Prof. Zdzisław Krasnodębski w felietonie na łamach „Gazety Polskiej Codziennie” pisze o zdradzie, słowie – „jak się wydaje, za wielkim na nasze czasy”.

Konfrontuje „niepodważalny obowiązek, rolę jasno zdefiniowaną, powszechnie obowiązujące zasady” z „ciepłą wodą w kranie, grillowaniem, orlikami, autostradami i fajnym życiem”.

Najwyższym ideałem jest samorealizacja. Mamy prawo się realizować, nie oglądając się na innych, na słabszych, na tych, którzy od nas zależą. Uprawiamy „politykę życia” i mamy być w niej skuteczni.

Tym bardziej ma to dotyczyć polityki w ścisłym sensie. Tu obowiązuje pragmatyzm, etyka odpowiedzialności, a nie dogmatyczne trzymanie się zasad.

Profesor przypomina, że polska historia pełna jest przykładów zdrady.

To nie dlatego, że Polacy mieli gorsze charaktery, tylko że Polska wystawiała Polaków na cięższe próby, niż było to w wypadku innych, szczęśliwszych narodów. Z taką jasną sytuacją mieliśmy do czynienia wtedy, gdy Wojciech Jaruzelski ogłosił stan wojenny. To dopiero później wszystko stało się znowu niejasne, gdy zaczęliśmy się pogrążać w bagnistej rzeczywistości III RP.

Według filozofa społecznego sprawy powinny być oczywiste po 10 kwietnia 2010 r., gdy „w podejrzanych okolicznościach zginał prezydent RP i wielu przedstawicieli polskiej elity na terenie kraju nam nieprzyjaznego, w którym dokonywane są polityczne zbrodnie, w którym nie szanuje się prawa, które dopuściło się ludobójstwa w Czeczenii i którego premierem jest były oficer KGB, następcy NKWD, sprawcy wielu zbrodni na Polakach”.

Jeśli zatem słowo „zdrada” jeszcze cokolwiek oznacza, to trzeba stwierdzić, że wszystko wskazuje na to, iż rządzący Polską dopuścili się zdrady – zdrady podstawowych interesów Rzeczypospolitej i podstawowych wartości. Razem z nimi zdrady dopuścili się ci Polacy, którzy ich w tej postawie wspierali i wspierają – od Andrzeja Wajdy i Władysława Bartoszewskiego do różnych pomniejszych artystów, „autorytetów”, intelektualistów i dziennikarzy. Niektórzy zdradzili także swoich przyjaciół – to, że w SLD tak szybko zapomniano o Jerzym Szmajdzińskim, niedoszłym kandydacie na prezydenta, świadczy raz jeszcze, kim są postkomuniści. Gorzej, gdy nie dotyczy to tylko postkomunistów. Dzisiaj władza PO zaczyna się chwiać, bo zabrakło mamony czerpanej z zagranicy, którą można było zagłuszać sumienia. Neogierkizm zbliża się do swojego Radomia i Ursusa. Być może do władzy dojdzie jakaś ekipa rezerwowa, która zadba, by wszystko pozostało jak dotąd. Ale ta zdrada nie zostanie zapomniana.

Cały felieton w „Gazecie Polskiej Codziennie” i na niezalezna.pl.

mtp