Górny bardzo krytycznie o książce "Chodzi mi tylko o prawdę". Ks.Isakowicz-Zaleski: to chwyty, na które nie zdobyłaby się "Trybuna Ludu"

Fot. wPolityce.pl
Fot. wPolityce.pl

Nie cichną spory wokół książki „Chodzi mi tylko o prawdę" - wywiadu rzeki jakiego ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski udzielił Tomaszowi Terlikowskiemu. Przypomnijmy, że kilka dni temu na łamach "Rzeczpospolitej" głos w tej sprawie, dramatyczny w wymowie, zabrał Grzegorz Górny, jeden z założycieli "Frondy":

Lektura wywiadu z ks. Isakowiczem sprawia wrażenie, jakby Kościół nie był ofiarą grup gejowskich, lecz sam sprzyjał reprodukowaniu homoseksualizmu

– napisał.

Lektura książki „Chodzi mi tylko o prawdę" przyniosła Grzegorzowi Górnemu, jak przyznaje na łamach „Rz” spore rozczarowanie. W rozważaniu wątku homoseksualizmu w Kościele, potraktowanego przez ks. Isakowicza dość wybiórczo. Powołuje się przy tym na wywiad KAI z o. Józefem Augustynem:

Kościół nie generuje homoseksualizmu, ale jest ofiarą nieuczciwych ludzi o skłonnościach homoseksualnych, którzy wykorzystują struktury kościelne dla realizowania własnych najniższych instynktów. Praktykujący księża homoseksualiści to mistrzowie kamuflażu. Demaskuje ich niekiedy przypadek

- mówi o. Augustyn.

Tymczasem lektura wywiadu z ks. Isakowiczem sprawia wrażenie, jakby Kościół nie był ofiarą grup gejowskich, lecz sam sprzyjał reprodukowaniu homoseksualizmu. Gdy kapłan krytykuje obowiązkowy celibat wśród duchownych, to jednym z jego argumentów jest twierdzenie, że to bezżenność księży rodzi problemy z homoseksualizmem. Takie zarzuty padały także w USA po ujawnieniu afery pedofilskiej

- zwraca uwagę Górny.

Największy problem z książką polega jednak na czymś innym – na obrazie Kościoła, jaki się z niej wyłania. Kościół bowiem, o którym opowiada ks. Isakowicz, to instytucja feudalna, uniemożliwiająca normalną komunikację oraz niestosująca wobec siebie kryteriów, których wymaga od innych (...)

- pisze Górny, przytaczając liczne zjawiska padające ofiarą oskarżeń ks. Isakowicza-Zaleskiego.

Nie wykluczam, że na każde z tych twierdzeń ks. Isakowicz mógłby znaleźć konkretny przykład. Kłopot jednak w tym, że z prawdziwych faktów można skonstruować fałszywy obraz

- zauważa publicysta. Podkreśla jednocześnie, że treść książki tak dalece skupia się na negatywnych działaniach Kościoła, że trudno w niej dostrzec jego jasną stronę.

Pozytywnych zdań o Kościele jest tam niewiele. Nie znajdziemy ani słowa, że Kościół jest miejscem spotkania z Bogiem, doświadczania bezinteresownej miłości czy przeżywania duchowej więzi we wspólnocie. A jest to doświadczenie bardzo wielu ludzi, których znam osobiście. Dość powiedzieć, że na 180 stronach książki imię Jezus pojawia się zaledwie raz, zaś Chrystus – trzy razy, i to zawsze jako incydentalne wtręty (np. przy wątku intronizacji Chrystusa czy odnalezieniu krzyża Chrystusa przez św. Helenę). A przecież to osobista relacja z Jezusem jest najgłębszą istotą chrześcijaństwa, a zwłaszcza kapłaństwa

- przypomina Grzegorz Górny. Zaznacza też, że lektura może przynieść wielką szkodę osobom zmagającym się kryzysem wiary.

Dochodzą do mnie już pierwsze odgłosy po lekturze tej książki od ludzi dalekich od wiary lub zmagających się o nią. I prawdę mówiąc, jestem przerażony tymi relacjami. Mówią oni, że Kościół widziany od środka oczami księdza to dla nich instytucja jeszcze bardziej koszmarna, niż jak się na nią patrzy z zewnątrz. Albo że potwierdziły się ich najbardziej ponure podejrzenia na temat Kościoła. Trudno zresztą w tej sprawie o bardziej wiarygodny autorytet niż gorliwy kapłan wydający książkę w chrześcijańskim wydawnictwie.

Publicysta dostrzega też jeszcze jeden, niezwykle istotny problem:

W książce nie ma ani jednego fragmentu, w którym ksiądz opowiadałby o swoim doświadczeniu macierzyńskości Kościoła. Podczas lektury nieustannie towarzyszyło mi pytanie, czy twierdzenie, że Kościół jest Matką (Mater Ecclesia) to prawda teologiczna i egzystencjalna, czy tylko pusty zwrot retoryczny. Nie wyobrażam sobie bowiem syna, który publicznie wyciągałby na jaw wszystkie słabości swojej matki, nawet gdyby to była prawda. W Księdze Rodzaju jest scena, która rozgrywa się na ziemiach bliskich Ormianom, mianowicie na zboczach góry Ararat, kiedy po potopie Noe upił się winem i zasnął nagi. Jego synowie, Sem i Jafet, okryli ojca płaszczem, zakrywając jego słabość przed wzrokiem innych, a nawet sami nie patrząc na jego upadek. Jedynie trzeci syn opowiadał wokół o hańbie swego ojca. Biblia mówi, że miał na imię Cham

podsumowywał Grzegorz Górny.

Ten tekst oburzył księdza Isakowicza Zaleskiego, który na swoim blogu napisał:

 

Cham, czyli jak Rzepa sięgnęła dna


Gdy pięć lat temu wydawałem książkę "Księżą wobec bezpieki", to jako autor byłem celem niewybrednych ataków personalnych "Gazety Wyborczej" i środowiska Unii Wolności. Walił we mnie także śp. abp. Józef Życiński. Dlatego też przed wydaniem obecnej publikacji, która porusza szereg trudnych tematów nie łudziłem się, że będzie inaczej.

Jednak to, co mnie zaskoczyło pozytywnie, ta postawa władz archidiecezji krakowskiej, które podjęły dialog w tej sprawie. To, co jednak zaskoczyło mnie negatywnie, to postawa redakcji "Rzeczypospolitej", która non-stop atakuje mnie na swoich łamach, nie dając przy tym jakiejkolwiek szansy na obronę.

Co więcej, Grzegorz Górny wczoraj, czyli w przeddzień Wielkiego Czwartku, będącego ważnym dniem dla każdego kapłana, zaatakował mnie za zgodą nowego redaktora naczelnego w sposób niegodziwy, porównując moją skromną osobę do biblijnego Chama, który szydził ze swego ojca. Na taki chwyt nie zdobyłaby się nawet ani "Gazeta Wyborcza", ani "Trybuna Ludu".

Redakcja "Rzepy" ma wielkie mniemanie o sobie. Co więcej, uważa, że tylko ona jest strażniczką dziennikarskiej etyki. Dlatego też godząc się na publikację inwektyw Grzegorza Górnego pokazała swoją prawdziwą twarz.

 

Górnemu odpowiedział też Tomasz Terlikowski:

Mocne, bardzo mocne armaty wytoczył Grzegorz Górny przeciw książce ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego i mojej. I był taki moment, gdy zastanawiałem się, czy jest sens polemiki z tekstem, który kończy się wnioskiem, że autorzy tej książki są jak biblijny Cham. Od tego już tylko krok do konstatacji, że jesteśmy Judaszami.

Ale przemogłem się. Emocjonalny ton końcówki tego tekstu nie zmienia przecież faktu, że znam się z Grzegorzem od lat, i że muszę zmierzyć się z zarzutami, które mi i mojemu rozmówcy stawia. Jest to tym ważniejsze, że nie chciałbym, by cokolwiek między nami pozostało niedomówione. A nie chcę czekać z odpowiedzią na okres po Triduum Paschalnym.

Zacznę od prostej konstatacji. Jeśli Grzegorz Górny oczekiwał po wywiadzie z księdzem Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim głębokiego traktatu teologicznego i egzystancjalnego, to rzeczywiście musiał się zawieść. Ta książka nie jest, i nigdy nie miała być, takim traktatem. Była ona, od samego początku, pomyślana, jako odpowiedź na ogólne pytanie: ale o co księdzu chodzi? Pytanie, o to, co napędza, co inspiruje do działania niewątpliwie jednego z najbardziej kontrowersyjnych, ale i dynamicznych polskich księży. Tytuł książki jest odpowiedzią na to pytanie. Ksiądz Isakowicz-Zaleski stwierdził, że chodzi mu o prawdę. Nigdzie nie jest napisane, że jest to cała prawda. A już na pewno nie sugerujemy nigdzie, że jest to książka będąca raportem o stanie polskiego Kościoła. Nie taki był cel tej książki, w związku z tym nie sposób ją rozliczać z celów, których jej nie stawialiśmy. To tak jakby zasugerować, że mecz hokejowy był do bani, bo zabrakło w nim pięknych tenisowych uderzeń.

Taki a nie inny cel książki sprawia oczywiście, że więcej jest w rozmowie wątków negatywnych, niż pozytywnych. Do działania bowiem często inspiruje księdza Isakowicza-Zaleskiego sprzeciw wobec rzeczy, które uważa on za złe, niesprawiedliwe, godne potępienia. Inaczej, niż wielu duchownych i świeckich, ksiądz nie uznaje za stosowne stosowania taryfy ulgowej wobec własnego środowiska, i często bije między oczy. Można się z nim nie zgadzać, ale sugerowanie, że jest biblijnym Chamem jest zwyczajnie nie na miejscu. Tak jak pojawiająca się w recenzji Grzegorza sugestia, że na 180 stronach nie ma ani jednego dobrego słowa o Kościele. To jest już zwyczajna nieprawda, wynikająca – być może – z pobieżnego przeczytania, nie bardzo przecież długiej, książki. Nie brak też rozważań o tym, co księdza do Kościoła przyciągnęło. Są mocne słowa o ks. Franciszku Blachnickim, o kard. Macharskim czy Janie Pawle II. Zaskakujące jest też wyliczanie, ile razy w książce występuje wspomnienie o Chrystusie. Nie w ten sposób mierzy się bowiem chrześcijańskość książki... Uwaga ta zaskakuje tym bardziej, że przecież Grzegorz wie, że zdecydowana większość z tej książki nie jest o problemach Kościoła, ale o zupełnie innych sprawach, w których trudno sobie wyobrazić odwoływanie się do Jezusa.

Nie jestem w stanie polemizować z opiniami, jakie przytacza Grzegorz Górny. Nie wiem, z kim się spotykał, i co usłyszał. Nie zmienia to jednak faktu, że trudnych tematów nie można omijać, tylko dlatego, że mogą one zniechęcić do naszej wspólnoty. Budowanie iluzji nie jest drogą ewangelizacji. Ta ostatnia musi opierać się na prawdzie. Także tej niewygodnej. Diagnoza sytuacji jest konieczna także po to, by rozwiązywać problemy, a czasem nie da się jej przeprowadzić bez jasnego stawiania spraw. Możemy się spierać o to, czy niektóre z opinii nie były zbyt ostre, ale sugerowanie, że mówienie o problemach to już występowanie przeciw Matce Kościołowi, jest zdecydowaną przesadą. Idąc dalej tym tropem proponuję, by z Pisma Świętego wykreślić informacje o tym, że poza Janem apostołowie zdezerterowali spod krzyża. Informowanie o tym jest przecież obnażaniem ojca i matki, które w Starym Testamencie zostało potępione...

Obawiam się też, że wbrew zapewnieniom o woli dyskusji, z tekstu wynika, że właśnie próba otwartego mówienia o pewnych problemach, wywołała najmocniejszy sprzeciw Grzegorza Górnego. Z przywołanego przez niego biblijnego obrazu wynika bowiem, że jego zdaniem celem każdego człowieka Kościoła powinno być zawsze zakrywanie hańby ojca. Przy takim ujęciu nie ma miejsca na załatwianie spraw, na diagnozę, na próby przezwyciężania problemów, a każdy chrześcijanin staje się tylko wielkim PR-owcem, marketingowcem swojej wspólnoty. Nie ma we mnie zgody na takie stawianie sprawy.

Kiedyś pracowaliśmy razem w tygodniku, którego mottem były słowa Józefa Mackiewicza „tylko prawda jest ciekawa”. I mam wrażenie, że jakiś wycinek tej prawdy – o Kościele, ale też o Kresach, Ormianach czy służebnym wymiarze kapłaństwa – ta książka pokazuje. Tak jak pewną prawdą o Polsce jest to, że byli w niej szmalcownicy... Drogą do oczyszczenia nigdy nie jest udawanie, ale zawsze jest otwarte stawianie sprawy. Czasem – a akurat u ks. Isakowicza-Zaleskiego nie jest to bardzo zaskakujące – na ostrzu noża. W sprawach zadawnionych, o których nikt nie chce mówić, ta specyfika ks. Tadeusza jest tyleż błogosławieństwem (bo okazuje się, że istnieją problemy), co niekiedy przekleństwem (bo zawsze zamiast na meritum problemu można wygodnie skupić się na typie przekazu).

I na koniec też odwołam się do biblijnego odniesienia. Grzegorz Górny ma niewątpliwie „czyste ręce” w tej sprawie. Nie miał nic wspólnego z wydaniem książki, o która się spieramy. Nikt nie może go zatem posądzać o jakikolwiek współudział w „zbrodni”, jaką było opublikowanie „Chodzi mi tylko o prawdę”.

Tomasz P. Terlikowski, Portal Fronda

Opr. mall, gim

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...