstają wspólnoty nienawiści, gdzie nic innego się nie liczy. Oto ostatnio "Gazeta Wyborcza" opublikowała wywiad z prof. Andrzejem Nowakiem. Jest on sympatykiem PiS, a także najwybitniejszym znawcą Rosji na najlepszym polskim uniwersytecie. Lecz to nie powstrzymało czytelników „Wyborczej” przed wypisywaniem pod tekstem obraźliwych bredni. Zanika poczucie rangi w internecie. A kto nie potrafi uszanować mądrzejszych od siebie, ten prędzej czy później sam sobie zrobi krzywdę.

Po co cały ten zgiełk? Kompozytor amerykański John Cage napisał utwór na fortepian „4’33”. Przez czas wskazany w tytule pianista ani na chwilę nie tyka klawiatury. Cage zafascynowany zen wyraził w muzyce tym sposobem pojęcie pustki, centralne dla buddyzmu. Świat jest złudzeniem, które kryje nic. Po sesjach w sieci, taki pogląd przyjmuje się z ulgą. Więc unicestwić świat? Dość kosztowny sposób, żeby pozbyć się prostaka i chama.

PS. Tekst ukazał się na portalu www.sdp.pl

Autor

Wiadomości Google

Kliknij Obserwuj i bądź na bieżąco!

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...