Jan Olszewski, były premier i doradca śp. Lecha Kaczyńskiego w tygodniku "Uważam Rze" opowiada o tym, że tuż po tragedii smoleńskiej miał świadomość, że stało się coś co zmienia bieg rzeczy w Polsce:

Gdy poznałem pełną listę ofiar, stało się to jeszcze wyraźniejsze. Bo zginął nie tylko prezydent, nie tylko ludzie  z jego Kancelarii, ale także prezes Narodowego Banku Polskiego, prezes Instytutu Pamięci Narodowej i wiele innych, znaczących w życiu publicznym osób. Było oczywiste, że w wyniku tej katastrofy nastąpiła zmiana układu politycznego w Polsce, zmiana o charakterze strukturalnym.  Równowaga sił pomiędzy obozem, nazwijmy go niepodległościowym, a tym który można określić jako okrągłostołowy została zachwiana. Spodziewałem się więc, że to co mamy, ten zły model państwa powstały po 1989 roku, zostanie wzmocniony i utrwalony.

 

Jan Olszewski za ważny, wart wyjaśnienia uważa  wątek rozdzielenia wizyt w Katyniu. W jego ocenie "obecność prezydenta psuła by to, co tak pięknie im się zapowiadało, psułaby ten ich bal". Prezydent nie powiedziałby też, jak zrobił Tusk, że „oczodoły z Ich przestrzelonych czaszek patrzą i czekają, czy jesteśmy zdolni do tego, aby przemoc i kłamstwo zamienić w pojednanie”.  Przypomniałby, że jego partner - Putin - reprezentuje pewną tradycję, nurt i instytucję tej Rosji, która jest spadbobiercą sprawców.

Ale najważniejsze zdaniem byłego premiera jest dostrzeżenie zmiany jaką, świadomie, w polskiej polityce politycznej zaproponowała ekipa Donalda Tuska. Zaczęło się to 1 września 2009 roku, w czasie obchodów na Westerplatte:

 

Musimy pamiętać, że polski premier przyjął bez komentarza wystąpienie premiera Putina, który mówił o tym iż właściwie agresja na Polskę była uzasadniona.

Pamiętamy. A winny wybuchu wojny był już krzywdzący rzekomo Niemcy traktat wersalski z 1918 roku, w wyniku którego powstała wolna Polska. Taki był sens tego przemówienia Putina.

Tak to wszyscy zrozumieli. I słusznie. Brakowało tylko puenty – że II Rzeczpospolita to bękart wersalski, jak to określono w sowieckim komunikacie po agresji na Polskę 17 września 1939 roku. I to przedstawiano jako sukces polskiej polityki zagranicznej! Bo spotkali się przedstawiciele mocarstw, które na nas w 1939 napadły. Problem w tym, że tylko jedno z nich, Niemcy, w przemówieniu kanclerz Merkel, uznało swoją winę. I to, że słuszność jest po naszej, wyłącznie naszej, ofiary tej agresji, stronie.

Śp. Prezydent Kaczyński ostro na to odpowiedział, nazwał rzeczy po imieniu. Ale Tusk słowem potem nie zaprotestował. Więcej, zdecydował się na wspólny, w ciepłej atmosferze, spacer z Putinem.  Już wtedy było widać, że zmienia się generalna linia polskiej polityki zagranicznej. Nurt reprezentowany przez prezydenta znajduje konkurencję. Kształtuje się nowa koncepcja.

 

Na czym ona polega? Zdaniem Olszewskiego na porzuceniu zasady, że celem polskiej polityki jest utrzymanie zasadniczej różnicy stanowisk pomiędzy Niemcami a Rosją. W zamian Tusk zakłada coś odwrotnego: że można uznać iż porozumienie niemiecko-rosyjskie następuje, my temu nie przeciwdziałamy w żaden sposób, ale znajdujemy dla siebie miejsce w nowym układzie sił. Stawiamy na jedną stronę – Niemcy, i tam szukamy ochrony i bezpieczeństwa. W relacjach z Rosją musimy w związku z tym też ustąpić, by nie powodować problemów Niemcom. - Uważam to za absurdalne - mówi mecenas Olszewski:

To coś w polskim myśleniu państwowym coś zupełnie nowego. Oto wolne i niepodległe państwo decyduje się z własnej woli na przyjęcie koncepcji tak minimalistycznej, że stawiającej pod znakiem zapytania jego suwerenność. I niestety, w mojej ocenie jesteśmy na najlepszej drodze by po prostu zniknąć jako samodzielny podmiot w Europie. Trudno nie pamiętać w tym kontekście o słynnym tekście Donalda Tuska opublikowanym w 1988 roku w „Znaku”, gdzie określił polskość jako nienormalność. Sądzę, że miał na myśli polską politykę, tę dążność do samodzielności i pełnej wolności, która często przynosiła straszliwe koszty i ofiary. W wizji Tuska odpowiedzią jest bycie grzecznym dla obydwu stron, nie przeszkadzanie w bliskich stosunkach obu mocarstw, przytulenie się do jednego z nich. On myśli tak: respektujemy interesy obu i w ten sposób osiągamy bezpieczeństwo.

 

Rozmówca "Uważam Rze" stwierdza, że nie podjąłby się, jako adwokat, obrony Tuska w tej sprawie zostawienia śledztwa smoleńskiego Rosjanom:

Nie. Nie podjąłbym się. Tu nie ma usprawiedliwienia, nie ma poważnych argumentów. I wcale nie chodzi o to, że Rosjanie tuż po tragedii rozbijali wrak, niechlujnie przeprowadzili sekcje, co mógłbym ewentualnie złożyć na karb ich ogólnie lekceważącego podejścia do życia ludzkiego. Ale dalszy ciąg tej sprawy, demonstracyjne nie dopuszczanie Polaków do kolejnych czynności śledczych, okazywanie iż mają to w zupełnej pogardzie, to już jest nie do obrony. To była świadoma decyzja Putina, pokazanie, że Polska nie jest traktowana jako samodzielny podmiot, ale jako część niemieckiej strefa wpływów. I że możemy tylko tyle, ile uzgodnią wcześniej Moskwa z Berlinem. A Polska, pan Tusk to państwo… sezonowe.

Zdaniem Jana Olszewskiego Donald Tusk, choć jest historykiem, zachowuje się jakby nie znał historii:

 

Takie wrażenie sprawiają jego działania. Gdyby znał historię wiedziałby, że żadna tego typu koncepcja nie była nigdy poważnie uznawana. Jedyną analogię można zbudować z epoką saską, z najgorszym okresem I Rzeczypospolitej. Przyjmowano wtedy iż Polska nierządem stoi, ale to dobrze, bo ponieważ odpowiada  to interesom trzech ościennych mocarstw, to one dzięki temu zostawią nas w spokoju.

Straszliwy był koszt takiego myślenia. Na poważnie sądzono wtedy, że mocarstwa zostawią nas, bo dla nikogo nie jesteśmy przeszkodą czy zagrożeniem. To co reprezentuje dziś Tusk to jest to samo myślenie, ta sama koncepcja. To jest dramatyczne, ale takie właśnie płyną wnioski z działań i słów ludzi obecnie rządzących krajem.

 

Na koniec wywiadu wraca temat Smoleńska. Olszewski wspomina:

Szczególnie pamiętam rozmowę z prezydentem po jego powrocie z Gruzji . Zadzwoniłem by mu pogratulować. To czego dokonał było wielkie, wtedy już zasłużył na Wawel. Ale przed rozmową pomyślałem sobie, że oni mu tego nie zapomną. I nie zapomnieli. Ale nie powiedziałem mu tego.  Szkoda.

Trzeba się zgodzić - nie zapomnieli. Ale że porzuciło starania o prawdę także państwo polskie - zrozumieć się nie da.

gim, źródło: Uważam Rze