Na portalu natemat.pl do publicystycznego sporu pomiędzy Dorotą Kanią z Gazety Polskiej Codziennie a Moniką Olejnik wtrącił się w sposób niezwykle brutalny redaktor naczelny „Newsweeka” Tomasz Lis.

Cóż, można by powiedzieć o tym co Lis napisał o Dorocie Kani w tekście pt. „Jak Kania dżdżu. I śliny”? A w sumie tylko tyle, używając słów samego Lisa, że „pałkarz z brukowca, mentalny żul i bęcwał wystawia cenzurki dziennikarzom”. Co jednak takiego mogło dotknąć do żywego Tomasza Lisa, że postanowił sponiewierać dziennikarkę mniej więcej w taki sposób jak sponiewierali ją ładnych parę lat temu ci, którzy pobili Dorotę Kanię za jej zbytnią dociekliwość? A no to, że Dorota Kania w swoim tekście napisała po prostu prawdę. A za pisanie prawdy się obrywa.

Tekst Kani był odpowiedzią, na „ironiczny” tekst Moniki Olejnik w „Gazecie Wyborczej”, która wyśmiewała się z tego jak to prawicowi dziennikarze lubują się w zaglądaniu w życiorysy różnych osób, patrząc też na to kogo za rodziców miały owe osoby, czyli na ile ci rodzice mogli komuś ułatwić obecną ścieżkę kariery. Olejnik nie pisała jednak ogólników, tylko od razu zaatakowała „ironią”:

Bardzo często lustracją rodzinną zajmuje się Dorota, nomen omen, Kania. A może to jakaś bardzo daleka rodzina b. I sekretarza PZPR Stanisława Kani? Może jakieś małe śledztwo by się przydało?

No to Dorota Kania odpowiedziała podobną „ironią” na „ironię” Olejnik:

W stanie wojennym w 1982 r. Monika Olejnik, córka funkcjonariusza SB, razem z Grzegorzem Miecugowem & company, przy akceptacji partii i służb specjalnych PRL-u rozpoczynała pracę w III Programie Polskiego Radia, z którego wcześniej WRON-a wyrzuciła „nieprawomyślnych” dziennikarzy.

I w tym jednym zdaniu jest pies pogrzebany. To jest to czego Lis nie mógł darować Kani. Kiedy bowiem swoją karierę rozpoczynała Monika Olejnik u szczytu swoich karier dziennikarskich byli Aleksandra Kedaj i Waldemar Kedaj, czyli rodzice Hanny Lis. Kiedy w roku 1982 dziennikarzy wyrzucano z roboty, kiedy wiele osób dostawało bilet na zachód tylko w jedną stronę, Waldemar Kedaj został stałym korespondentem „Trybuny Ludu” w Sztokholmie, żona zaś pana Kedaja była redaktorem i lektorem dzienników telewizyjnych. Mówiąc krótko, byli to reżimowi propagandyści, których wówczas wszyscy, którzy byli w oporze do władzy ludowej i stanu wojennego, uważali po prostu za zdrajców. Zarówno Aleksandra Kedaj i Waldemar Kedaj znaleźli się na „liście Kisiela”.  W roku 1984 wymieniając ciurkiem w swoim tekście pt. „Moje typy” imiona i nazwiska kilkudziesięciu osób Stefan Kisielewski postanowił oddać w ten sposób „hołd” wszystkim tym, którzy w miejsce dziennikarstwa uprawiali czerwoną propagandę. I dlatego właśnie tak Tomasz Lis się zagotował na tekst Doroty Kani. Bowiem osią powyższego zdania Doroty Kani i całego sporu z Olejnik jest przekaz, że wiele osób, które zrobiły kariery m.in. w mediach zawdzięcza po prostu swoim dobrze umocowanym rodzicom oraz zbudowanym silnym układom.

Oczywiście wiadomo, że swoją karierę telewizyjną Hanna Lis zawdzięcza tylko sobie. Wszyscy to wiedzą dobrze, jak i to, że w telewizji publicznej nie rządzi i nie rządził nigdy żaden układ. A dziennikarka jest po prostu zdolniejsza od dziennikarzy prawicowych i dlatego, choćby teraz, kiedy telewizja publiczna ma w plecy dziesiątki milionów, Hanna Lis dostaje lukratywny kontrakt i staje się twarzą Panoramy. A to, że telewizja publiczna, jak donoszą media, płaci jej 30 tys. zł, mimo że mogłaby zapłacić jej spokojnie dużo mniej - ponieważ jakoś konkurencja nie stuka do drzwi pani Hanny, mimo że taka piękna, zdolna i podnosi ponoć oglądalność – to nieistotny drobiazg. 

Lis więc swoim tekstem nie broni Olejnik tylko Hannę Lis. I robi to jak na wspomnianego pałkarza przystało:

Monika Olejnik popełniła wielki błąd. Wobec prawicowej agitatorki posłużyła się ironią. Sęk w tym, że agitatorzy nie rozumieją ironii. Chciała Olejnik po prostu do absurdu sprowadzić lustrowanie życiorysów i sprawdzanie kto od kogo pochodzi i kto z jakiego drzewa ideologicznego spadł. To była ironia, a więc błąd, bo Kania zrozumieć ironii nie była w stanie, ona jest nabzdyczona, wzmożona, lustracyjnie podekscytowana i dekomunizacyjnie nienasycona.

A na koniec swojego tekstu redaktor Lis daje nam namiastkę tego jak on rozumie na czym polega ironia:

Nie mogę zakazać Kani lustrowania ludzi. Każdy ma w życiu taki afrodyzjak na jaki zasługuje. Dla niektórych afrodyzjakiem są teczki. Nawet puste teczki. Kania lustrowała i będzie lustrowała. Ten typ tak ma.

No cóż, na jaki afrodyzjak zasłużyła sobie np. Hanna Lis to każdy może sobie ocenić sam czytając teksty Mistrza Ironii. Tak samo jak może sobie ocenić na ile ścieżki kariery Lisów przypominają ścieżki kariery Kedajów, czyli czerwonych agitatorów. A to, że Hanna i Tomasz Lis podążają, moim skromnym zdaniem, jednak tą samą drogą kariery co Aleksandra i Waldemar Kedajowie... no cóż, te typy widocznie tak mają i innej drogi po prostu nie znają.