Kilkadziesiąt tysięcy osób przeszło ulicami Warszawy w Marszu w Obronie Wolnych Mediów. Według szacunków organizatorów na placu Trzech Krzyży zgromadziło się ponad 120 tysięcy ludzi. Rodziny, młodzież, emeryci, ludzie w sile wieku i starsi. Ramię w ramię, flaga przy fladze, wszyscy razem zjednoczeni we wspólnej modlitwie i pragnieniu dobrego losu dla Polski.

Podczas Mszy św. przed kościołem św. Aleksandra, niemal namacalnie czuło się Ducha Jedności, mającego moc odnowienia oblicza Tej Ziemi. Jedność i pokój przenikały zgromadzonych jak powiew życiodajnego tchnienia.

Więc jednak to prawda. W tych zaspach niegodziwości, gwałtu na demokracji, informacyjnego dyktatu mediów, próbujących zaszczuć wszystkich, którzy sprzeciwiają się skandalicznej linii rządu, jest jednak nadzieja. Potężna nadzieja zmian i powrotu do klasycznej triady, stojącej u fundamentu ludzkiej twórczości: prawdy, dobra i piękna.

Ta siła przybiera dziś konkretną formę. Potężna rzesza ludzi staje w obronie Wolności, nie bacząc na trud i wyszydzenie. Wiedzą, że tutaj ich miejsce. Idą wyprostowani, wśród tych, co na kolanach, wśród odwróconych plecami i obalonych w proch… Wiedzą, że czasu coraz mniej, a trzeba przecież dać świadectwo… Są odważni!

Towarzyszy im ich siostra Pogarda. Ta rodzona - dla szpicli i łotrów. Ale jest i ta druga, przyrodnia, wysłana na żer od tamtych. Czymże mogłaby się żywić, co by ją w istnieniu podtrzymać zdołało, gdyby odebrać jej możność czerpania siły z cudzej niezłomności? Kroczy więc u boku niemrawo, jak skarłowaciała karykatura człowieczeństwa, śląc ze szklanych ekranów perfidne uśmieszki i oszczercze półsłówka. Biedna staruszka… Zadufana w swojej próżnej wszystkowiedzącej nieświadomości, upaja się pozornym poczuciem spełnienia. Lubi się zakorzeniać w oczach tych, których dusze obumierają. Poznać ją można po strachu, wyrażanym w histerycznym chichocie lub groźbach… Sporo jej wokół. Im więcej chichocze, im więcej szydzi, im mroczniej grozi, tym bliższy jej kres.

Czasem próbuje atakować dusze jeszcze całkiem żywe. Uderza wtedy w nieosłonione kawałki serca. Dlatego tak bardzo Pan Cogito przestrzegał przed jego oschłością. Dobrze znał jej chytre sztuczki.

kochaj źródło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba

czuwaj - kiedy światło na górach daje znak - wstań i idź
dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę

I nie daj się zastraszyć zaszczutym karłom, zaprzedanym fałszerzom, przegranym pozorantom. Nie przestawaj ćwiczyć swego orlego lotu, szybuj coraz wyżej, sięgając poza horyzont.

Powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy
bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem
jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku

Nie zapominaj o bohaterach. Patrz w oczy i wypełniaj powołanie rycerzy. Bądź mężny i nie dawaj się tchórzom. Prędzej czy później polegną pod mieczem własnego strachu. Pamiętaj o przeszłości, wypatruj nowych gwiazd i krocz biało-czerwoną aleją... Krocz wyprostowany i stale bądź w świetle Słońca. Tylko ono wyznaczy właściwy cel.

Bądź wierny! Idź!