Wbrew pozorom rządzenie nie jest zajęciem zbyt trudnym, wymagającym jakichś specjalnych predyspozycji i umiejętności, pod warunkiem jednak, że rządzący będzie się kierował sprawdzoną przez wieki metodą rządzenia "divide et impera", czyli "dziel i rządź".

Dziel ludzi na swoich i obcych, przydatnych i niepotrzebnych, napuszczaj ich na siebie, konfliktuj całe grupy społeczne, zawodowe, rozdawaj i zabieraj przywileje, szukaj i wskazuj winnych, udawaj wroga i przyjaciela itd. Repertuar pomysłów na rządzenie przez dzielenie wydaje się nieograniczony. Doskonale opanowali to nasi zaborcy i okupanci. Po co to wszystko, skoro i tak przyjdzie moment, że trzeba będzie oddać władzę? Jednak w naszej rzeczywistości politycznej po 1989 roku utrata władzy nigdy nie oznaczała utraty wpływu na władzę.

Poza krótkim okresem rządów Jana Olszewskiego i Jarosława Kaczyńskiego władza w Polsce znajduje się od ponad 20 lat w rękach tych samych ludzi wyłonionych przy Okrągłym Stole czy nawet wcześniej, bo w czasie rozmów z Kiszczakiem w Magdalence.

Niedawno dowiedziałem się - o czym mówił dr Marek Ciesielczyk - że człowiek, z którym przegrałem w 1980 roku wybory na szefa Komisji Zakładowej NSZZ "Solidarność" Radia i Telewizji, Piotr Mroczyk, opozycjonista i szef radia Wolna Europa w III RP, miał być tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa jako TW "69", i to już od 1972 roku.

Ile jeszcze tego typu tajemnic kryje historia peerelowskiej agentury, skoro dla Leszka Czarneckiego, dziś jednego z najbogatszych biznesmenów, zaczęła się, gdy jako 18-letni uczeń liceum stał się w 1980 roku agentem bezpieki pod kryptonimem TW "Ernest". Dziś jako miliarder, poprzez swój bank, udziela kredytu Grzegorzowi Hajdarowiczowi, głównemu udziałowcowi Presspubliki, pacyfikując tym samym niezależny od władzy kierunek rozwoju tego medialnego koncernu.

Ilu jeszcze ludzi uwikłanych w komunistyczną agenturę zachowuje lojalność względem swoich dawnych oficerów prowadzących? Dlatego tak trudno dziś odróżnić poczynania byłych komunistów z czasów PRL od polityki uprawianej przez lewicowo-liberalne pseudoelity oraz tzw. dawnych opozycjonistów.

Zdumienie i same znaki zapytania musi budzić niczym nieskrywana sympatia prezydenta Bronisława Komorowskiego dla ludzi dawnej WSI wykształconych na sowieckich uczelniach. Podobne zdumienie budzi postawa Jana Dworaka, przewodniczącego KRRiT, który podejmuje dziś decyzje w sprawie Telewizji Trwam tak, jakby nadal miał za swoich współpracowników - jak w latach 90. - Andrzeja Drawicza (TW "Kowalski") czy Lwa Rywina, powołującego się później, w słynnej aferze z Adamem Michnikiem, na "grupę trzymającą władzę".

Powrót do pomysłu pociągnięcia do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu polityków Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry ma na celu przypomnienie elektoratowi władzy, jak wielkim zagrożeniem był i jest nadal niezrealizowany projekt IV RP. "Odgrzanie wroga" pełni więc funkcję mobilizacyjną dla Platformy, SLD i Palikota. W istocie projekt IV RP łamał monopol oligarchicznej władzy i proponował poszerzenie społecznej bazy rządzenia.

Do tego samego, ale w jakże innym celu dążył rząd Tuska, zwiększając przez ostatnie 5 lat o prawie 100 tysięcy zatrudnienie w administracji. Dziś ta armia urzędników, powiększona o ich rodziny, jest jego mocnym zapleczem wyborczym. Tak samo jak wielotysięczna grupa osadzonych w więzieniach głosująca zawsze na tych, którzy mają w swoim programie wyborczym łagodniejsze wyroki.

"Dziel i rządź" to ciemna strona władzy, zaprzeczenie polityki rozumianej jako roztropna troska o dobro wspólne.

 

Felieton ukazał się w "Naszym Dzienniku"