Walka o prezydencką nominację Partii Republikańskiej przerodziła się w żmudne ciułanie delagatów na sierpniową konwencję. W pierwszą sobotę po Superwtorku odbyły się wybory na wyspach (Dziewicze, Mariany Północne, Guam) oraz Kansas i Wyoming.
W sobotę Mitt Romney zdobył 39 delegatów a Rick Santorum 36, Ron Paul – jednego a Newt Gingrich – żadnego. Jak szacuje agencja AP, w wyścigu po nominację prowadzi Romney (433 delegatów) a za nim Santorum (214), Gingrich (107) i Paul (46). Do 1.144 głosów potrzebnych do zdobycia nominacji jeszcze daleko.
W najważniejszym w sobotę stanie Kansas zdecydowanie wygrał Rick Santorum, zdobywając 51 proc. głosów. – 2,5 raza więcej niż Romney, który takich batów jeszcze nie doświadczył na prawyborczym szlaku. Były senator z Pennsylvanii nie ukrywał radości, wyrażając nadzieję, że „po zwycięstwie w Kansas oraz wtorkowych w Alabamie i Mississippi, prawybory zamienią się w wyścig dwóch rywali”. Santorum miał na myśli siebie i Romneya, którego wcześniej niezbyt pochlebnie przyrównał do prezydenta Baracka Obamy: - Mamy już jednego prezydenta, który nie mówi prawdy Amerykanom. Nie potrzebny nam drugi taki -. Lider Romney był za bezkonkurencyjny na wyspiarskich terytoriach zależnych - Mariany Północne, Guam i Wyspy Dziewicze zdobywając 70-80 proc. głosów i 25 z 27 delagatów. Pokonał także Santorum podczas tzw. caucases w Wyoming (zdobywając 7 delagatów do 3 dla rywala).
Bitwa o Południe
We wtorek chyba najważniejszy test po Superwtorku – prawybory w dwóch stanach na głębokim Południu – Mississippi (najbiedniejszy stan USA) oraz Alabamie. Santorum ma nadzieję, że pobije tam nie tylko Romneya, ale także Gingricha, efektywnie kończąc nadzieje tego ostatniego na Biały Dom. Ostatnie sondaże pokazują, że cała trójka ma szanse na dobry wynik. Wygrana w jednym z tych stanów jest bardzo ważna dla Romneya – w ten sposób udowodniłby, że potrafi wygrywać także na bardzo konserwatywnym Południu. Santorum może liczyć na ok. 200 liderów ruchu konserwatywnego, którzy zadeklarowali że „wszyscy włączą” się w kampanię i do tego zdobędą dodatkowe 1,78 mln dolarów na kampanię.
Mapa i rozdział delegatów
Jeśli popatrzy się na mapę rozstrzygniętych już prawyborów, wszystko zaczyna się układać w miarę regularną układankę. Środek USA od Minnesoty na północy do Tennessee na południu to kraina Ricka Santorum. Dwie plamy na południu (Karolina Południowa i rodzinna Georgia) to terytorium Newta Gingricha. Stany naokoło – od Nowej Anglii na północy i wschodzie, do Florydy na południu oraz Nevadę i Arizonę na zachodzie – to strefa Mitta Romneya.
Kolejny – po dwóch stanach Południa - przystanek na prawyborczym szlaku – to Illinois, gdzie znajduje się Chicago – 20 marca. Stan z 69 delegatami dość niespodziewanie – wz związku z koniecznością ciułania poparcia – staje się ważnym polem walki. Na przykładzie Illinois dobrze widać jak żywotna i różnorodna jest amerykańska demokracja. Wybory kandydatów w zależności od decyzji danego stanu odbywają się albo w formule prawyborów (głosowanie przy urnach w całym stanie), albo zebrań partyjnych tzw. caucuses. Ilość delegatów zależy od wielkości stanu oraz siły Partii Republikańskiej w terenie (mierzonej wyborami gubernatora, miejscowych legislatur i delegacji do Kongresu). Wyłanianie delegatów jest – w zależności od stanów nawet dwu czy trzystopniowe.
I tak w Wyoming pierwsze głosowanie odbyło się już w lutym. W sobotę wyłoniono 12 delegatów na poziomie okręgów wyborczych do Kongresu. Pozostałych 17 delegatów opowie się za kandydatem podczas kwietniowej stanowej konwencji. Z kolei w Illinois, uczestnicy prawyborów nie będą głosować na... nazwiska kandydatów, ale wybranych przez ich sztaby delegatów. W każdym z 18 okręgów wyborczych do Kongresu, kandydat może wygrać do trzech delegatów.
Niemal co stan, to obyczaj. Przykład na żywotność federalizmu. I poważnego traktowania lokalnej demokracji: przy tak różnorodnym systemie partyjna centrala nawet gdyby chciała, miałaby bardzo utrudnione zadanie w narzuceniu własnego kandydata. Przyszły kandydat na prezydenta poparcie musi zdobyć sam, na miejscu.
Paweł Burdzy z Chicago
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/128482-mitt-i-rick-ciulaja-delegatow-niemal-co-stan-to-obyczaj-przyklad-na-zywotnosc-federalizmu