Mając do czynienia z publikacjami Leszka Szymowskiego dobrze jest stosować sowiecką zasadę „dowieriaj no prowieriaj” (ufaj, ale sprawdzaj).

Kilka dni temu podzieliłem się na blogu (pt. „Полезный идиот”) swoim wątpliwościami na temat książki Leszka Szymowskiego „Agenci SB kontra Jan Paweł II”. Książka jest kompromitacją jej autora, którego nie usprawiedliwia nawet młody wiek i takież doświadczenie.

Napisałem m.in.:

Jestem zaskoczony nie tyle podaniem przez Szymowskiego nazwisk agentury Departamentu I MSW w Watykanie, co szczerością autora i przyznaniem się, że miał dostęp do materiałów, które znajdują się w zbiorze zastrzeżonym Instytutu Pamięci Narodowej. Ten „zbiór zastrzeżony” to w dużym uproszczeniu nic innego jak teczki personalne i dokumenty wciąż czynnych agentów bezpieki „przejętych” po 1989 roku przez służby specjalne III RP. To materiały o najwyższym stopniu tajności, do których dostęp publicystów jest niemożliwy. Dowód bezmyślności autora znajduje się już we wstępie do książki: „Ogromne podziękowania należą się przede wszystkim osobom, które przez ostatnie dziesięć miesięcy udzielały mi wsparcia, służyły wiedzą, radą i cennymi uwagami. Dziękuję historykom IPN, którzy – nie zawsze oficjalnie – decydowali się pomóc mi i podzielić swoją wiedzą, także tą wyniesioną z archiwów zbioru zastrzeżonego(podkr. TS).

Szymowski na swoim blogu (oraz na blogu Jana Pińskiego na www.nowyekran.pl) rusza do szarży. Nie tyle w obronie swego dobrego imienia, co strachu przed zawodową kompromitacją i próba ocalenia jej resztek… Notka „Ujadanie frustrata” to kliniczny przykład bezradności autora, którego skomplikowana materia wywiadu i służb specjalnych przerosła.

Inwektywy i złośliwości pominę. Skupię się na fikcjach przedstawionych przez autora.

Szymborski stwierdził bowiem, że ujawniłem źródło informacji. Powołał ogólnikowy fragment wstępu do książki, w którym podziękowałem za pomoc pracownikom IPN (nie wymieniłem ich z nazwiska), którzy podzielili się ze mną wiedzą wyniesioną z archiwów - także ze Zbioru Zastrzeżonego. Gdyby dziennikarz śledczy Tomasz Szymborski miał zwyczaj sprawdzania informacji to wystąpiłby do IPN z zapytaniem i uzyskałby odpowiedź, że w ostatnich latach kilkaset osób miało dostęp do tego zbioru. W moim przypadku to „podzielenie się” wyglądało w ten sposób, że jako pierwszy lub jeden z pierwszych dowiadywałem się o tym jakie materiały zostały odtajnione i trafiły do katalogu jawnego. I zaraz potem o te materiały występowałem. I tyle.

Szymowski dramatycznie stara się ratować swoją wiarygodność. Ciekawe, co powiedzą prokuratorowi pracownicy IPN podczas przesłuchania? „Podzielenie się wiedzą” to nic innego, jak ujawnienie ściśle tajnej informacji!

Co prawda teraz Szymowski próbuje bagatelizować swoje „podziękowania” dla znajomych w IPN, bajdurząc o życzliwych, którzy informowali go o odtajnieniu materiałów ze zbioru zastrzeżonego, aby mógł je przeczytać w czytelni jawnej. Ciekawa linia obrony. Ustalenie tożsamości „informatorów” Szymowskiego nie będzie skomplikowane, bo w grę wchodzi nie „kilkaset osób”, ale kilkanaście – tych, którzy mieli dostęp do akt rezydentury w Rzymie Departamentu I (wywiadu) MSW.

Aż dziwne, że Leszek Szymowski nie polemizuje z kolejnymi moimi zarzutami, które jeszcze bardziej kompromitują jego pracę i znajomość tematu.

Napisałem

Przynajmniej w jednym przypadku za agenta PRL-owskiego wywiadu w otoczeniu Jana Pawła II Szymowski uznał nie tę osobę! Na podstawie lektury depesz rezydenta w Watykanie do centrali wywiadu rzadko można odkryć tożsamość agenta.

Podobnie „rewelacje o agentach” Szymowskiego podsumował Cezary Gmyz z Rzeczpospolitej (http://www.rp.pl/artykul/153227,864543-Proba-zastraszania-w-obronie-nierzetelnej-ksiazki.html):

Jeden z największych błędów książki to przypisanie ks. abp. Januszowi Bolonkowi pseudonimu Prorok. Z materiałów z IPN wynika, że nie mógł być „Prorokiem" i nie był jednym z najgroźniejszych szpiegów w Watykanie. Z akt wynika, że „Prorok" nie cieszył się zaufaniem SB. Był to Włoch (co wyklucza osobę abp. Bolonka), który sam zgłosił się do ambasady PRL jako tzw. oferent. Osobą, z którą nawiązał kontakt, był pracownik ambasady Adam Szymczyk, oficer SB o kryptonimie Atar. Oferenci byli przez Departament I traktowani nieufnie, bo podejrzewano, że mogą być prowokatorami. Z tego powodu Włocha skierowano do ówczesnego szefa rezydentury, który założył na niego tzw. Segregator Materiałów Wstępnych o kryptonimie Cama. Nigdy nie został zarejestrowany jako agent. Nadano mu stosunkowo niską kategorię kontaktu informacyjnego (KI) i ps. Prorok. Co ciekawe, nie został zarejestrowany jako informator do sprawy „Morobo” prowadzonej przeciw Watykanowi, ale do sprawy o kryptonimie Estero, która dotyczyła włoskiego MSZ oraz NATO.

Równie druzgocąca dla Szymowskiego jest opinia Witolda Bagińskiego, historyka z Instytutu Pamięci Narodowej, jednego z największych ekspertów z zakresu działalności Departamentu I MSW (przedstawiona przez C. Gmyza):

W tej książce roi się od kłamstw, błędów i pomyłek. Autor liznął trochę dokumentów zgromadzonych w naszym archiwum, ale nie ma pojęcia, jak działał wywiad PRL, jakie były jego struktury. Myli agentów z oficerami, przypisuje pseudonimy nie tym osobom, które je w rzeczywistości nosiły. Ta książka to przykład skrajnego braku profesjonalizmu.

Dyskredytujące dla autora jest także złamanie Ustawy o ochronie danych osobowych. W artykule napisałem:

Otóż Szymowski każdej z osób, którą Departament I MSW zarejestrował jako agenta, dał możliwość przedstawienia swojej wersji wydarzeń w książce, podobnie jak ks. Isakowicz-Zaleski w książce „Księża wobec bezpieki”. Na tym jednak analogie się kończą. W fotokopiach listów z odpowiedziami na pytania w sprawie ustaleń dotyczących współpracy duchownego z wywiadem PRL, Szymowski usuwa (!) swój adres korespondencyjny, ale pozostawia adres nadawcy (ks. Mariana Roli czy biskupa Antoniego Dydycza), a nawet numer telefonu i adres e-mail (w przypadku ks. prof. Henryka Witczyka).

Leszek Szymowski ripostuje:

Pragnę odpowiedzieć Szymborskiemu, że nigdy nie łamałem żadnej ustawy o ochronie danych osobowych. Gdyby zaś Szymborski dobrze obejrzał obrazki na końcu książki (określone trudniejszym słowem „ilustracje”) zorientowałby się, że ujawnione przez mnie - rzekomo wbrew ustawie - adresy księży to nie ich adresy prywatne tylko adresy instytucji, w których pracują (np. adres kurii drohiczyńskiej - w przypadku biskupa Dydycza). Jedyny adres prywatny (księdza Witczyka) został podany za jego zgodą. Ksiądz profesor zażyczył sobie tego, aby każda osoba, która będzie miała wątpliwości co do jego przeszłości sama mogła się z nim skontaktować.

Mając do czynienia z publikacjami Leszka Szymowskiego dobrze jest stosować sowiecką zasadę „dowieriaj no prowieriaj” (ufaj, ale sprawdzaj). Poprosiłem wczoraj księdza dr Witczyka z KUL o odpowiedź na pytanie:

Czy rzeczywiście Ksiądz wyraził zgodę na ujawnienie swego adresu? Jestem także ciekaw opinii na temat książki Szymowskiego.

Stanowisko ks. Witczyka było jednoznaczne:

Nie przypominam sobie, abym wyrażał taką zgodę. Ale z dziennikarzami, widzę, lepiej w ogóle nie mieć żadnych kontaktów. Nie mam tej książki, nie wiem, gdzie ją można nabyć i co autor tam ostatecznie napisał.

Czyli Szymowski nie tylko się myli, ale także mało – powiem elegancko - „mija się z prawdą”. Wobec tych faktów dalej aktualne jest pytanie, które postawiłem:

Jakie będą konsekwencje tej książki? Możliwe, że autor jest umiejętnie „prowadzony” - przez np. osoby z kręgu byłych służb specjalnych, które chcą skompromitować IPN i zablokować dalsze publikacje na temat agentury w Watykanie.