W „Gazecie Polskiej” ukazały się dwa bardzo ważne teksty. Pierwszy Jarosława M. Rymkiewicza z 02.08.12, drugi Anny Pawełczyńskiej z 15.02.12 r. Rymkiewicz jako laureat „Człowieka Roku 2011” na dorocznej Gali Wolnego Słowa „GP” wygłosił bardzo ważną kwestię. Tekst Pawełczyńskiej jest wywiadem, który przeprowadził Józef Darski. Nie mają one z sobą związku, ale idą w podobnym kierunku.

Gdy z ciekawości obydwa teksty dałem do przeczytania dwom przedstawicielom młodego pokolenia z prośbą o komentarz, natychmiast wyłoniły się strefy niejasności. Najważniejszą z nich należy jak najszybciej wyjaśnić. Myślę, że Laureat i Autorka „Czasu człowieka” nie będą mieli nic przeciwko temu… Rymkiewicz odwołując się do artykułów Mickiewicza (min. „O ludziach rozsądnych i szalonych”) przypomniał o dwóch językach, jakie pojawiły się w okresie pierwszego rozbioru Polski. Pierwszy należał do ludzi rozsądnych. Pisał o nich Mickiewicz: „zaklinali obywateli w imię rozsądku, aby przestali czuć się obywatelami”. „Gdzież rozsądek – wołano – chcieć opierać się woli trzech dworów? Gdzie są środki oparcia, czy jest czas po temu? Czy nie lepiej część poświecić, aby ocalić resztę?”. Rymkiewicz dodaje: ci ludzie pojawili się w konkretnym celu – aby uniemożliwić Polakom protestowanie przeciw rozbiorowi Polski. Jak wiadomo ów rozsądek niczego nie załatwił.

Drugi język był językiem starym, odwoływał się do Boga i należał do ludzi myślących kategoriami tradycyjnych wartości. Ludzie mówiący starym językiem – według Mickiewicza – nawet nie próbowali zrozumieć nowego języka ludzi rozsądnych, ponieważ tego nowego języka nie można było zrozumieć „polskim rozumem i polskim sercem”, czyli kategoriami narodowego obowiązku i narodowej powinności. Nowi z kolei też nie chcieli rozumieć starych. Od tego momentu, przypomina Rymkiewicz, pojawił się dramatyczny podział językowy, który trwa po dzień dzisiejszy. Czyli nowym językiem ludzi rozsądnych rozmawiali targowiczanie, a starym – Reytan i Mickiewicz. Język starych nazwany został językiem szalonym.

Na koniec swojego wystąpienia Rymkiewicz podsumowuje: „Trzeba więc wybrać – albo będziemy ludźmi rozsądnymi i stracimy Polskę; albo będziemy ludźmi szalonymi i przyczynimy się do jej ocalenia”. No właśnie, i jak ma to przyjąć młode pokolenie? Jakby tego było mało Pawełczyńska dodaje: „Jest znacznie większa szansa stworzenia nowej warstwy, która odgrywałaby rolę dawnej inteligencji, spośród ludzi mniej wykształconych ponieważ ci, którzy uzyskali pozory wykształcenia wyższego, są trudniejsi do odzyskania, niż osoby kierujące się zdrowym rozsądkiem. Uczelnie wyższe są na razie stracone dla krzewienia idei społeczeństwa opartego na wartościach tradycyjnych”. I tu powstaje jeszcze większa konsternacja: dlaczego, przecież jesteśmy edukowani przez polskie szkoły i uczelnie.

Problem części młodzieży

Problem więc dwóch młodych ludzi polegał na tym, że u nich rozsądni pozostali rozsądnymi, a mniej wykształceni – głupszymi. Szaleni kojarzyli im się z rewolucją, powstaniami, które uważali za pozbawione sensu. Nie pomógł argument, że zanim wybuchły powstania, które były ostatecznością, ówcześni Polacy musieli przejść długą drogę prób porozumienia i upokorzeń… Oczywiście, dwie osoby nie mogą stanowić żadnej reprezentacji, nie mniej jednak, podobna postawa i taki stosunek do przeszłości, jest niestety dość typowy dla sporej części młodego pokolenia.

Polskość jest trudna

Polskość jest tak samo trudna, jak jej geopolityczne położenie. Pisał o tym Rymkiewicz i pisała Pawełczyńska, a więc owi „starcy” z jasnymi umysłami, którzy nadal czują obywatelski obowiązek, i którym chce się jeszcze łączyć to, co zostało zerwane przez PRL i III RP. Aż strach pomyśleć, co stałoby się z polskością, gdyby zabrakło niepodległej II RP i owych „starców”, którzy są ostatnimi łącznikami pokoleń zniechęconych Polaków. Gdyby zabrakło II RP, dziś nie mielibyśmy żadnych argumentów wobec narastającego antypolonizmu. Gdyby nie owi „starcy” nie miałby kto związać kulturowego końca z końcem, a przekonanie bezsensowności polskiego oporu w okresie zaborów stałoby się wykładnią historyczną. Kłamstwo wciskane nam przez 200 lat, stałoby się „prawdą”. Młodzi nie bardzo zdają sobie sprawę w jak wielkim stopniu ich przyszłość uzależniona jest od owych „starców” i ich przekazu. Pieniądz jest takim samym narzędziem w życiu, jak samochód, ale wiedza na temat własnych dziejów jest jak dobra benzyna, prosta droga, kierownica  i pedał gazu – jednocześnie.

Polskość jest zapisem złego i dobrego; polska księga mieści w sobie wszystko, co mogło przytrafić się człowiekowi na tej ziemi, ale jest jak Biblia, którą należy odczytać we właściwy sposób. Bez II RP „ani rusz”. I jedno jest pewne, że w 1000-letnich naszych dziejach przeważa dobro. Znakomicie widać to na tle dwóch naszych największych sąsiadów. Piastowskość określa nam zagrożenie niemieckie, jagiellońskość – rosyjskie, ale przy okazji pokazuje, że w okresie swej największej państwowej potęgi swej siły nie wykorzystywaliśmy dla celów egoistycznych, nie podbijaliśmy innych narodów orężem, lecz cały swój wysiłek skierowaliśmy na budowę demokracji – a więc czegoś, co dziś jest wielką wartością. W okresie zaborów wciąż trwała praca nad stworzeniem koncepcji odzyskania niepodległości. W tym okresie siła dzielenia zaborczej indoktrynacji była słabsza od wewnętrznej siły narodowej konsolidacji. Przegrać musieliśmy. Jeżeli szlachta w XIX wieku odwoływała się do pomocy chłopskiej, to nie po to, by ratować swoje napasione brzuchy, jak głosiła komuna, lecz po to, by ratować Rzeczpospolitą, którą obdarzali miłością. Ich ofiarność oglądana przez komunistyczną ślinę, jest dziś zupełnie niezrozumiała i obca. Jeżeli chcemy odbudować nową polską inteligencję, a więc grupę kompetentnych i odpowiednio wykształconych ludzi wrażliwych na własną historię i wspólne dobro, to nie w oparciu o tych, których nakarmiono wstrętem do wszystkiego co polskie, lecz na tych, którzy są jeszcze w stanie zrozumieć na czym ta polskość polega. Nie koniecznie muszą być mniej wykształceni, lecz zazwyczaj są. I na tym polega tragizm polskości ostatnich ponad 200 lat.

Jeżeli Rymkiewicz powołując się na Mickiewicza nawołuje do „szaleństwa”, to nie po to, aby robić powstanie, lecz po to, aby go nie robić. Czyż szaleńcem można nazwać kogoś, kto broni swojego dobytku, od którego zależy jego status życiowy; kultury, która wyznacza mu systemy wartości i porządkuje życie; tożsamości, która zaznacza jego istnienie na tym świecie? Jeżeli Pawełczyńska stawia na mniej wykształconych, to nie dlatego, że polskość należy do niższej kategorii kulturowej, czy mówiąc wprost – Polacy są głupkami, lecz dlatego, że mamy do czynienia ze skutkami wymordowania polskiej inteligencji w okresie II wojny światowej. W brakujące miejsce wstawiono nową posłuszną kadrę, która nie mając przygotowania dostała do ręki broń, pieniądze i władzę. Przy jej pomocy zneutralizowano starą elitę i stworzono nowego sowieckiego człowieka (homo sovieticus, o którym już zapomniano). W porównaniu z ZSRR był on poważnie rozwodniony, ale diametralnie inny niż w okresie niepodległej II RP.

Jest jednak coś jeszcze

Rymkiewicz przywołuje „szaleńców” i „rozsądnych” oraz ówczesną nowomowę, jaką ci ostatni wprowadzili. To wszystko ma charakter kulturowy i polityczny. Ale było coś, co miało charakter naukowy, a więc powracający absolwenci zachodnich uczelni, którzy wychowani na zachodnioeuropejskim modelu kultury, nie mającym kontaktu z problemami wielonarodowościowymi, wprowadzali w tamtejszej Polsce zachodnie wzorce i zachodni system. Historiografia polska okresu zaborów (kolonializmu) pełna jest odniesień do anomalicznego rozwoju Polski wobec zachodnich wzorców. Długo pokutowała też kantowska „małoletniość”, czyli niezdolność do posługiwania się rozumem, bez kierunku nadanego przez inną osobę. Nie dochodzono, że Rzeczpospolita Obojga Narodów i ogólnie – Zachód, to dwa odmienne, nie bardzo przystawalne do siebie światy. Jakby do ówczesnych myślicieli nie docierał jeden podstawowy fakt, że Polska w swym położeniu geograficznym podjęła się niezwykłego eksperymentu kulturowego pogodzenia dwóch cywilizacji: łacińskiej i bizantyńskiej. Wprawdzie nie była to zła wola, lecz chęć odpowiedzi na gryzące pytanie: co było przyczyną upadku I RP? Nie mniej jednak sposób, w jaki to robiono, nie mógł niczego wyjaśnić.
O anomaliczności lub polskim zboczeniu (odstępstwie od zachodniego wzorca cywilizacyjnego) pisali najwięksi Polacy, ba teoria rozejścia się dróg Polski i Europy, stanowiła jeden z kanonów historycznej myśli okresu oświecenia. Biskup Adam Naruszewicz ów przełom widział z chwilą wygaśnięcia dynastii piastowskiej. Stanisław Staszic, Tadeusz Czacki, Jerzy Bandkie, Łukasz Gołębiowski w ostatni m z Jagiellonów. Ale wszyscy oni mieli wspólny tok myśli – Europa wyznaczała kierunek prawidłowy, a zatem polskie odstępstwo było dewiacją, anomalią chorobą (A. Wierzbicki). Ale Hugo Kołłątaj i kliku innych głosiło stanowisko wyprzedzenia Europy Zachodniej. W opozycji był Joachim Lelewel, który twierdził, że polskiego ducha „ukształtowały dzieje walk sprzecznych ze sobą zasad cywilizacji germańskiej monarchicznej, feudalnej i chrześcijańskiej z cywilizacją słowiańską, republikańską, demokratyczną, pogańską” (H. Więckowska). Natomiast przyczynę kryzysu w Polsce Lelewel widział w bezkrytycyzmie naśladownictwa. Nie o „młodość” cywilizacyjna Zachodu mu chodziło, lecz o całkowitą odrębność i odmienność typów historycznego rozwoju (A. Wierzbicki).

Potem przyszła szkoła krakowska i warszawska – każda coś wniosła. Historyków i historiozofów można jeszcze długo cytować, ale nic nie zastąpi tego co napisał Mickiewicz: „Nie można powziąć prawdziwego wyobrażenia o tym kraju z pism historyków zapatrujących się na wszystko przez cudzoziemskie przesądy; mało nawet w tej mierze oświecić może własne jego prawodawstwo pisane, bo napchano weń formuł obcych; wyobrażenie to całe i najszczersze da się wyciągnąć z powieści gminnych, z poezji ludu, z anegdot, z niektórych pamiętników i z żywotów mężów znakomitych” (Mickiewicz, Dzieła wszystkie, T. Pini, t. VII, s. 274)... No, i tu rozwiązuje się worek dowolnych interpretacji. Każdy może być mądrzejszy od drugiego, ale nie chodzi o przekrzykiwanie się, lecz o dobrą wolę i do bólu przyjęty realizm.

Spoglądając z dzisiejszej perspektywy na polska historiografię, można zauważyć jedną prawidłowość – jakąś potrzebę posiadania „ojca chrzestnego”. W okresie jagiellońskim był nim Kościół katolicki, który wraz z państwem świeckim zorganizował wspaniałą polską cywilizację w ramach cywilizacji łacińskiej – i to było wówczas naturalne. W okresie zaborów pojawiła się próba szukania zastępczego „ojca chrzestnego”. Szukano go na Zachodzie (anomaliczny rozwój). I nie ma się co dziwić, bo byliśmy częścią cywilizacji zachodniej. Nie sposób jednak ukryć, że doprowadziło to do tego, co pisze Ewa Tompson: „Skłaniam się ku opinii, że w Polsce kolonializm wywołał długofalowe, dotychczas słabo rozumiane szkody. […]  Wprawdzie hegemon zniknął [dziś znów się pojawił – R.S.], ale szukanie jego zastępcy i podporządkowanie się jego opiniom […] są pospolitym w Polsce zjawiskiem”.

Trudno to napisać, ale wychodzi na to, że ani historiografia skolonizowanej Polski, ani takiego samego okresu PRL-owskiego nie oddawała tego, co czuł polski naród. W okresie zaborczym (kolonialnym) nie istniały polskie uczelnie, ani oficjalne niezależne polskie struktury. W okresie PRL-owskim były one pozorne. W obu przypadkach nie mogły one robić odpowiednich badań i opisywać zjawisk, które skłaniały Polaków do desperackich czynów, takich, jak powstania narodowe. Stąd min. rola literatury. Pozostała więc II RP. Natomiast problem „ojca chrzestnego”, to w głównej mierze problem ciągłości tych „rozsądnych” elit, którym wydawało się, że mogą mieć lepiej będąc w bliższym „kontakcie” z hegemonem niż z własnym narodem. Być może problem powstań narodowych, to bardziej wewnętrzny problem z „rozsądnymi”, niż z „szalonymi” i zaborcami włącznie. W ten sposób zdrada stała się cnotą.

Proszę Młodzieży

Jak widać spraw polskich przez ostatnie 200 lat nawarstwiło się tyle, że trzeba coś z tym zrobić. I wychodzi na to, że wypada zaczynać, jak w okresie zaborów (kolonialnym) od kółek samokształceniowych, od druków oficjalnych i nieoficjalnych – jednocześnie (trwa na ten temat dyskusja – patrz Teresa Bochwic). Doszło do tego, że dzieciom odebrano nie tylko rodzinę, która dawniej była ostoją, ale także i historię, której znajomość tworzy system immunologiczny. Bez niego tak samo człowiek, jak i jego świadomość są bezbronne. Brak wiedzy pozwala dyletantowi wmówić największą bzdurę, za którą potem zapłacą wszyscy. Nieznajomość własnej historii jest jak nieznajomość prawa – w przypadku głupoty lub przestępstwa nie ma tłumaczenia się nieznajomością. Polska zaczęła odzyskiwać niepodległość dopiero, gdy Polacy zrozumieli, że „ojciec chrzestny” jest znakomitym pomysłem kulturowym, ale na poziomie indywidualnym i rodzinnym. Państwo nie może mieć „ojca chrzestnego”, bowiem w swym istnieniu jest samotne, jak człowiek w zdrowiu i chorobie. Na odkrycie tej myśli starzy „szaleni” Polacy potrzebowali wówczas około 100 lat. Ale tę prawdę można już odczytać na przełomie XIX i XX wieku oraz w okresie niepodległego bytu państwowego 1918-1939. Warto o tym pamiętać.

Natomiast to, co dzieje się ze współczesnym językiem polskim to... "Chryste Panie!". I bardzo źle byłoby, gdyby to zawołanie pozostało ostatnim reliktem starej polskiej mowy. Nasza przyszłość będzie albo sumą przeszłości z teraźniejszością, albo nie będzie jej w ogóle! Innej alternatywny nie ma. Amen.