Przepisy o terapii nowoczesnymi medykamentami wykluczają pomoc dla większości chorych. „Dziennika Gazeta Prawna” ujawnia totalne absurdy z dokumentów określających kryteria Narodowego funduszu Zdrowia.

Mężczyzna o wzroście 182 cm z chorobą Leśniowskiego-Crohna nie dostanie w szpitalu skutecznego leku, jeżeli waży więcej niż 60 kg. Resort zdrowia uzależnia bowiem podanie medykamentu od BMI (wskaźnika masy ciała) pacjenta, który w tym wypadku nie może przekroczyć 18. To tym większy absurd, że cierpiących na chorobę Leśniowskiego-Crohna standardowo leczy się sterydami, po których przybierają na wadze, więc rzadko kiedy spełniają ministerialne wymagania. A NFZ nie musi płacić za nowoczesne leki. Ta paranoiczna sytuacja zbliża nasz kraj nie do zielonej wyspy a dzikiego kraju w trzecim świecie. Niestety nie jest to największy absurd jaki serwuje nam NFZ.

Niektóre szpitale mają zakontraktowane pieniądze na leki, ale nie mają chorych, którzy mogą być nimi leczeni.

„Wśród pacjentów są osoby pilnie potrzebujące nowoczesnej terapii, ale nie spełniają kryteriów NFZ”

– mówi  DGP prof. Leszek Paradowski z Akademickiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu. Szpital dostał karę 300 tys. zł za to, że nie trzymał się przepisów i leczył pacjentów, którzy np. za dużo ważyli. Dziś na 450 pacjentów z chorobą Leśniowskiego-Crohna do terapii kwalifikuje się dwóch.

Inne programy terapeutyczne cechują podobne przypadki.  Z chorych na reumatoidalne zapalenie stawów płacił za nowoczesne leki z własnej kieszeni. Gdy zostały wpisane do programów terapeutycznych, był pewien, że teraz dopłaci mu państwo. Ale usłyszał, że dzięki braniu leku jego stan się poprawił i nie spełnia kryteriów, by wejść do programu. Lekarze poradzili, by odstawił leki, wycieńczył organizm i wtedy będzie miał szansę.

Natomiast w przypadku leczenia szpiczaka nowoczesnych leków nie mogą otrzymywać chorzy z niewydolnością nerek chociaż lekarze przekonuje, że nie ma przeciwwskazań medycznych do tego. Jeden ze szpitali musiał zapłacić 900 tys. zł kary za to, że podał lek pacjentowi, u którego poziom płytek wynosił 49 tys., podczas gdy ministerstwo ustaliło, że minimum to 50 tys.

Resort i NFZ bronią się, że nie każdemu można zagwarantować leczenie bo budżet jest ograniczony. W rozmowach z urzędnikami często można usłyszeć, że łzawe historie pacjentów to tylko narzędzie w rękach firm farmaceutycznych, aby lobbować za większą sprzedażą leku. Stowarzyszenia pacjentów oraz same koncerny twierdzą, że chcą jedynie, aby decyzję o sposobie leczenia podejmowali lekarze, a nie urzędnicy. Ich zdaniem długie, ale nieskuteczne leczenie jest często znacznie kosztowniejsze dla budżetu niż droga, ale skuteczna terapia- czytamy w „Dzienniku Gazecie Prawnej”.

Ł.A/DGP