To była największa demonstracja w jakiej kiedykolwiek uczestniczyłem w Polsce. Największa od co najmniej kilkunastu lat

PAP/Tomasz Gzell
PAP/Tomasz Gzell

Agencje podają, że na dzisiejszym Marszu w obronie TV Trwam i wolności mediów było 20 tysięcy ludzi. To jednak liczba w sposób oczywisty drastycznie zaniżona, i to kilkukrotnie (według organizatorów było 120 tysięcy osób). Z pewnością była to największa demonstracja polityczna lub społeczna w jakiej uczestniczyłem w Polsce (ta w Budapeszcie w marcu była większa). Plac Trzech Krzyży i okoliczne ulice były tak nabite, że nie sposób było przejść choćby metra.

Urzekała atmosfera. Przyjechała cała Polska - ludzie w różnym wieku, różnych zawodów. Z wielkich miast, ale także z małych miejscowości. Starsi, ale i także sporo młodych. Przyjaźni, pewni swoich racji, ale całkowicie wyzbyci agresji. W tym kontekście szczególnie brzydko brzmią słowa premiera Tuska z wczorajszej konferencji prasowej:

(...) jeśli jutrzejsza manifestacja ma się przerodzić w zamieszki tylko dlatego, że politycy opozycji uznają, że jesteśmy z kimś na wojnie, albo że państwo polskie nie jest już polskim państwem a rządzą nim zdrajcy, to oczywiście państwo będzie reagowało.

Na jakiej podstawie premier przewidywał zamieszki - nie sposób pojąć. Chyba, że prowokował. W każdym razie znów uświadomił to, co i tak wiemy - on tej Polski "moherowej", najbardziej polskiej z Polsk, całkowicie nie czuje. Nie czuje tego polskiego kodu, który wśród tych ludzi przetrwał w stanie czystym, po wojennej i powojennej dekapitacji prawdziwej elity.

W sumie - przyjechała Polska. Ta Polska, która Polskę kocha tym uczuciem, które wymyka się nawet najbardziej elokwentnym socjologom-gwiazdom mediów. Która nigdy nie uległa.

Z licznych haseł na transparentach kilka naprawdę dobrych. Np. "Bądź patriotą, nie miernotą".

„Tysiące ludzi, różnych wiekiem, zawsze z biało-czerwoną flagą, z krzyżem na sercu, z modlitwą na ustach, a jak trzeba to i z pieśnią, wychodzi na ulice nie po to, aby szerzyć niemoralność, nie po to, aby zabiegać o własne korzyści. Oto przyszliście po to, aby dać świadectwo prawdzie, aby walczyć o sprawiedliwość, aby nie dopuścić do rozpanoszenia się kłamstwa” – trafnie opisał to zgromadzenie w homilii bp drohiczyński Antoni Dydycz

I dodał:

„Myślę, że jeżeli KRRiT będzie taka betonowa, to chyba nie skończymy na tym jednym marszu, będzie ich wiele w Polsce i za granicą".

Bp Dydycz homilię zakończył wezwaniem, by władza dała TV Trwam to, co "należy się". I to bardzo trafne ujęcie sprawy - miejsce na multipleksie mediom z Torunia po prostu "należy się", choćby z racji tego, że chce tego tak liczna część Polaków. I nie zmienią tego żadne zaklęcia, ani proceduralne sztuczki. Zwłaszcza w obliczu procesu, który już widzimy - przejmowania podmiotów, które dostały koncesję, przez wielkie koncerny. Co było, można sądzić, w jakiś sposób zaplanowane. Tak, żeby formalnie otworzyć rynek, jednocześnie go nie otwierając.

Oczywiście, władza może dalej udawać, że nie ma problemu. Ale wówczas sporo będzie ryzykowała. Bo nawet jeżeli dziś ruch w obronie TV Trwam wciąż wydawać się może rządzącym "gettem", to jest to "getto" niebezpiecznie, z punktu widzenia władzy, silne. I wciąż przybierające na sile. Za chwilę możemy zobaczyć, że to wielki ruch społeczny na orbanowską skalę, któremu władza - poza posłusznymi mediami - nie ma czego przeciwstawić. Bo przecież takiego ruchu, tak autentycznego, nie kupi się za żadne unijne granty.

Media mainstreamowe mszę zlekceważyły całkowicie. Sporo dziennikarzy przyszło za to na sam marsz. Zobaczymy, co zobaczyli.

Marsz był także wydarzeniem politycznym. Swoista licytacja pomiędzy Prawem i Sprawiedliwością o to, kto okaże się większym obrońcą widoczna była od dawna. Nawet w dzisiejszym "Naszym Dzienniku" obie partie zamieściły takie same, jednostronicowe ogłoszenia. Również plan Marszu skonstruowano tak, by nikogo nie urazić. A więc dziękowano wszystkim po równo, po równo zaplanowano również przemówienia. Pod Kancelarią Premiera Jarosław Kaczyński, pod Belwederem - Zbigniew Ziobro.

Pierwszy mówił więc Kaczyński, i trzeba przyznać, że doskonale wyczuł prozjednoczeniowy nastrój uczestników:

"Zwracam się do ciebie Zbyszku, zapomnijmy o tym, co było złe, o co mamy pretensje, idźmy razem; wracajcie, to jedyna droga do zwycięstwa (...) musimy być razem, musimy zwyciężyć. Wracajcie".

Słowa te nagrodzono brawami. Kaczyński był fetowany zresztą w trakcie wydarzenia dość często.

Ziobro zabrał głos kilkanaście minut później, pod pomnikiem Piłsudskiego. I była to dla niego trudna próba. Już jego pierwsze słowa część uczestników zagłuszyła gwizdami, później większość zaczęła skandować "Jarosław! Jarosław!". Nie były to okrzyki szczególnie wrogie, raczej "pedagogiczne". Ziobro ciągnął przemowę pomimo złych nastrojów tłumu. I wciąż padały okrzyki: "wracajcie do PiS", "łączcie się", "jedność, jedność".

Widziany z bliska lider Solidarnej Polski był wyraźnie zdenerwowany, chwilami tracił niemal głos. Można było odnieść wrażenie, że w ciągu tych kilku, kilkunastu minut decyduje się coś więcej niż powodzenie tej konkretnej mowy; decyduje się pewność siebie, choćby minimalna pewność siebie, na długie lata, niezbędna przywódcy. Ostatecznie ciężar jakoś udźwignął, i wygłosił w miarę poprawne, choć na pewno nie porywające, przemówienie. I powinien być zadowolony, bo mógł przegrać dużo więcej.

Dopiero pod koniec odniósł się do propozycji Kaczyńskiego:

"Odpowiadając Jarkowi, chciałbym powiedzieć jasno - choć wiem, że już odjechał -  że jesteśmy razem, że to, co było, zapomnieliśmy, że chcemy działać razem".

Za te słowa dostał brawa, zresztą dość entuzjastyczne. Oklaskiwano go także wówczas, gdy komplementował media o. Rydzyka - co z werwą robił także Kaczyński.

Czy oferta Kaczyńskiego jest poważna? Można wątpić. Takich spraw jak zjednoczenie nie rozstrzyga się na wiecach. Ziobro odpowiedział z kolei niezwykle enigmatycznie, bo użył sformułowania "jesteśmy razem", które znaczyć może i wszystko, i nic. W tym kontekście znaczyło, że jesteśmy razem na tym konkretnym wiecu.

Ludzie z otoczenia Ziobry słusznie zwracają uwagę, że Jarosław Kaczyński opuścił zgromadzenie zanim Ziobro zabrał głos. Ruch sprzeczny z zaproszeniem "wracajcie", ale logiczny z perspektywy przywódcy, dla którego słuchanie przemówienia byłego podwładnego byłoby co najmniej dyskomfortem.

W całej sprawie ważniejsze wydaje się co innego: presja "ludu" na jedność, na zjednoczenie. Poczucie, że ten podział jest absurdalny, że nie ma w nim nic poza personalnymi różnicami, animozjami i ambicjami. Przekonanie, że skoro sytuacja jest tak poważna, jak to rysują politycy PiS i SP, to tym bardziej podziałów nie da się ani zrozumieć, ani zaakceptować. Ludzie rozumieją, że to droga donikąd. Wiedzą dlaczego. Kilka spotkanych osób bardzo szczegółowo wyliczało mi, ile mandatów traci prawica w sumie na rozbiciu głosów. Ludzie wiedzą, że teoria "dwóch płuc" to tak naprawdę teoria "mózgu rozdzielonego na dwa". Nie może działać.

W interesie Polski jest jak najszybsze zakończenie tego podziału. Albo przez zjednoczenie, albo przez decydujące zwycięstwo którejś ze stron.

I nie sposób oprzeć się wrażeniu, że klucz do przyszłości ma w tej sprawie ten, którego dziś w Warszawie nie było - o. Tadeusz Rydzyk.

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...