Choć najnowsza biografia Baracka Obamy kończy się w momencie, gdy zdecydował się wejść do polityki, można się wiele dowiedzieć o osobowości obecnego prezydenta. Wychowany bez ojca, w ciągłym ruchu, często sam (tylko z dziadkami) na skrzyżowaniu trzech kultur i dwóch kontynentów.
Słuchanie autora książki monumentalnej biografii obecnego prezydenta pt. „Barack Obama. The Story” Dawida Maranissa to prawdziwa przyjemność. To urodzony opowiadacz ciekawych historii. A przede wszystkim dziennikarz „Washington Post”, autor książek i zdobywca nagrody Pulitzera. Zasłynął jako biograf prezydenta Billa Clintona oraz legendarnego trenera futbolu amerykańskiego, Vince’a Lombardiego. Obie polecam. Tę drugą szczególnie tym, którzy chcą zrozumieć dlaczego futbol amerykański najlepiej opisuje amerykańską duszę.
O swoim najnowszym dziele, „Barack Obama. The Story” Maraniss opowiadał w bibliotece publicznej miasta Chicago. To pierwsza część biografii Baracka Obamy – do wstąpienia na uniwersytet Harvard, a więc czas przedpolityczny. Więcej, większa część mówi o czasie przed narodzinami Obamy – on sam pojawia się w siódmym rozdziale.
Maraniss wykonał prawdziwie tytaniczną pracę. W ciagu czterech lata przepytał setki ludzi z którymi miał styczność Obama i jego przodkowie. Przebył 15 tys. mil, był na Hawajach (miejsce urodzin Obamy, co ustalił ponad wszelką wątpliwość Maraniss) w stanie Kansas (skąd pochodziła matka i dziadkowie) oraz w Kenii (miejsce urodzenia Obamy seniora) i Indonezji (gdzie Obama mieszkał jako chłopiec przez trzy lata z ojczymem). Tu nie mogę się powstrzymać od wycieczki: jakaż warsztatowa różnica z pisaniem biografii w Polsce, gdzie sprowadza się ona (z chwalebnym wyjątkiem książki Artura Domosławskiego o Ryszardzie Kapuścińskim) do podstawienia rozmówcy mikrofonu, a następnie redakcyjnemu oszlifowaniu „strumienia świadomości” rozmówcy.
W efekcie powstało prawie 600-stronicowe dzieło – niesamowita opowieść o podróży, jaką od rodzinnych, bardzo skomplikowanych korzeni przebył Obama aż do przybycia do Chicago. Bo Chicago, zdaniem Maranissa zakończyło proces dojrzewania młodego Baracka Obamy.
To było właściwe miejsce we właściwym czasie. To w Chicago po raz pierwszy wtopił się w środowisko Afro-Amerykanów, przyjął się w południowej części Chicago, tu poznał Michele. Wreszcie znalazł tu cel swojego życia: wejście do polityki. Dlatego Chicago stało się jego domem
– powiedział mi Maraniss, gdy rozmawialiśmy po spotkaniu autorskim. Chicago nie jest przypadkiem – to w mieście zwanym często „sercem czarnej Ameryki” przyszły prezydent dokonał ostatecznego poskładania rozbitych kawałków swojego życia.
Z książki Maranissa wyłania się człowiek, który przeszedł z tak różnych doświadczeń, że może stanowić symbol Ameryki – stapiającej się w jedno wiele różnych ras, doświadczeń, a nawet religii. Ale z książki wyłania się też obraz młodego człowieka, który musiał dojść sam do ładu z tak wieloma sprzecznymi motywami swojego życia. Braku ojca, ciągłych przenosin z Hawajów do kontynentalnej Ameryki i Indonezji, wreszcie przebywania wśród różnych religii i ras. Jak Obamie udało się nie zagubić w tym różnorodnym świecie i zbudować własną osobowość?
Obama miał naprawdę dużo wewnętrznej siły. Była też oczywiście matka, która choć często była fizycznie daleko, wierzyła w niego i dawała mu siłę. Niektórzy ludzie mają tę wewnętrzną wolę, aby zwyciężyć, aby znaleźć właściwą drogę i Obama miał tę siłę
– powiedział mi Maraniss. Dodał, że ze swoją różnorodnością Obama jest „wyrazem współczesnej Ameryki”, która „stapia w sobie tożsamości całego świata”.
Bez względu na to, co sądzimy o polityce obecnego prezydenta, warto sięgnąć po tę książkę, opowieść o człowieku. Bo – jak napisał kiedyś sam prezydent – w Chicago musiał rozstrzygnąć
dylemat, którego nigdy nie rozwiała moja matka w swoim życiu: nie miałem ani społeczności, ani wspólnej tradycji, w których mógłbym zakorzenić swoje głębokie przekonania.
De facto przyszły prezydent jako dwudziestokilkulatek musiał ułożyć siebie na nowo z rozrzuconych, nie połączonych ze sobą kawałków. Co było konsekwencją jego młodzieńczych wyborów, a przede wszystkim tych jego matki. Ale oddajmy głos Maranissowi:
Żadne inne życie nie było bardziej produktem przypadku niż jego. Od dziedzictwa dziadka z Kenii Husseina Onyango i Ruth Armour Dunham, prababki i młodej samobójczyni; od możliwości spotkania kolegów w klasie języka rosyjskiego w Honolulu; od chaosu jego przodków-wędrowców; od dzieciństwa w oddalonych Hawajach i jeszcze bardziej dalekiej Indonezji; od poczucia podwójnego wykorzenienia jako pochodzący z mieszanej rasowo (ojciec czarny, matka biała) i kulturowo (obydwaj mężowie matki byli muzułmanami) rodziny..."
Z tego chaosu, powiększonego jeszcze kilkoma latami studiów w Nowym Jorku (gdzie jego dziewczyną była Australijka), wreszcie przybyciem do Chicago, gdzie jako działacz społeczny nie mógł działać bez wsparcia miejscowych, zaangażowanych społecznie parafii protestanckich i... katolickich, w wieku 28 lat ukształtowany w końcu Obama wyruszał do Harvardu, aby sposobić się do świata polityki. Co było dalej, o tym w kolejnym tomie Maranissa.
Paweł Burdzy z Chicago
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/136088-porozbijany-swiat-mlodego-obamy-niesamowita-opowiesc-o-podrozy-przyszlego-prezydenta-jaka-od-rodzinnych-korzeni-przebyl-do-chicago