Górny: "Wywiad z ks. Isakowiczem sprawia wrażenie, jakby Kościół nie był ofiarą grup gejowskich, lecz sam sprzyjał reprodukowaniu homoseksualizmu"

fot. wpolityce
fot. wpolityce

Lektura wywiadu z ks. Isakowiczem sprawia wrażenie, jakby Kościół nie był ofiarą grup gejowskich, lecz sam sprzyjał reprodukowaniu homoseksualizmu

– pisze Grzegorz Górny w "Rzeczpospolitej"

Lektura książki „Chodzi mi tylko o prawdę" przyniosła Grzegorzowi Górnemu, jak przyznaje na łamach „Rz” spore rozczarowanie. W rozważaniu wątku homoseksualizmu w Kościele, potraktowanego przez ks. Isakowicza dość wybiórczo. Powołuje się przy tym na wywiad KAI z o. Józefem Augustynem:

Kościół nie generuje homoseksualizmu, ale jest ofiarą nieuczciwych ludzi o skłonnościach homoseksualnych, którzy wykorzystują struktury kościelne dla realizowania własnych najniższych instynktów. Praktykujący księża homoseksualiści to mistrzowie kamuflażu. Demaskuje ich niekiedy przypadek

- mówi o. Augustyn.

Tymczasem lektura wywiadu z ks. Isakowiczem sprawia wrażenie, jakby Kościół nie był ofiarą grup gejowskich, lecz sam sprzyjał reprodukowaniu homoseksualizmu. Gdy kapłan krytykuje obowiązkowy celibat wśród duchownych, to jednym z jego argumentów jest twierdzenie, że to bezżenność księży rodzi problemy z homoseksualizmem. Takie zarzuty padały także w USA po ujawnieniu afery pedofilskiej

- zwraca uwagę Górny.

Największy problem z książką polega jednak na czymś innym – na obrazie Kościoła, jaki się z niej wyłania. Kościół bowiem, o którym opowiada ks. Isakowicz, to instytucja feudalna, uniemożliwiająca normalną komunikację oraz niestosująca wobec siebie kryteriów, których wymaga od innych (...)

- pisze Górny, przytaczając liczne zjawiska padające ofiarą oskarżeń ks. Isakowicza-Zaleskiego.

Nie wykluczam, że na każde z tych twierdzeń ks. Isakowicz mógłby znaleźć konkretny przykład. Kłopot jednak w tym, że z prawdziwych faktów można skonstruować fałszywy obraz

- zauważa publicysta. Podkreśla jednocześnie, że treść książki tak dalece skupia się na negatywnych działaniach Kościoła, że trudno w niej dostrzec jego jasną stronę.

Pozytywnych zdań o Kościele jest tam niewiele. Nie znajdziemy ani słowa, że Kościół jest miejscem spotkania z Bogiem, doświadczania bezinteresownej miłości czy przeżywania duchowej więzi we wspólnocie. A jest to doświadczenie bardzo wielu ludzi, których znam osobiście. Dość powiedzieć, że na 180 stronach książki imię Jezus pojawia się zaledwie raz, zaś Chrystus – trzy razy, i to zawsze jako incydentalne wtręty (np. przy wątku intronizacji Chrystusa czy odnalezieniu krzyża Chrystusa przez św. Helenę). A przecież to osobista relacja z Jezusem jest najgłębszą istotą chrześcijaństwa, a zwłaszcza kapłaństwa

- przypomina Grzegorz Górny. Zaznacza też, że lektura może przynieść wielką szkodę osobom zmagającym się kryzysem wiary.

Dochodzą do mnie już pierwsze odgłosy po lekturze tej książki od ludzi dalekich od wiary lub zmagających się o nią. I prawdę mówiąc, jestem przerażony tymi relacjami. Mówią oni, że Kościół widziany od środka oczami księdza to dla nich instytucja jeszcze bardziej koszmarna, niż jak się na nią patrzy z zewnątrz. Albo że potwierdziły się ich najbardziej ponure podejrzenia na temat Kościoła. Trudno zresztą w tej sprawie o bardziej wiarygodny autorytet niż gorliwy kapłan wydający książkę w chrześcijańskim wydawnictwie.

Publicysta dostrzega też jeszcze jeden, niezwykle istotny problem:

W książce nie ma ani jednego fragmentu, w którym ksiądz opowiadałby o swoim doświadczeniu macierzyńskości Kościoła. Podczas lektury nieustannie towarzyszyło mi pytanie, czy twierdzenie, że Kościół jest Matką (Mater Ecclesia) to prawda teologiczna i egzystencjalna, czy tylko pusty zwrot retoryczny. Nie wyobrażam sobie bowiem syna, który publicznie wyciągałby na jaw wszystkie słabości swojej matki, nawet gdyby to była prawda. W Księdze Rodzaju jest scena, która rozgrywa się na ziemiach bliskich Ormianom, mianowicie na zboczach góry Ararat, kiedy po potopie Noe upił się winem i zasnął nagi. Jego synowie, Sem i Jafet, okryli ojca płaszczem, zakrywając jego słabość przed wzrokiem innych, a nawet sami nie patrząc na jego upadek. Jedynie trzeci syn opowiadał wokół o hańbie swego ojca. Biblia mówi, że miał na imię Cham

podsumowuje Grzegorz Górny.

Całość tekstu w dzisiejszej "Rzeczpospolitej"

mall

 

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...