Najgłośniejsze wystąpienie Kongresu Polska Wielki Projekt. Prof. Zybertowicz o pułapce społecznej. U nas - pełny tekst!

Jak wyjść z pułapki społecznej, czyli o łączeniu archipelagów polskości

prof. Andrzej Zybertowicz

Najpierw polemika wobec [prof.] Andrzeja Nowaka. Jego wypowiedź była niespójna. Powiedział, że ojczyzna nie jest projektem, jest dziedzictwem, a potem, w duchu "Eseju o duszy polskiej" prof. Legutki wykazał, że jesteśmy narodem zdewastowanym po serii katastrof cywilizacyjnych, potrzebujemy rekonstytucji, potrzebujemy projektu, który zogniskuje nasze energie.

Przede mną rozpościera się loża VIP-ów. Zobaczcie państwo, mówię do tych, którzy są dalej, są wolne miejsca. Obóz patriotyczny ma wolne miejsca dla swoich elit! [Brawa]. Zachęcam wszystkich do wyruszenia w podróż po bycie przywódcami tej Polski, która musi zostać zrekonstruowana.

Nie będę mówił, kto Polską rządzi. Ja powiem: dlaczego rządzi. Uważam, że odpowiedź na pytanie dlaczego rządzi ten kto rządzi jest dla nas, obozu patriotycznego, ważniejsza niż odpowiedź na pytanie, kto rządzi.

Na pytanie dlaczego rządzi Polską ten, kto teraz rządzi, odpowiedź nasuwa się oczywista: z powodu błędów jednej osoby, z powodu błędów Jarosława Kaczyńskiego, jako premiera. Ale gdybym jako socjolog poprzestał na tej odpowiedzi [w formie żartu], to bym nadmiernie zdefiniował rolę jednostki w historii. Nie mogę na tym poprzestać. Nie mogę przeceniać roli jednostki w historii. [Śmiech]

Główne motywy opowieści. Będę mówił o systemie III RP i elektoracie systemu III RP. Nie o elektoracie Platformy, nie o elektoracie SLD, nie o elektoracie partii Andrzeja Rozenka, nawet nie o elektoracie partii, która jest kwintesencją systemu III RP, czyli PSL. Będę mówił o elektoracie systemu III RP.

Będę mówił o tym, że pod koniec lat 90. dwójka wybitnych profesorów: Jerzy Hausner, ekonomista, później wicepremier w rządzie Leszka Millera, i prof. Mirosława Marody, obecnie wiceprezes Polskiej Akademii Nauk, socjolog, skonstruowali koncepcję instytucjonalizacji nieodpowiedzialności. I w dość głęboki sposób opisali mechanizmy, które to powodują. Ale dzisiaj nie zastosują tej koncepcji żeby powiedzieć, że za rządów żadnej ekipy ta instytucjonalizacja nie była bardziej rażąca. Że wicemarszałkiem Sejmu zostaje człowiek, który popełnił rażące błędy w zarządzaniu Ministerstwem Infrastruktury, marszałkiem Sejmu kobieta, która popełniła rażące błędy w zarządzaniu Ministerstwem Zdrowia, na wyższy stopień generalski zostaje mianowany szef Biura Ochrony Rządu, który popełnił rażące zaniedbania w realizacji swoich zadań, a ponad 100 tys. moich rodaków z Małopolski wybiera do Senatu byłego Ministra Obrony Narodowej, który jest odpowiedzialny za rażące zaniedbania. Socjologowie polscy nie będą pogłębiali koncepcji instytucjonalizacji nieodpowiedzialności; będą tworzyli, to znowu termin prof. Marody, kolejne diagnozy bez konsekwencji. Mamy niekiedy dość głębokie diagnozy opisujące schorzenia różnych sfer życia społecznego, z których nie ma żadnych konsekwencji. I to jest pewna cecha sytuacji.

Gdy jeżdżę na liczne spotkania, to widzę niebezpieczny automatyzm myślowy w obozie patriotycznym: chęć pogłębiania kolejnych diagnoz, które prowadzą tylko do defetyzmu, i niechęć albo nieumiejętność programowania, mówienia o rekonstytucji naszych zadań, instytucji jako pewnego projektu. W efekcie mamy racjonalizację indywidualizmu przy założeniu, że nie można nic zrobić w sferze publicznej, ale można troszczyć się o swój byt prywatny, swojej rodziny.

Polska znajduje się w sytuacji, która przez część badaczy społecznych jest opisywana jako pułapka społeczna. To jest sytuacja, która jest oceniana przez większość, a niekiedy przez wszystkich, jako dolegliwa, jako nie do przyjęcia, ale ludzie mają racjonalne motywy, żeby ją podtrzymywać. Do konstrukcji tej pułapki doszli m. in. badacze programów antykorupcyjnych w Afryce. Np. w Kenii badani stwierdzili, że nie chcą uczestniczyć w korupcji, ale ponieważ wszyscy wokół uczestniczą, byłoby nieracjonalne zrezygnowanie z działań korupcyjnych jako metody zabezpieczania swoich interesów. Ta pułapka powoduje, że system jest na poziomie tzw. suboptymalnej równowagi, tzn. że dostępne naszemu społeczeństwu zasoby są wykorzystywane w mniejszym stopniu niż to jest możliwe.

A teraz chciałbym państwu odpowiedzieć na pytanie, jaki jest elektorat systemu III RP. I zacznę od ludzi zaufania społecznego, od lekarzy i prawników. Niedawno podano informację, że w Małopolsce 80 proc. lekarzy i prawników, którzy prowadzą prywatne praktyki, poinformowało urzędy podatkowe, że ich dochody z tych prywatnych praktyk są niższe niż średnia krajowa, w związku z czym nie muszą mieć kas fiskalnych. Wydaje się, że bez specjalnych badań socjologicznych można uznać, że wielu z nich po prostu oszukuje. I to jest pewna część elektoratu III RP. Oni chcą, żeby ci wielcy złodzieje którzy są na górze nie przeszkadzali w małych złodziejstwach. Takich sytuacji mamy wiele.

Obecny system jest w pewnej równowadze, w pewnej stabilności, bo nastąpiło zsynchronizowanie dwóch przekazów kulturowych, które nie są expressis verbis, nie są otwarcie komunikowane, i dlatego przez dłuższy czas nie rozumieliśmy tego mechanizmu. Jeden przekaz, idący z góry od Platformy, to jest przekaz wypowiadany półgębkiem: nie traktujemy rządzenia poważnie, nie traktujemy wspólnoty poważnie, nie traktujemy Polski poważnie, będziemy pilnowali, żeby w sytuacjach krytycznych była przysłowiowa woda w kranie, przymykamy oko na to, co wy robicie. I cała atmosfera przyzwoleń we wszystkich sferach życia społecznego, w administracji, w szkolnictwie wszystkich szczebli - uczniowie udają, że się uczą, my udajemy, że się uczymy, członkowie komisji przetargowych udają, że uczciwie rozstrzygają konkursy, przedsiębiorcy udają, że uczciwie w nich startują, w sumie sytuacja pewnych przyzwoleń.

Zaczynam od tego elementu elektoratu III RP, a nie od oligarchów i ich sieci klientelistycznych, którzy są istotnymi elementami, bo ta tkanka kulturowa przyzwoleń, przyzwolenie na kulturę bylejakości, stała się strukturalną cechą, która została odziedziczona po PRL, ale za rządów obecnej koalicji została doprowadzona do typu idealnego. Jeśli nie zrozumiemy tego wymiaru, to wszelkie sposoby myślenia, które sam współtworzyłem jeszcze kilka lat temu, koncentrujące ostrze działania politycznego na tzw. układzie, czyli zakulisowych graczach dysponujących wielkimi zasobami, będą rodziły nieefektywne strategie polityczne.

Elektorat systemu III RP funkcjonuje w kulturze racjonalnego strachu i racjonalnych lęków III RP. Racjonalny strach to są np. ci biznesmeni, którzy płacą łapówki przy zamówieniach publicznych, którzy działając na styku prywatne-publiczne zbudowali swoje fortuny, i mają racjonalne obawy, że w razie wprowadzenia rządów prawa, będą w tarapatach. Natomiast oni potrafili, podobnie jak zadeklarowani, zdegenerowani agenci SB z lat PRL-u, potrafili wciągnąć do obozu lęku ludzi, którzy nigdy nie byli donosicielami, którzy nie zrobili żadnych krzywd, mimo, że niekiedy rozmawiali z SB. Udało się ich zapisać do obozu wrogów IV RP.

Otóż wielcy złodzieje, którzy mają racjonalne podstawy, żeby się bać państwa prawa, potrafią tysiące urzędników, pracowników administracji, małych biznesmenów, którzy nie współtworzą zła w sposób kreatywny tylko dopasowują się do chorych struktur, zapisać do obozu przestraszonych. W psychologii rozróżnia się lęk racjonalnie uzasadniony i lęk nieracjonalny, ale nawet nieracjonalny lęk może być siłą polityczną.

Przechodzimy do pytań praktycznych. Czy są takie elementy systemu III RP, na które główna partia opozycyjna dziś nie oddziaływuje, chociaż mogłaby to robić? Jakich beneficjentów tego systemu powinno się atakować, których neutralizować, a z którymi zawiązać sojusz, wprost lub w sposób dorozumiany? Widzę niedosyt tego typu myślenia strategicznego. Odróżnienie tych środowisk, grup interesów, które należy atakować, tych które należy zneutralizować i tych, które nadają się na potencjalnych sojuszników.

Jakie w świetle tej diagnozy rysują się elementy planu politycznego? Potrzebne jest obniżenie poziomu strachu i lęku poprzez zmianę języka i wypromowanie nowych twarzy, albo przynajmniej operacje plastyczne niektórych starych twarzy. Dalej: zapowiedź przemyślanej, selektywnej amnestii, która pewnej części biznesu da szansę na zalegalizowanie majątków, których i tak nigdy im nie odbierzemy. A ich strach co do tego wpycha ich w ręce przeciwników Polski. Wreszcie rozważenie prawnego zakończenia lustracji. W sensie badawczym, w sensie prawdy i fałszu, lustracja zawsze będzie miała miejsce w kulturze politycznej. Natomiast w sensie prawnym ten system lustracyjny jest niewydolny, i wytwarza więcej kosztów politycznych niż korzyści. Wreszcie, to czego nie widzę w strategiach głównej partii opozycyjnej, rozpoznawanie pól napięć między głównymi beneficjentami systemu III RP w celu [ich wykorzystywania].

A teraz głębszy poziom lęku tych, którzy nie mają interesu w popieraniu systemu patologicznego. Ci lekarze i prawnicy od których zacząłem, jako modelowego przykładu elektoratu III RP, oni by płacili te podatki, gdyby byli przekonani, że państwo gra uczciwie i tych pieniędzy nie zmarnuje. I gdyby byli przekonani, że tak wypada i że inni też tak zrobią. Natomiast w sytuacji, w której oni są przekonani, że wszyscy wokół oszukują, oni są w położeniu tych kenijskich wieśniaków, czy nawet kenijskich intelektualistów, którzy sobie mówią: jak ja nie będę korumpował, a wszyscy obok tak, to potraktują mnie jak dziwoląga i niczego nie załatwię.

To wszystko nakłada się na pewien głębszy mechanizm, który neurolog António Damásio uchwycił wprowadzając pojęcie "markera somatycznego". Ten neurolog mówi tak: jeśli analizujemy proces podejmowania decyzji przez ludzi, to zanim np. wyborca, dziennikarz, biznesmen, dokona jakiejkolwiek analizy zysków i strat, i zanim jego umysł racjonalnie zacznie myśleć: "może ten Kaczyński miał rację", zanim to sobie wyartykułuje, to w organizmie człowieka, który jest na tej ścieżce rozumowania, zdarzy się coś istotnego. Gdy na myśl przyjdą mu złe skutki decyzji, wyobrazi sobie to państwo policyjne z czasów PiS, i nawet jeśli to się będzie działo przez mgnienie oka, jego organizm dozna nieprzyjemnego uczucia w trzewiach. To uczucie odnosi się do ciała, i na poziomie ciała sygnalizuje odrazę wobec podjęcia decyzji w określony sposób. António Damásio nazywa to markerem somatycznym.

Otóż system III RP, czy było to planowane czy nie, ale funkcjonalnie wdrukował takie markery somatyczne tysiącom, być może milionom Polaków, włącznie z wyrafinowanymi profesorami, naszymi kolegami uniwersyteckimi. Jeśli nie znajdziemy sposobu rozkodowania tego, to żadne racjonalne argumenty nie trafią. W Polsce markery somatyczne ma wdrukowane obóz osób ciężko przestraszonych przez Jarosława Kaczyńskiego.

Czy rozumiemy ten obóz, czy rozumiemy ich sposób myślenia? Kto jest odpowiedzialny za komunikację z ciężko przestraszonymi? Czy wiemy jakie "terapeutyczne" techniki, mówię w cudzysłowie, ale może cudzysłów jest zbędny, należy zastosować, by do nich dotrzeć?

Przykład: informacja z 26 kwietnia b. r.: "Do końca roku pracę straci minimum 1600 bankowców. Banki tną zatrudnienie w czasach kryzysu. Część ze zwalnianych trafi do pośrednictwa pracy." Czy w obozie IV RP mamy jakieś przesłanie, jakiś komunikat, jakąś ofertę dla tych ludzi? Jak należałoby ją zakomunikować, jakimi słowy, czyją twarzą?

A teraz przechodzę proszę państwa do naszego projektu. Otóż z tego bagna bylejakości III RP wynurzają się wyspy, które są oazami polskości. Wynurza się archipelag inicjatyw patriotycznych. Skąd on się bierze? On się bierze ze słusznego wstydu. Jak powiedział mi pewien biznesmen z Torunia, człowiek sukcesu, na pytanie, dlaczego zaczął działać w rozmaitych inicjatywach patriotycznych, klubach dyskusyjnych: bo po 10 kwietnia było mi wstyd za moje państwo. Otóż to jest dobry wstyd, który może pomóc nam odbudować wspólnotę.

Ten dobry wstyd tworzy godnościowy elektorat. Ale to nie wystarcza. Dlaczego: bo ten archipelag polskości składa się z setek, a może już tysięcy projektów, których współtwórcy najczęściej wykorzystali już swój potencjał organizacyjny. Archipelag cierpi na potężny deficyt umiejętności przywódczych, umiejętności samoorganizacji na wyższym poziomie. Stworzyć Klub "Gazety Polskiej" to jest zupełnie inna gra niż stworzyć organizm licznych portali patriotycznych. W tym drugim przypadku trzeba zarządzać "kieszonkowymi Napoleonami". A to już jest wyższa szkoła jazdy.

Czy w tej sytuacji czeka nas praca organiczna? Nie. Twierdzę, że przed nami praca turboorganiczna. I jeśli wykorzystamy to, co współczesne nauki społeczne, co psychologia społeczna mówi o przywództwie. Przywództwo to już nie jest dzisiejszych czasach synonim magicznej charyzmy z którą ludzie się rodzą raz na 100 lat. Przywództwo jest rozkodowane na sekwencje umiejętności i można precyzyjnie opowiedzieć, jaką ścieżką szkoleń można wyselekcjonować osoby o takim potencjale. Archipelag sam je selekcjonuje, ale można to przyspieszyć. Jeśli zrobimy Kongres Polskości, uruchomimy projekt Warsztatów Niepodległościowego Przywództwa, wreszcie Coaching Patriotyczny.

To wszystko w ramach formuły, którą nazywam "Minimum Patriotyczne". Ono ma więcej punktów, ale sprowadzę je do dwóch. Pierwsze założenie tego Minimum, które musi zaakceptować każdy, kto chce przynależeć do archipelagu polskości: w świecie jaki jest, jaki się wyłania, Polska i własne, sprawne państwo jest nam potrzebne. I po drugie: można być dobrym Polakiem nie będąc katolikiem, można być dobrym Polakiem nie będąc osobą wierzącą, można być dobrym Polakiem mając poglądy lewicowe, prawicowe albo nie posiadając jasności w tej materii. Ale nie można być dobrym Polakiem nie rozumiejąc kulturowej i organizacyjnej roli Kościoła katolickiego w dziejach Polski [brawa].

Moim zdaniem ten projekt Minimum Patriotycznego  - oczywiście do dyskusji - wyznacza kontury polskości. Jak ktoś nie chce zaakceptować konturów, to wypisuje się z archipelagu i z Polski.

Dziękuję bardzo. [Brawa]

 

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...