Gigantyczne nieprawidłowości w Urzędzie Skarbowym Warszawa-Praga wytropił i próbował ujawnić inspektor Andrzej Żydek. Nikt nie chciał go słuchać. Stracił pracę, popadł w długi, próbował się spalić przed kancelarią premiera. Media niechętnie mówiły o motywach. Paru dziennikarzy wespół z paroma politykami chcieli zrobić z niego psychopatę. Teraz okazuje się, że pana Andrzeja próbuje się uczynić odpowiedzialnym za błędy w urzędzie i to w czasie, gdy w nim nie pracował! Gdzie jest granica?

Jakaż to była sensacyjna wiadomość! Przed kancelarią premiera, na dwa tygodnie przed wyborami mężczyzna oblał się rozpuszczalnikiem i podpalił. Cudem uszedł z życiem. Dlaczego to zrobił? Media krzyczą, ale w momencie, gdy okazuje się, że w pozostawionych listach Andrzej Żydek tłumaczy, co go do tego skłoniło, temat nagle cichnie.

Trzeba by drążyć, pytać urzędników ministerstwa, premiera, który miał wiedzieć o sprawie a nie reagować, minister Piterę. Zamiast przyprzeć najwyższych urzędników do muru i zmusić ich do wyjaśnienia bulwersującej sprawy, ekstraklasa dziennikarzy zadowala się dementi tak szefa rządu, jak i minister od walki z korupcją, którzy autorytatywnie stwierdzają, że podpalony jest obrażony na cały świat, afery nie było, kontrole nic nie wykazały.

Jest dokładnie odwrotnie!

Nie będę opisywał całej historii jednoznacznych przekrętów w skarbówce, bo niedawno zrobiłem to dość szczegółowo w „Uważam Rze”. Dziś warto zwrócić uwagę na nowy wątek sprawy.

Izabela Kacprzak pisze w „Rzeczpospolitej” o tym, jak z Andrzeja Żydka zrobiono kozła ofiarnego. Omawia pismo Ministerstwa Finansów do dyrektora Izby Skarbowej w Warszawie Tomasza Sokolnickiego z września 2009 r.

Henryk Świniarski, dyrektor Departamentu Administracji Podatkowej resortu, któremu podlega skarbówka, tłumaczy, jak wyjaśniono sprawę doniesień Andrzeja Żydka. Świniarski przyznaje, że nieprawidłowości, które stwierdzono, dotyczyły lat 2001 – 2008, listę nieprawidłowości wraz z poleceniem ich wyeliminowania przekazano naczelnikowi urzędu, który miał wskazać winnych. Bożena Szewczyk, p.o. naczelnika urzędu, nie ustaliła winnych nieprawidłowości, nie złożyła też doniesienia do prokuratury w sprawie niedopełnienia obowiązków przez podległych pracowników, więc czyny się przedawniły. Kiedy zaczęła się tego domagać kontrolująca ją po raz drugi Izba Skarbowa w Warszawie, Szewczyk wskazała w końcu osoby odpowiedzialne za nieprawidłowości – Stefana K., byłego kierownika referatu od czterech lat będącego na emeryturze, oraz... Andrzeja Żydka, który pracował tam tylko rok.

Wyjaśnień tego dziwnego obciążenia dwóch przypadkowych pracowników nie zażądały ani Ministerstwo Finansów ani izba skarbowa. Obaj o obciążaniu ich nieprawidłowościami dowiedzieli się od dziennikarki.

W „URz” i „Rz” pisaliśmy o tym, jak w US Warszawa-Praga od 2001 r. nie prowadzono ewidencji postępowań karnoskarbowych, nie monitorowano ich, pozwalano na przedawnianie się (według Andrzeja Żydka nieprzypadkowych) spraw. Były ich setki, a nawet tysiące.

Tysiące „skręconych” spraw, a nie trzy, za które obciążono Bogu ducha winnych!

Za te nieprawidłowości do dziś nikt nie odpowiedział. Poza tym, który je wykrył.

Andrzej Żydek od miesięcy szuka pracy. W instytucjach państwowych jest spalony – chciał być zbyt uczciwy.

Gdy próbował interweniować, odbijał się od ściany – tak w resorcie finansów, jak i u pełnomocnika rządu ds. walki z korupcją i samego premiera.

To może być kolejna afera, która zostanie zamieciona pod dywan (swoją drogą robi się pod nim naprawdę ciasno).

Dlatego sprawy trzeba pilnować, zwłaszcza w najbliższych tygodniach.

Do kwietnia prokuratura przedłużyła śledztwo. Nie wyobrażam sobie jego umorzenia. Oznaczałoby to sankcjonowanie skrajnie patologicznych działań urzędników i kompromitującą bezsilność lub złą wolę organów ścigania.