Sprawa „afery w Komisji Majątkowej” jeszcze długo będzie zajmować opinię publiczną. Na razie jest „paliwem” dla antyklerykałów i tematem zastępczym. W sprawie, którą służby specjalne – najpierw ABW, a potem CBA – zajmują się od 2008 roku, pojawia się coraz więcej znaków zapytania.

Nie do końca wiarygodne są fakty przedstawione przez „skruszonych” świadków, którzy liczą na nadzwyczajne złagodzenie kary. Także działalność służb specjalnych zaangażowanych w śledztwo przypomina balansowanie na krawędzi – chociażby inwigilacja biskupa Libery i innych duchownych (tzw. bilingowanie), próby zdobycia dostępu do poczty elektronicznej Konferencji Episkopatu Polski czy kurii w Katowicach.

Marek Piotrowski, to główny oskarżony w „aferze Komisji Majątkowej”, która przyznawała katolickim parafiom odszkodowania za zagrabiony przez komunistów majątek. W 1989 roku powołano Komisję Majątkową, która nie rekompensowała tego, co zabrano. Komisja, choć początkowo miała pracować około roku, działała od 1989 do 2011 roku. W ostatnich latach stała się obiektem oskarżeń o nadużycia, korupcję, obwiniano także Kościół za niedostatki prawne związane z funkcjonowaniem Komisji.

Świadkiem, który swymi zeznaniami obciążył Piotrowskiego, jest jego były wspólnik w biznesach - Dariusz M. Świadek idealny, bo skonfliktowany z Piotrowskim.

M. zeznał w CBA, że prawnik swoje sukcesy w odzyskiwaniu kościelnego mienia zawdzięczał łapówkom, jakie płacił członkom komisji majątkowej. Skruszony M. zeznał, jak Piotrowski oszukiwał kościelne instytucje i unikał płacenia podatków. Na podstawie jego zeznań CBA we wrześniu 2010 r. zatrzymało Marka Piotrowskiego. Trafił do aresztu na 9 miesięcy. Wyszedł po wpłaceniu 1 mln zł kaucji.

W grudniu ubiegłego roku był gotowy akt oskarżenia. Na ławie oskarżonych oprócz Piotrowskiego zasiadło jeszcze 8 innych osób. Piotrowski jest oskarżony m.in. o korumpowanie członka komisji (kwotą 20 tysięcy złotych) i działanie na szkodę podmiotów kościelnych, które starały się o zwrot majątku zagarniętego w PRL.

Akta sprawy z sądu w Gliwicach (który się wyłączył z prowadzenia tej sprawy) trafiły do Warszawy (gdzie miało dojść do popełnienia przestępstwa, bo tu była siedziba Komisji Majątkowej i mieszka większość oskarżonych). Sąd w Warszawie jednak wyłączył się z rozpatrywania i przekazał pod koniec kwietnia kilkadziesiąt tomów akt do Sądu Okręgowego w Krakowie. Terminu pierwszej rozprawy nie wyznaczono.

Piotrowski, prawnik który w latach 70. ubiegłego wieku wyjechał z Polski do Austrii i Niemiec, reprezentował przed komisją stronę kościelną. Wbrew temu, co do tej pory napisano o Marku Piotrowskim nie był „zwykłym” funkcjonariuszem SB w stopniu sierżanta. Wiadomo, że po kilku latach służby odszedł z SB, ale nie z resortu MSW. Udało mi się ustalić, że trafił do tajnego Wydziału XIV w Departamencie I (wywiad), i jako „nielegał” wyjechał właśnie do Austrii i Niemiec.

Okazało się, że mocnym argumentem za zastosowaniem tymczasowego aresztowania Piotrowskiego był notatka agenta CBA. Powstała na podstawie zeznań M. i drugiego świadka, którzy zeznali, że Piotrowski chce uciec z kraju w obawie przed aresztowaniem. Argumentem, który miał świadczyć o takim zamiarze była przekazana przez świadków informacjami o tym, że w Wiedniu mieszka siostra Marka Piotrowskiego. Podobna wzmianka znalazła się na wydruku bazy z Centralnej Ewidencji Ludności (CEL), który był ostatnio aktualizowany w marcu 2007 roku, czyli 3 lata przed powstaniem notatki agenta CBA.

I tu zaczynają się pojawiać wątpliwości o zastosowaną procedurę weryfikacji danych uzyskanych od świadków i zgodności z prawem takiego działania. Na dodatek Piotrowski został zatrzymany nie kiedy wyjeżdżał z kraju, ale kiedy wracał. Zeznał nawet, że o wizycie funkcjonariuszy CBA, którzy go szukali z nakazem zatrzymania dzień wcześniej, został poinformowany przez żonę. Niewiarygodna staje się teza, że planował ucieczkę. CBA nie sprawdziło, czy siostra Piotrowskiego mieszka w Wiedniu. Okazuje się, że za granicę wyjechała w 1981 roku i nie do Austrii , ale do RPA. Piotrowski mówił, że nie wie nawet, czy siostra żyje, bo ostatni raz dostał od niej list w połowie lat 80.

Sprawa tej notatki jest kuriozalna. Weryfikacja prawdziwości zeznań świadków jest możliwa, kiedy mają potwierdzenie w innych źródłach. Notatka nie może być sporządzana przez funkcjonariusza śledczego w oparciu jedynie o zeznania świadków, ale na podstawie informacji uzyskanych przez niego operacyjnie. Inaczej jest jedynie streszczeniem tego, co powiedzieli świadkowie

– stwierdza mecenas Kamil Draga.

Sprawę dziwnej notatki CBA adwokat Piotrowskiego skierował do prokuratury latem ubiegłego roku. Prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania. Ujawnienia, w jaki sposób powstała owa notatką odmówiło jej CBA, zasłaniając się tajemnicą. Kilka dni temu sąd rejonowy w Katowicach zajmował się zażaleniem M. Piotrowskiego na postanowienie prokuratury. Zażalenie odrzucił, uzasadniając iż Piotrowski nie jest „poszkodowanym w tej sprawie i nie jest uprawniony do składania zażalenia”.

Pytań w aferze jest więcej. Dziwną rolę w sprawie Komisji Majątkowej pełni Dariusz M. Dotarłem do pisma spółki „Fregata” do Naczelnika Urzędu Skarbowego Warszawa Ursynów. Urząd ten od 2009 roku usiłuje wyegzekwować 1,5 mln złotych od Dariusza M. Prezes „Fregata”, której M. musi zwrócić prawie 62 tysiące złotych, z zaskoczeniem stwierdziła, że fiskus nie zabezpieczył należności Skarbu Państwa na majątku M. mimo, że już w 2009 r. otrzymał informacje, gdzie znajduje się majątek (udziały w spółkach, lokaty, samochody).

Każdy, kto zetknął się z urzędem skarbowym, nie uwierzy w takie liberalne podejście fiskusa do dłużnika. Skąd zatem taka opieszałość w egzekucji majątku M.? „Parasol ochronny” nad świadkiem czy zwyczajna opieszałość? Tego nie wiem, bo Urząd Skarbowy zasłonił się tajemnicą skarbową i odmówił odpowiedzi na pytania.

Tymczasem z afery Komisji Majątkowej uchodzi powietrze. Napompowany balon pęka. W kilku wątkach „afery” prokuratura nie stawia zarzutów i sprawę umarza. Na 2800 rozstrzygnięć, jakie zapadły w Komisji Majątkowej, CBA zgłosiło 28 zawiadomień o możliwości popełnienia przestępstwa, z czego prokuratura od razu odrzuciła 17. Zarzuty dotyczą dwóch spraw, do sądu trafiła jedna.

Bogumił Łoziński w „Gościu Niedzielnym” tak pisze o umorzonej aferze w Białołęce:

Elżbietanki przez ostatnie lata były częstym tematem mediów, które przedstawiły decyzję Komisji Majątkowej jako skandal, fałszowanie wartości ziemi, czy „skok na kasę”. Burmistrz Białołęki zgłosił nawet sprawę do prokuratury. Tymczasem dowiadujemy się, że prokuratura nie dopatrzyła się naruszenia prawa i sprawę umorzyła. Siostry sprzedały grunt za taką samą kwotę, na jaką wyceniła ją Komisja Majątkowa, czyli 30,7 mln zł. Nabywca ziemi oszukał siostry i do dziś, poza zaliczką w wysokości 5,5 mln złotych, im nie zapłacił. W efekcie siostry zostały co najmniej kilka razy skrzywdzone. Po raz pierwszy, gdy władza komunistyczna skonfiskowała ich dobra, z których dochód szedł na utrzymanie szpitala w Poznaniu. Po raz drugi, gdy zostały oszukane przez nabywcę tej ziemi. Wreszcie, gdy były niesłusznie oskarżane, wręcz linczowane przez media, wśród których prym wiodła Gazeta Wyborcza. Środki, które miały uzyskać ze sprzedaży gruntu w Białołęce pragnęły przeznaczyć na remont szpitala w Poznaniu, który im zwrócono w stanie praktycznie nie nadającym się do użytku. Chcą, aby szpital znów służył potrzebującym.