Jednym z widoków, które na zawsze pozostaną w pamięci wielu Polaków, będą brutalne akcje warszawskiej straży miejskiej, wymierzone w osoby, broniące na Krakowskim Przedmieściu krzyża. Podobnie jak sceny, gdy w kwietniu 2011 r. strażnicy chronią pracowników firmy sprzątającej, gaszących znicze, postawione poprzedniego dnia pod Pałacem Prezydenckim. Z czym jeszcze może kojarzyć się straż miejska? Na pewno z nękaniem ulicznych handlarzy oraz kierowców źle zaparkowanych aut. Ich zadaniem bywa także zasilanie  gminnego budżetu za pomocą fotoradarów.

Strażnicy mają jeszcze jedną niezmienną i obowiązującą wszędzie cechę: gdy tylko dzieje się coś poważniejszego niż nielegalna sprzedaż pietruszki, w tajemniczy sposób całkowicie i dokumentnie znikają, a gdy po nich zadzwonić, na miejsce interwencji jadą przez Małkinię i Szczecin, by zjawić się po trzech godzinach albo wcale.

Czy straże miejskie pełnią jakąkolwiek pożyteczną funkcję? Wątpliwe. Działania czysto porządkowe, takie jak wystawianie mandatów za złe parkowanie albo spisywanie nielegalnych handlarzy, mogłyby spokojnie przejąć służby znacznie mniej rozbudowane i tańsze albo nawet zakontraktowane prywatne firmy (tak jak obsługują strefy płatnego parkowania). Tam, gdzie potrzebna jest naprawdę skuteczna interwencja, przydaje się policja. Ale oczywiście władze gmin swoje straże hołubią. Mają dwa powody. Po pierwsze – kasa, jakiej te dostarczają bezpośrednio do gminnych budżetów z wystawianych mandatów. Po drugie – prestiż. Wszak miło mieć przed ratuszem kilka radiowozów lokalnej straży lub – w przypadku większych miast – specjalne oddziały i własne siły do tłumienia niewygodnych demonstracji.

Tymczasem prezydenci dużych miast i przedstawiciele straży po cichutku pracują nad projektem ustawy, która zamieniałaby te niepotrzebne formacje praktycznie w policje. Według „Dziennika Gazety Prawnej” projekt ma być gotów we wrześniu.

Funkcjonariusze straży największych miast zyskaliby uprawnienia porównywalne z policją: prawo do noszenia broni, prowadzenia przeszukań, obserwacji. Włodarze mniejszych gmin już się burzą i zadają pytanie, dlaczego ich formacje miałyby być dyskryminowane.

To pomysł niebezpieczny, kuriozalny, niepotrzebny i drogi. Formacja z rozbudowanymi możliwościami oznacza oczywiście większe wydatki, choćby na broń czy sprzęt rejestrujący. Ale to najmniejszy problem. Przede wszystkim oznacza to danie prezydentom miast do ręki groźnej zabawki, która – jak to pokazał najwyraźniej przykład Warszawy – może być doskonale wykorzystana przeciwko politycznym przeciwnikom. Dla zwykłych obywateli to kolejna służba, która dołączy do wyjątkowo w Polsce długiego katalogu organów uprawnionych do głębokiej ingerencji w naszą prywatność. Kontrola nad nią będzie zaś dużo trudniejsza, w strażach miejskich nie funkcjonują bowiem na podobnej zasadzie jak w policji oddziały kontroli wewnętrznej, a wszystko zamyka się w znacznie mniejszym kręgu wzajemnych lokalnych zależności. Trudno sobie wyobrazić, by ewentualne nadużycia i wątpliwości były w tych warunkach skutecznie wyjaśniane.

Owszem, są kraje, w których centralne siły policyjne pełnią jedynie rolę wspomagającą i gdzie w ogóle nie ma odpowiednika ogólnokrajowej policji sensu stricto (najbardziej znanym przykładem są Stany Zjednoczone). Polska jednak nie ma takiej tradycji. U nas straże gminne zostały wprowadzone jako swego rodzaju eksperyment po 1989 r. I śmiało można dzisiaj powiedzieć, że eksperyment się nie sprawdził. Należy go zakończyć jak najszybciej, wzmacniając po prostu policję, która – szczególnie na prowincji – nierzadko robi bokami. A jeżeli prezydenci i burmistrzowie chcą mieć swoją zabaweczkę z dostępem do broni, niech z własnej kieszeni opłacą sobie prywatnych ochroniarzy.