Trzeciego kwietnia efektywnie zakończyły się prawybory Partii Republikańskiej. Choć do wybrania pozostała prawie połowa delegatów na partyjną konwencją, zdecydowane zwycięstwo Mitta Romneya w stanach Wisconsin i Maryland oraz stołecznym Dystrykcie Columbia, praktycznie rozstrzygnęło sprawę nominacji.
Liczby mówią same za siebie. Wisconsin (stan na Środkowym Zachodzie): Romney 43 % głosów, Santorum 38. Maryland (Wschodnie Wybrzeże): Romney 48, Santorum 30. Dystrykt Kolumbia: Romney 70, drugi Ron Paul – 12 (Santorum się nie zakwalifikował). Lider sondaży zdobył (według niepełnych danych) 76 delegatów a jego główny rywal – jak na razie - zero.
Rick Santorum wcale nie zamierza się wycofywać, ale wyborcy dali mu we wtorek jasny sygnał, który brzmi mniej więcej tak: „Rick, fajnie że się starałeś. Ale czas kończyć i skoncentrować się na poparciu Mitta, aby pobić Baracka Obamę 6 listopada”. Exit polls pokazały to jasno: Romney wygrał we wszystkich grupach społecznych i wiekowych. Nawet w tych, w których przegrał miesiąc wcześniej w Ohio: najbardziej religijnych i konserwatywnych, wyborców bez collegu a nawet wśród zwolenników Tea Party. Dlaczego? Ponad 60 proc. Republikanów uważa, że tylko Romney może pokonać Obamę na jesieni. A to jest dla nich największy priorytet.
Następne prawybory w rodzinnej dla Santorum Pennsylwanii i kilku innych stanach (24 kwietnia). Ale byłemu senatorowi z tego stanu będzie coraz trudniej przebić się przez watę znużenia wyborców (nawet wielu jego zwolenników przyznało się, że głosowało na Romneya, żeby pobić Obamę) oraz coraz większą obojętność mediów (po co mówić o prawyborach, których zwycięzca jest – jak uważa większość – już znany). Dodatkowo sztab Romneya zamierza teraz zamilczeć Santorum.
Już w zwycięskim przemówieniu Romney nawet słowem nie wspomniał Santorum i skupił się wyłącznie na prezydencie Obamie. Zaczął od wyliczania „grzechów” obecnej administracji: wysokie bezrobocie, najwyższy w historii dług i deficyt publiczny, najmniej nowootwartych firm od 30 lat, bardzo wysokie ceny benzyny. Według Romneya kontrast jest wyraźny: „kraj, w którym rząd federalny zajmuje centralne miejsce” (Obama) z „państwem ograniczonym” gdzie „rządzą wolni obywatele i wolni przedsiębiorcy”. Zamiast zwiększającej się „zależności od pomocy rządowej”, „rządowych czeków” – „społeczeństwo możliwości”.
– W proponowanym przez Obamę państwie, w którym centralną rolę zajmuje rząd federalne, wydatki rządowe zawsze się będą zwiększać. Bo zawsze będzie ktoś, kto powie, że mu się pieniądze rządowe należą i zagłosuje na tego, kto mu je da – mówił Romney.
Na końcu tej drogi – państwa-dobrobytu z Europy Zachodniej, trawione przez wysokie bezrobocie, deficyty budżetowe oraz dewaluujące się zarobki.
Sztab Obamy też nie odpuszcza. W narracji obecnego prezydenta, kandydat Republikanów (Romney) to obrońca „najbogatszych” i „wielkich koncernów” (zwłaszcza naftowych) kosztem „stale ubożejącej klasy średniej”, której z kolei broni obecny prezydent. Więcej rządu kontra mniej rządu. Więcej regulacji i programów rządowych naprzeciw wolności gospodarczych. Bogacze kontra klasa średnia, pomoc rządowa – kraj możliwości. Choć do głosowania siedem miesięcy, linie podziału zostały już ostro zarysowane.
Paweł Burdzy z Chicago
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/129917-romney-skonczyl-z-santorum-czas-na-obame-wygral-we-wszystkich-grupach-spolecznych-i-wiekowych