Trudno odgadnąć, dlaczego Edmund Klich udzielił tak sensacyjnego wywiadu RMF FM. Na pewno była to część promocji jego od dawna zapowiadanej książki o katastrofie smoleńskiej, ale może też coś jeszcze?

Pewne jest, że po raz pierwszy ktoś z kręgu najbardziej wtajemniczonych w smoleńskie zagadki tak jednoznacznie oskarża polski rząd:

Ja piszę o tym w książce właśnie, że miałem wrażenie, jeszcze w Smoleńsku po tym artykule w "Gazecie Wyborczej" chyba z 19 kwietnia i po tych telefonach od ministrów, żeby bardzo szybko dostać rozmowy w kabinie, że jest tendencja, żeby pokazać, że piloci zawinili, że piloci są głównymi odpowiedzialnymi. Zresztą to się wpisuje w te smsy, o których mówił pan generał Petelicki i innych, że jednak chyba taka koncepcja, że piloci i jakieś tam naciski, to będzie ta najlepsza koncepcja.

To nie mieści się w głowie! Dotychczas bagatelizowano słowa gen. Petelickiego o SMS z 10 kwietnia wysyłanym do polityków PO z "przekazem dnia" o treści:

Katastrofę spowodowali piloci, którzy zeszli we mgle poniżej 100 metrów. Do ustalenia pozostaje, kto ich do tego skłonił.

Teraz mamy niejako tego potwierdzenie.

Oczywiście Edmund Klich nie jest niewiniątkiem. Sam idealnie pompował tezę o błędach pilotów i naciskach na nich. Wielokrotnie powtarzał, że większość win leży po stronie polskiej, jako pierwszy głośno mówił o rzekomym rozpoznaniu głosu generała Błasika na nagraniu z czarnej skrzynki, a w rozmowie z RMF raz jeszcze mówi, że kluczowe dla katastrofy było zejście załogi poniżej wysokości decyzji (wciąż nie ma pewności, dlaczego tak się stało), pozostałe zaś kwestie nazywa wtórnymi. On też odpowiada za to, że badanie katastrofy odbywało się według niekorzystnej dla Polski konwencji chicagowskiej (podsuflował mu to w telefonicznej rozmowie tuż po katastrofie Morozow z MAK), według polskich ekspertów zniweczył możliwość dokładnego zbadania wraku, wyjeżdżając w końcu kwietnia ze Smoleńska (podobno żeby wypełnić PIT). Ma na sumieniu jeszcze dużo błędów, zaniechań, manipulacji i dziwnych, a wręcz podejrzanych zachowań (choćby potajemne nagrywanie rozmowy z ministrem obrony).

O tym wszystkim trzeba pamiętać, ale nie zmienia to faktu, że oskarżenia kierowane dziś przez Klicha pod adresem rządu nie mogą być zignorowane.

Jakże inaczej wygląda z tej perspektywy decyzja premiera i samej komisji Millera o niewznawianiu jej prac? Skoro od początku była jakaś tendencja, a później jej dowodzono, po co robić to raz jeszcze?

Klich mówi jeszcze więcej. Jego zdaniem rząd kompletnie zaniedbał współpracę z nim:

Właściwie nie było żadnego wsparcia - ani prawniczego, ani innego. Kiedy przekazywaliśmy do kraju informacje, że nie otrzymujemy pewnych dokumentów, nie nagłaśniano problemu, że Rosjanie łamią ewidentnie załącznik 13, czyli porozumienie, które przyjęli, na które się zgodzili. To było ewidentne.

I przyznaje, że wersja zamachu nie była badana:

RMF: - A dzisiaj to, że nie sprawdzał pan, nie sprawdzała komisja tej wersji zamachowej - nie uważa pan, że to był błąd?

EK: - Patrząc, co w tej chwili się dzieje wokół tej katastrofy, uważam, że to powinno być sprawdzone.

Podsumujmy: zaniechano badania jednej z podstawowych wersji zdarzenia i robiono wszystko, by obarczyć winą za doprowadzenie do katastrofy pilotów.

W normalnych warunkach na najbliższym posiedzeniu Sejmu odbyłoby się głosowanie wniosku o powołanie komisji śledczej. W warunkach większości PO-PSL, jak pokazała sprawa hazardowa, powoływanie komisji śledczych nie ma większego sensu.

Nie wyobrażam sobie jednak, by na słowa Edmunda Klicha nie zareagował prokurator.