Tomasz Rakowski

James Bond wolał chłopców – propaganda homoseksualna w natarciu

"»Szpieg« to »doskonały« (The Spectator), »olśniewający« (The Wall Street Journal), »dwugodzinny orgazm« (Filmweb). To znakomita ekranizacja bestsellerowego thrillera szpiegowskiego Johna le Carré w oscarowej obsadzie. Po raz pierwszy brytyjski wywiad zdradza tak wiele tajemnic, z pracy swoich najlepszych agentów. Przygody Jamesa Bonda przy tym filmie to opowieści dla grzecznych dziewczynek." - zachęcony tym opisem udałem się kilka tygodni temu do kina. Film nie był ani doskonały, ani olśniewający. Autor sformułowania "dwugodzinny orgazm" ma najprawdopodobniej bardzo awangardowe upodobania. Na sali nikt nie szczytował, choć kilka osób zasnęło. Dlaczego o tym piszę?

Obraz został nakręcony na podstawie książki Johna le Carré "Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg" wydanej w 1974 roku. Fabuła powieści była inspirowana postacią i działalnością Kima Philbiego i Siatki Szpiegowskiej Cambridge - grupy brytyjskich szpiegów zwerbowanych przez NKWD. Kto czytał trylogię le Carré ("Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg" to pierwsza książka serii), ten zdaje sobie sprawę, że na stronach kolejnych tomów w dyskretny sposób przedstawiana jest "romantyczna przyjaźń" dwóch kluczowych bohaterów książki - Jima Prideaux'a i Billa Haydon'a, trwająca już od czasów studenckich. W filmie dopiero w scenach finałowych możemy domyślić się charakteru tej relacji, co jeszcze bardziej wzmacnia właściwy przekaz, gdyż znacznie wcześniej dowiadujemy się, że Peter Guilliam, prawa ręka głównego bohatera również jest homoseksualistą. Reżyser zaskoczył fanów brytyjskiego pisarza, gdyż w oryginale asystent Georga Smiley'a jest 40-letnim, przystojnym mężczyzną, uganiającym się za kobietami i wykonującym ryzykowne zadania dla swojego szefa. Bardziej zatem przypomina współczesnego Jamesa Bonda.

Dlaczego zdecydowano się na takie zafałszowane przedstawienie postaci Guilliama, który w trzecim tomie książki le Carré żeni się i oczekuje narodzin dziecka? Bez wątpienia był to zabieg celowy, gdyż nawet aktor, jego charakteryzacja i sposób bycia nie pozwalały na potraktowanie go, jako typowego samca alfa, jakim był w książce. Benedict Cumberbatch, grający tę rolę, tak uzasadnia ten wybór: "Seksualność była ówcześnie potężnym narzędziem. Trzymam homoseksualizm mojej postaci w sekrecie, gdyż mógłbym się narazić na szantaż. To wymaga określonej dawki tajemniczości, która idzie w parze ze szpiegowaniem." Karkołomne wyjaśnienie. Efekt nierównowagi wzmacnia wątek platonicznej miłości Smiley'ego do żony, która została uwiedziona przez... homoseksualistę. „Szpieg” miał zdradzać tajemnice brytyjskiego wywiadu. Po ponad dwugodzinnym seansie wszyscy widzowie (nie licząc tych, którzy usnęli) wychodzili z kina ze świadomością, że MI6 składa się praktycznie z samym homoseksualistów. To dość zadziwiająca konkluzja w odniesieniu do zapowiadanych rewelacji.

Nie napisałbym tego tekstu, bo z agitacją pro-homo mamy do czynienia w produkcjach filmowych dość często, ale tak się złożyło, że tydzień po obejrzeniu "Szpiega" miałem okazję podziwiać najnowsze przygody Sherlocka Holmesa. Obraz typowo rozrywkowy, bazujący na przygodach popularnych bohaterów powieści i opowiadań Arthura Conan Doyle'a. Jak się okazuje wcale niepozbawiony odpowiedniej propagandy. Pominę takie dyskusyjne elementy, jak przebieranki głównego bohatera w damskie ciuchy (na tle jego innych charakteryzacji wyjątkowo słabe), czy nieukrywaną zazdrość o młodego żonkosia Watsona - można to potraktować humorystycznie i z pewnym zrozumieniem ze względu na fabułę. Ale scena, w której Holmes na szczycie pokojowym w szwajcarskim zamku podchodzi do swojego książkowego druha i prosi go do tańca, by po chwili sunąć razem z nim po parkiecie w rytm walca nie jest ani elementem humorystycznym, ani wymogiem fabuły.

Dwójka tańczących razem mężczyzn nie wzbudza żadnego zdziwienia wśród elity świata, która zebrała się w Szwajcarii - ich zachowanie jest zupełnie normalne. Akcja filmu ma miejsce na początku XX wieku, przed wybuchem I Wojny Światowej. Mamy zatem do czynienia z niezwykle niebezpiecznym fałszowaniem przeszłości. Również dyskretne zabiegi, sugerujące, że pomiędzy głównymi bohaterami może istnieć "coś więcej", a ekranowego brata Holmesa przedstawiającego jako "miłośnika mężczyzn" wpływają wyniszczająco na percepcję rzeczywistości przeciętnych odbiorców filmu. Widzowie, którzy nie dopatrzą się w/w wątków podświadomie są oswajani z akceptowaniem homoseksualizmu, który, jak się okazuje był powszechny w przeszłości albo dotyczy bohaterów ich ulubionych książek z młodości i dzieciństwa (tylko czekać na nową wersję Kubusia i Prosiaczka). Nie bez znaczenia jest również interpretacja postaci przez aktora. Odtwórca roli Holmesa Robert Downey Jr zapytany przez Davida Latermana, czy Sherlock jest gejem powiedział, że „[…] jeśli widzowie chcą go takiego widzieć, to on im dał taką możliwość”. Tak samo jak zniewieściały i umalowany Johny Deep w "Piratach z Karaibów", niszczący odwieczny archetyp typowo męskiego pirata. Szał propagandy homoseksualnej dotyczy nie tylko produkcji amerykańskich, coraz częściej pojawia się również w polskich serialach. Taka widać moda. Moda na geja.

W najbliższej przyszłości możemy spodziewać się bardziej odważnych posunięć związanych z budowaniem nowej świadomości społeczeństwa odnośnie postrzegania zachowań homoseksualnych. Po fazie subtelnego przekonywania, że zachowania grupy, która w populacji nie przekracza 1-2% (na tyle szacują badania naukowe ilość osób o skłonnościach homoseksualnych) są naturalne, akceptowalne i godne naśladowania będzie można przejść do bardziej bezpośredniego etapu. Być może już niedługo powstaną homo-wersje światowej sławy książek, filmów i ich bohaterów. Zorro, Superman, Batman, Rocky. Myślę, że to kwestia czasu. Historia będzie pisana od nowa.

Kiedy Pierce Brosnan zakończył swoją karierę jako agent 007 na przesłuchania w poszukiwaniu nowego odtwórcy tej roli przyszedł brytyjski aktor Ralph Fiennes. Zaproponował, że chciałby swoją postacią rozpocząć eksplorację mrocznej strony duszy Jamesa Bonda. Homoseksualnej. Wtedy roli nie dostał. Ale gdy już będziemy przyzwyczajeni do tego, że geje są najinteligentniejsi, najkulturalniejsi, najczulsi, najlepsi i najbardziej kochający - najlepiej raz na całe życie - to czy ikona męskości, jaką od dziesiątek lat jest postać z książek Iana Fleminga, oczarowująca i podrywająca przystojnych mężczyzn w egzotycznych miejscach będzie szokować? Gdy "Szpieg" się skończył usłyszałem za sobą ironiczny komentarz jednego z młodych widzów: "Po tym filmie podejrzewam, że James Bond był pedałem". Może miał rację?