Z Józefem Mackiewiczem w polemice z Janem Olszewskim i redaktorami Jackiem i Michałem Karnowskimi

Fot. wPolityce.pl
Fot. wPolityce.pl

Szukanie prawdy jest tylko możliwe w ścieraniu się myśli,

zaś ścieranie się myśli jest tylko możliwe w wolnej dyskusji.

Józef Mackiewicz

Wywiad redaktorów Jacka i Michała Karnowskich z Janem Olszewskim w tygodniku „Uważam Rze”, numer 15, wtorek-niedziela, 10-15 kwietnia 2012 r. Były premier porusza w nim wiele ważnych i ciekawych kwestii, min. poddaje analizie politykę rządu Donalda Tuska wobec zbliżenia Rosji i Niemiec. Zestawia ją z inicjatywami Prezydenta Lecha Kaczyńskiego,  i uznaje za fatalną. Zapewne ma rację. Tyle że w pewnym momencie formułuje taką oto myśl: Gdy słuchałem Putina, zastanawiałem się, jakby na to odpowiedział Władysław Gomułka. Co by nie mówić o nim, był to polityk świadomy swoich działań. Linia Gomułki oparta była na tym, że choć musimy godzić się na różne rzeczy w stosunku do wschodniego sąsiada, to celem polskiej polityki jest utrzymanie zasadniczej różnicy stanowisk pomiędzy Niemcami a Rosją. Niestety, w ten koncept myślowy Jana Olszewskiego wpisują się  jego rozmówcy,   redaktorzy Jacek i Michał Karnowscy. Pada z ich strony stwierdzenie: wiadomo, że alergicznie reagował (Gomułka - przyp. GW) na wszystkie doniesienia o zbliżeniu Moskwy z Berlinem. Były premier kontynuuje swój wywód: Czasem reagował przesadnie, ale trzeba powiedzieć, że miał rację, uważnie te relacje obserwując. Tę linię polityczną uznawano za obowiązującą także po 1989 r. A Tusk założył coś odwrotnego (…).

 

Ten wątek wypowiedzi Jana Olszewskiego wydaje mi się być obiektywnie ciekawy             i wart krótkiej refleksji. Pochylmy się nad nim przez chwilę:

 

Co by nie mówić o nim, był to polityk świadomy swoich działań - twierdzi były premier.

 

Rzeczywiście, nie ma powodu sądzić, że było inaczej. Gomułka był świadomy swoich działań. Co do tej diagnozy zgadzam się całkowicie z Janem Olszewskim. Dodam od siebie, że Gomułka był  swoich działań  nie tylko świadomy, ale także był w nich niezwykle konsekwentny. Całe swoje dorosłe życie poświęcił najpierw walce z państwowością Polski niepodległej, a od drugiej połowy 1944 r. staraniom o utrzymanie dyktatury komunistycznej w Polsce. Miał zresztą w tym niezłe, a momentami zupełnie znakomite osiągi. To właśnie on był głównym autorem zdecydowanie największego sukcesu partii komunistycznej w wysiłkach o uchylenie pośród  naszego narodu poczucia, że Polska znajduje się w niewoli komunistycznej. To właśnie  Gomułce  nie mniej niż  dwieście tysięcy ludzi sprawiło w październiku 1956 r. na Placu Defilad w Warszawie, w raptem pięć miesięcy po walkach w Poznaniu w czerwcu 1956 r., spontaniczną owację. Z punktu widzenia partii komunistycznej Gomułka spisał się wtedy znakomicie; w odróżnieniu od swojego węgierskiego odpowiednika Imre Nagy. Gomułka zdołał wytłumić nastroje antykomunistyczne, i ludzie na Placu Defilad zamiast krzyczeć: precz z komuną , krzyczeli: Wiesław, Wiesław. Nagy nie zdołał osiągnąć podobnego sukcesu; w Budapeszcie, zamiast wybuchu okrzyków: Imre, Imre, wybuchło antykomunistyczne powstanie. Tymczasem  w Polsce zaczął się „Polski Październik”.            Zasługą Gomułki  było, że nagromadzony w narodzie polskim wulkan krytyki rzeczywistości komunistycznej skierowany został nie przeciwko ustrojowi komunistycznemu, lecz przeciwko ludziom ten ustrój przed październikiem sprawującym. Przeciwko „stalinistom”,„konserwatystom partyjnym”,„natolińczykom”, słowem, przeciwko tym, których sam Gomułka pragnął usunąć. Nie przeciw doktrynie, a biurokratom doktryny. Nie przeciw komunizmowi, a jego wykładni (patrz PS - GW).W rezultacie partia komunistyczna nie musiała wtedy w Polsce użyć siły dla opanowania sytuacji, jak została do tego zmuszona dla zachowania swojego panowania na Węgrzech.

Tak, nie ma wątpliwości, że Gomułka był świadomy swoich działań. Warto przypomnieć, że jako sekretarz  Komitetu Centralnego Polskiej Partii Robotniczej, podczas plenum partii w maju 1945 r., stwierdził: Nie jesteśmy w stanie walki z reakcją przeprowadzać bez Armii Czerwonej (...) Niesłusznym byłoby żądanie wycofania wojsk sowieckich. Nie mielibyśmy swoich sił, aby postawić je na ich miejscu. Można dodać tylko, że z perspektywy komunistów, śmiertelnych wrogów sprawy polskiej wolności, towarzysz Wiesław dobrze diagnozował sytuację. Albo inny przykład  jego wypowiedzi  świadczącej o  pełnej świadomości działań, które wraz ze swoimi towarzyszami partyjnymi podejmował (wypowiedź z 18.06.1945 r., podczas rozmów ze Stanisławem Mikołajczykiem na temat utworzenia Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej): Może jeszcze (...) padnie nowych kilkuset ludzi - lecz to nas nie przestraszy. (...) Zniszczymy wszystkich bandytów reakcyjnych bez skrupułów. Możecie jeszcze krzyczeć, że leje się krew narodu polskiego, że NKWD rządzi Polską, lecz to nie zawróci nas z drogi. Tak, tak, był towarzysz Wiesław świadomym               i konsekwentnym komunistą.

 

Linia Gomułki oparta była na tym, że choć musimy godzić się na różne rzeczy w stosunku do wschodniego sąsiada, to celem polskiej polityki jest utrzymanie zasadniczej różnicy stanowisk pomiędzy Niemcami a Rosją - mówi Jan Olszewski.

 

Mnie się zdaje, że Władysław Gomułka prezentował wyłącznie jedną linię polityczną. Była to linia partii komunistycznej z centralą w Moskwie, której przez całe swoje polityczne życie towarzysz Wiesław pozostał wierny. Tymczasem z wypowiedzi Jana Olszewskiego  wynika, że pod rządami partii komunistycznej w Polsce  istniała jakaś polska polityka, mająca i realizująca własne cele. Sądzę, że to kompletne nieporozumienie. Nie istniała wtedy żadna polska polityka; dotyczy to tak czasów Gomułki, jak czasów Bieruta, Gierka czy Jaruzelskiego (oczywiście pomijam rząd emigracyjny na uchodźstwie, który jednak zaraz po zakończeniu II Wojny Światowej przestał mieć jakiekolwiek znaczenie polityczne; zachował natomiast istotną dla niewielu funkcję symboliczną w obszarze pamięci o prawowitych władzach polskich). Zadziwia mnie też opinia Jana Olszewskiego, zgodnie z którą linia Gomułki polegała na uznaniu, że  musimy godzić się na różne rzeczy wobec naszego wschodniego sąsiada. Toż to całkowite pomieszanie pojęć, kompletna zapaść semantyczna. Jacy my? Czyżby Gomułka i naród polski? W czasach opresji komunistycznej w Polsce, aparat państwowy został sprowadzony do roli bezwolnego narzędzia w rękach partii komunistycznej, która z kolei realizowała cele centrali komunistycznej w Moskwie, cele komunizmu - największego zinstytucjonalizowanego wroga ludzkiej wolności w całych dotychczasowych dziejach. I to mamy nazywać polską polityką? Miał  rację Józef Mackiewicz,  gdy w „Zwycięstwie prowokacji” pisał:

Nie ma żadnego państwa polskiego w postaci „Polski Ludowej”. PRL nie jest dalszym ciągiem historii Polski, lecz dalszym ciągiem historii rewolucji bolszewickiej 1917 r. PRL nie jest przedłużeniem państwowości polskiej, lecz przedłużeniem i integralną częścią bloku komunistycznego. Gomułka przyszedł do władzy, tak samo jak poprzednio miał przyjść Marchlewski, a później  przyszedł Bierut, nie wbrew intencjom centrali komunistycznej w Moskwie, ale z jej nominacji.

Tak jak na przykład Reinhard Heydrich był ideowym nazistą, tak Władysław Gomułka był ideowym komunistą. Twierdzenie Jana Olszewskiego, iż ten długoletni i oddany funkcjonariusz partii komunistycznej uznawał, że musimy się godzić na różne rzeczy wobec wschodniego sąsiada, wydaje mi się obraźliwe dla Gomułki, a przy tym nieprawdziwe. Obraźliwe dla towarzysza Wiesława, gdyż zakłada, że  rozumował on w kategoriach interesu narodu polskiego, gdy tymczasem jedynym interesem politycznym, który przez całe swoje polityczne życie lojalnie realizował, był - całkowicie sprzeczny z celami narodu polskiego - interes partii komunistycznej. Nieprawdziwe, bo przyjmuje, że Gomułka działał w sytuacji przymusowej, ale realizował, na ile mógł, polską politykę, czyli że był jednak, choćby w  jakieś części, reprezentantem polskich interesów, że prowadził jakąś autonomiczną wobec partii komunistycznej politykę obliczoną na realizację polskich celów politycznych. To jest ta sama błędna szkoła myślenia, która uznaje, że Sowieci zdradzili nas w 1944 r., gdy pozwolili wykrwawić się Powstaniu Warszawskiemu, a Jaruzelski wbił nam nóż w plecy w  grudniu 1981 r., wprowadzając stan wojenny. Tymczasem nasz wróg nie może nas zdradzić. Zdradzi jeżeli przejdzie na naszą stronę, ale wtedy zdradzi nie nas, tylko swoich. Wróg nie realizuje naszych celów, lecz własne  - z zasady wobec naszych dążeń przeciwstawne. I żadne zaklinanie rzeczywistości nie zmieniło (jak pokazuje historia, najczęściej tragiczna) i nie zmieni ( jak pokaże przyszłość, oby nie tragiczna) tej prostej prawdy życia.

 

Końcowe wypowiedzi Jana Olszewskiego w wątku dotyczącym Gomułki określają  tę postać, przy wsparciu prowadzących rozmowę redaktorów  Jacka  i Michała Karnowskich, niestety, jako bardzo źle, alergicznie reagującą na zbliżenie na linii Moskwa-Berlin. Może chłop przesadzał w tej swojej niechęci, ale  zasadniczo miał rację - pomyślał zapewne niejeden czytelnik wywiadu. Tym bardziej, że w kolejnych zdaniach wywiadu to, ech, wyczulenie Gomułki na zagrażające polskim interesom zbliżenie rosyjsko (kolejne nieporozumienie) – niemieckie, zostaje zestawione z całkowitą biernością na tym polu rządu Donalda Tuska. A na to zupełnie znakomita większość czytelników  wywiadu natychmiast ochoczo przyklaśnie.

 

A Tusk założył coś odwrotnego: że można uznać, iż choć porozumienie niemiecko- rosyjskie następuje, to my temu  nie przeciwdziałamy w żaden sposób, ale znajdujemy dla siebie miejsce w nowym układzie sił. – kontynuuje myśl Jan Olszewski.

 

Pytanie o to, jak Polska może przeciwdziałać zbliżeniu niemiecko-rosyjskiemu, w wywiadzie nie pada. W mojej ocenie trudno byłoby na nie udzielić sensownej odpowiedzi, ale to wątek wykraczający poza ramy tego tekstu. I żeby było jasne: uważam rząd Donalda Tuska za fatalny, także w obszarze polityki zagranicznej. Sądzę jednak, że w  krytyce  tego rządu  i jego lidera nie warto wyciągać ze śmietnika historii tak ponurej postaci jak Władysław Gomułka. Nie należy też porównywać stanów, które nie dają się porównać, bo wtedy łatwo o fałszywe wnioski. Tusk jest polskim politykiem, szefem partii cieszącej się póki co, niestety, największą popularnością pośród głosujących rodaków; z tego mandatu definiuje  i realizuje on, tak jak potrafi, cele polskiej polityki. Fakt, że dla wielu robi to w sposób najgorszy z możliwych, nie ma nic do rzeczy w sprawie, o której piszę. Natomiast Gomułka nie był polskim politykiem, tylko funkcjonariuszem partii komunistycznej z centralą w Moskwie; realizował  nie polską politykę, lecz wrogie narodowi cele komunistów. Zapewne nie przekonam wielu czytelników do swoich racji. Czasy nie są sprzyjające dla takich jak moje poglądów. Niemniej  warto mieć na uwadze, że jeżeli jednym tchem wymieniamy takie nazwiska jak Gomułka i Tusk, to tym samym rezygnujemy z przeniesienia w przyszłe pokolenia prawdy o komunizmie. Taka jest cena nieuprawnionych porównań historycznych tego rodzaju, dokonywanych na potrzeby zaciekłych sporów  z teraźniejszości.

Chciałbym, aby ten tekst został odebrany nie jako atak, lecz jako wyrzut. Polemizuję w nim z osobami, które szanuję za ich działalność publiczną. Mam na myśli zarówno Jana Olszewskiego, jak również Michała i Jacka Karnowskich. I żeby zakończyć w nastroju przyjaznym wobec nich całej posłużę się cytatem z Józefa Mackiewicza, nawiązującym do ważnego fragmentu rozmowy braci Karnowskich z Janem Olszewskim. W ocenie Olszewskiego: Doświadczenie wykazuje, że dla narodów pomiędzy Bałtykiem a Morzem Czarnym istnieje pewna wspólnota losu (...) W tym kontekście najważniejsze są Polska i Ukraina. Polityka wiązania interesów krajów regionu z naszymi obowiązuje w każdych warunkach. Tak przed wojną, jak i po 1989 r. Przed wojną Czechy uznały, iż nic ich z nami nie łączy, żadne interesy. Słona była cena tego złudzenia.

Mądre słowa, nic do nich dodać, nic ująć.

Ponad sześćdziesiąt lat temu Józef Mackiewicz, w artykule „O międzymorzu”, opublikowanym po raz pierwszy w emigracyjnym periodyku „Lwów i Wilno” (Nr 49 z 1947 r.), zobrazował  ten sam problem, wykazując współzależność losów Polski i Litwy, w sposób następujący:

Litwa traci niepodległość razem z Polską i nie będzie jej mogła odzyskać inaczej jak razem z Polską. Rzecz jest zupełnie jasna i stwierdzona. Zaprzeczyć jej dziś nie może żaden Litwin, nawet najbardziej niechętny tej wspólnocie, jakkolwiek niechęć ta demonstrowana jest w dalszym ciągu przy lada dyskusji politycznej. (...)

-          Niech mi pan powie – odpowiedziałem - czy w teoretycznym wypadku utracenia niepodległości przez Portugalię mogłaby dalej istnieć Litwa niepodległa.

-          Mogła.

-          A w takim samym teoretycznym wypadku utracenia niepodległości przez Włochy czy Stany Zjednoczone, może istnieć niepodległa Litwa?

-          Może.

-          A czy może istnieć Litwa niepodległa, jeżeli nie istnieje Polska niepodległa?

Namyślał się tylko sekundę i lojalnie odpowiedział (niechętny Polsce  emigracyjny polityk litewski - przyp. GW):

-          Nie, nie może, to prawda.

-          Dlaczego?! - zaperzył się drugi z obecnych Litwinów.

-          Dlatego - odpowiedział mu spokojnie pierwszy - że w łańcuchu narodów, położonych pomiędzy potęgami Niemiec i Sowietów, Polska jest najsilniejsza. Jeżeli zatem stosunki układają się w ten sposób, iż uniemożliwiają egzystencję nawet Polsce, nie ma tym bardziej warunków do egzystencji słabszej od niej Litwy.

Uważałem, iż w przytoczonej formule współzależność losów została udowodniona.

 

Mnie się zdaje, że rozumne przypominanie tej właśnie prawdy  liderom państw naszego regionu legło u podstaw największego sukcesu prezydentury Lecha Kaczyńskiego, w jej wymiarze międzynarodowym, kiedy to mając za swoimi plecami przywódców kilku państw leżących pomiędzy potęgami Niemiec i Rosji (byli z nim wtedy: prezydenci  Litwy, Estonii i Ukrainy oraz premier Łotwy),  przemawiał w obronie wolności Gruzji w sierpniu 2008 r., podczas wiecu w Tibilisi. Powiedział wówczas min:

Środkowa Europa ma odważnych przywódców. Chciałbym to również powiedzieć Unii – cały nasz region, i Gruzja, będzie się liczył. My wiemy, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i mój kraj. Potrafimy się temu przeciwstawić, jeśli Europa będzie reprezentować wspólne wartości. Powinno tu być 27 państw.

Była to chwila, w której czułem dumę z Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. I  w tej sprawie pomiędzy mną a szacowną trójcą - Janem Olszewskim oraz Jackiem i Michałem Karnowskimi - istnieje, jak sądzę, pełna zbieżność odczuć i poglądów.

Grzegorz Wąsowski

PS Cytat pochodzi z książki Józefa Mackiewicza „Zwycięstwo prowokacji”.

Najnowsze artykuły

Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu

Śledź nas na Google News

Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News

Dziękujemy za przeczytanie!

Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.

Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych