Nie jest prawdą, że Rosja nie prowadzi śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej. Władze Federacji Rosyjskiej prowadzą bardzo porządne śledztwo i angażują w nie sporo środków i sił.

Nie, proszę Państwa, wcale nie kpię! Ludzie Władimira Putina prowadzą jedno z najlepszych śledztw jakie w ogóle prowadzili. Mnóstwo w nim eksperymentów śledczych, drobiazgowych ekspertyz i żmudnego wysiłku wielu ludzi Problem leży jednak w tym, że premier Polski nie zrozumiał ówczesnego premiera Rosji. To co Donald Tusk uznał za, oparte na konwencji chicagowskiej, śledztwo w sprawie przyczyn rozbicia się samolotu z prezydentem i 95 innymi osobami na pokładzie, jest w istocie śledztwem prowadzonym w zupełnie innej sprawie.

Władimir Putin od dwóch lat prowadzi śledztwo mające przynieść odpowiedź na pytanie: czy miliony rubli wydawane na utrzymywanie, budowanie i rozwijanie kremlowskiej agentury w Polsce przyniosły spodziewane efekty.

Pierwszy eksperyment śledczy polegał na wstawieniu do internetu niejakiego Amielina, zdolny fizyk w kagiebowskim mundurze szybko rozwinął opowieść o brzozie, która rozbiła samolot.

Szybko znalazło się też wydawnictwo, które „śledztwo” pana Amielina wydało w Polsce jako pierwszą książkę wyjaśniającą przyczyny katastrofy. Efekt eksperymentu był zadowalający, nadeszła pora na eksperyment poważniejszy: pani Anodina ze swoim MAK przedstawiła światu rezultaty śledztwa, które w istocie wykonane zostało w kilku pokojach FSB – owskich propagandystów. Teza o tym, że pijany generał do spółki z niedouczonymi i obarczonymi samobójczą obsesją pilotami naciskanymi przez niepoważnego prezydenta rozbili samolot i narazili przy tym życie przebywających nieopodal kołchozników poszła w świat i spowodowało potakujące ruchy głów premiera Donalda Tuska i świeżo upieczonego prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Poszło mięciutko, bez żadnego oporu, poszło lepiej niż zakładali eksperymentatorzy.

Nadeszła pora na kolejne doświadczenie: Rosjanie zdecydowali się ukraść komórki, laptopy i inne komunikatory należące do ofiar katastrofy  - znów poszło gładko, zdecydowali się więc ukraść wrak samolotu i jego „czarną skrzynkę”. Rząd Polski zareagował w sposób jak najbardziej przewidywalny i w gabinecie premiera Putina powiało nudą.

Gospodin P. zdecydował więc aby pokazać Polakom jak tępe sołdaty, uchachane od ucha do ucha, wybijają we wraku szyby i bezrozumnie tną go wzdłuż i wszerz. Premier Rosji pomyślał sobie pewnie tak: jeśli będę tłukł żelaznym prętem psu po klatce, to chociaż pokaże zęby i będzie zabawa. A tu...nic. Spokój, premier Tusk z uśmiechem ścierał sobie z twarzy plwociny.

-  Żadnej zabawy – pomyślał markotnie wracający na fotel prezydenta Rosji pułkownik Putin.

-  Teraz umyjemy wrak i pokażemy Polaczkom – zakomenderował.

Wypucowali, pokazali, ale tym razem przeliczyli się mocno. Premier Tusk zagrzmiał, ryknął ostro i po męsku. Ujawnił cała misterną grę pana Putina – odsłonił jego najżywotniejsze aktywa ulokowane nad Wisłą. Pan premier Tusk objawił całemu narodowi, że oto w Polsce działa rozbudowane stronnictwo moskiewskie i ono właśnie wyczynia na ulicach burdy, prowokuje, prowokcyjnie nie zapomina o Smoleńsku. Donald Tusk wskazał na Jarosława Kaczyńskiego jako lidera zjednoczonych frakcji agentów Moskwy i pożytecznych idiotów sprzyjających Moskalom.

Ten najnowszy wynik śledztwa smoleńskiego głęboko zastanowił prezydenta Władimira Putina:

-  A więc jednak przesadzili – zamruczał

-  Zmarnowali rubelki – rozsierdził się nie na żarty.

Każdy kto zna kuchnię panaputinowych służb wie bowiem dobrze, że kurom podsypywać należy tylko tyle ile potrzeba, aby nie chodziły głodne. A tu rebiata najwyraźniej przedawkowali.

No i srogi znak zapytania zawisł nad Festiwalem Polskich Filmów „Wisła”, który ma się odbyć m.in. w metropolitalnym Jekatierynburgu. Jeśli proste fabułki robione przez studio MAK, czy też dokumenciki pokazujące chwackie wybijanie szybek i wypucowanego jak psi gnat tupolewa, robią w Polsce takie wrażenie, to strach pomyśleć co się stanie jak zaczniemy mieniać z Lachami fabularne fabuły. Władimir Putin zadumał się mocno, tak mocno, ze nawet nie miał ochoty odebrać kolejnego telefonu z Warszawy. Dzwonił, dzwonił, aż przestał.

-  Władymirze Władymirowiczu, no jak? Dobrze było? - posłyszał z elektronicznej sekretarki.

-  Jaki ja dla ciebie Władymir Władymirowicz – pułkownik Putin zmiął w ustach nieprzystojne przekleństwo.