Do krakowskiego Klubu Wtorkowego (wtorek, 21 lutego 2012, „Imbir”, ul. św. Tomasza 35) zawitała młodzież, tj. Wojciech Mucha i Dawid Wildstein, pierwszy 29, drugi 28 lat. Obaj są od paru miesięcy dziennikarzami Gazety Polskiej Codziennie. Mieli opowiedzieć Klubowi, jak na prawicy czują się młodzi.

Bo na punkcie młodzieży prawica ma prawdziwy kompleks. Nie dość, że „starszych i mniej wykształconych” wytyka im platformerska propaganda, to zewsząd i po drugiej stronie słychać biadolenia, że nie widać tam młodziaków, wiekowo dominuje kombatanctwo i „moher”, a w dodatku nie ma żadnego pomysłu, żeby to zmienić. Gołym okiem widać, że młodzież, generalnie, chodzi własnymi drogami, pije piwo, serfuje w Internecie i ani myśli robić sobie obciachu przez zadawanie się z prawicowymi. Stąd paląca potrzeba przeniknięcia jej mentalności, poznania przyczyn, dla których tak się dzieje. Szczególnie zaś, gdy mimo wszystko, w prawicowe oszołomstwo popadają ludzie przed trzydziestką.

Obaj zaproszeni są pod tym względem interesującą parą. Są narybkiem dziennikarskim GPC, obaj prezentują niemal entuzjastyczne podejście do swoich gazetowych poczynań. Rodzi się pytanie, jak znaleźli się w tym środowisku tak – rzekomo – nieatrakcyjnym dla ich rówieśników.

W przypadku młodego Wildsteina (syn Bronisława) to dość oczywiste. Jest synem swojego ojca i – co podkreśla – swojej matki. Poglądy wyniósł z rodzinnego domu. Jak mówi żartobliwie: ojca albo mordujesz, albo szanujesz. On wybrał to drugie. Poza domem – i tu niespodzianka – obracał się, jak sam opowiada, w środowiskach lewicowych, mając na myśli I Społeczne Liceum Ogólnokształcące przy Bednarskiej w Warszawie oraz Instytut Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. W tym czasie obserwował degradację mitu Solidarności.

Po czterech latach liceum – mówi – moi koledzy ze szkoły byli już zwolennikami Kwaśniewskiego.

Jego obecna postawa kształtowała się pod wpływem trzech wydarzeń: posmoleńskiej żałoby narodowej w 2010 roku, wydarzeń pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu oraz protestu przeciw ACTA.

Mucha podążał inną drogą życiową. Przyszedł na świat, jak zaznacza, w PRL, nie chodził do dobrych szkół, nie edukowali go – jak Wildsteina – swoim przykładem rodzice. Jest dzieckiem z krakowskiego blokowiska, które uczyło go życia.

Lata 90. – mówi – to ogromna przestępczość i tylko 50 procent jej wykrywalności.

Stał się zagorzałym kibicem Cracovii – przez 8 lat był „gniazdowym”, czyli człowiekiem organizującym wraz z kolegą doping na meczach, intonującym przyśpiewki podchwytywane przez cały stadion. I tu niespodzianka – zapisał się na kulturoznawstwo w Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej „Ignatianum” w Krakowie prowadzonej przez jezuitów. Stąd trafia na praktykę i staż do krakowskiego Instytutu Pamięci Narodowej, a przez promotora swojej pracy licencjackiej do GPC.

Zarówno Mucha, jak i Wildstein mają wielki uraz spowodowany rządami Tuska. Na dowód przedstawili to, co w zasadzie o tych rządach wiadomo, jednak ze sporą dozą autentyzmu, którego mniej u starszych.

Tusk – mówił Wildstein – zaprosił polską młodzież nie do europejskiego salonu, lecz do europejskiego szaletu. W Warszawie pod wpływem rządowej propagandy młodzi wychodzili z dobrych lokali i pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu pluli na modlących się starszych ludzi. Bo przekonano ich, że „mohery” spod krzyża blokują modernizację kraju, hamują rozwój, a to oznacza stagnację i m.in. brak pracy dla nich.

A jak jest każdy widzi – dopowiadał Mucha:

Ciągle od dwudziestu lat musimy gonić Europę. Nikt nie da się nabrać, że młodzi mogą osiągnąć u nas wszystko. Nie będzie czerwonego dywanu na ich drodze po laury. Jest strach, bo trzeba spłacać kredyty mieszkaniowe i inne, bez których w młodym wieku nie wskoczy się do klasy średniej. Owszem, w Polsce można dostać europejską posadę – np. junior incident managera – tj. odbieracza telefonów, za 1500 miesięcznie. I to jest koniec europejskich miraży.

Wiele znaczył dla nich protest przeciw podpisaniu przez rząd Tuska umowy ACTA. Mucha opowiadał, jak protestujący pozbyli się Palikota. Do samorzutnie zorganizowanej demonstracji dołączyli kibole. Oni dostarczyli „piąchy” i Palikot został przegoniony.

Według Muchy kibole, choć częściowo głosowali na Palikota, nie znoszą fałszu i zakłamania. Mają własne rozumienie patriotyzmu. Nie wynieśli go ze szkoły, bo ta nie uczyła takich rzeczy. „Tadek”, jeden z liderów kibiców krakowskich, zwierzał się, że właśnie na stadionie, a nie w szkole, dowiedział się, że Wałęsa był agentem „Bolkiem”. W nich nie ma zgody na kłamstwo sączone codziennie przez Gazetę Wyborczą i TVN, mimo że niejeden z nich żyje na bakier z prawem.

To symptomatyczne. Mnie przypomina momenty gniewu ludu w naszej powojennej historii – czerwiec 1956, grudzień 1970, czerwiec 1976. W wydarzeniach tych, o czym z lubością informowała reżimowa propaganda, zawsze brali udział „chuligani”, niekiedy z udowodnioną kryminalną przeszłością. Czy teraz nie jest podobnie?