To naprawdę kuriozalny wyrok. Po latach Robert Krasowski, dawny naczelny „Dziennika” przegrał proces z Adamem Michnikiem.

Sędzia Zbigniew Szczuka (zapamiętajmy to nazwisko!) uznał, że zdanie „Adam Michnik połowę życia poświęcił obronie ubeków, (…) legenda opozycja trywializowała się w dowodach, że kolaboracja i sprzeciw są w istocie tym samym”, to nieprawda. Więcej – że to oszczerstwo.

Można do woli natrząsać się z tego wyroku. Że to nieprawdziwa informacja – a nie opinia, z którą można się nie zgadzać – sędzia Szczuka dowiedział się z… ekspertyzy językoznawcy profesora Jerzego Bralczyka. Nie wiem, co tu może orzekać językoznawca. Wystarczy średnia inteligencja, aby zauważyć, że Krasowski charakteryzował stanowisko Michnika równocześnie je oceniając. Że przedstawiał jego konsekwencje.

Fakt, że Michnik nie powiedział nigdy „bronię ubeków”, albo „kolaboracja i sprzeciw są tym samym” nie ma tu nic do rzeczy. Cała publicystyka, w praktyce każdy komentarz, polega na takich właśnie wnioskach. Sam Michnik napisał dziesiątki takich tekstów opisujących i podsumowujących innych. Tyle że za tymi innymi nie stoi potęga Agory. Nie stoją pieniądze pozwalające nająć sprawnego papugę, czyli mecenasa Rogowskiego. I nie mają pozycji pozwalającej onieśmielić takich ludzi jak Bralczyk. Albo sędzia Szczuka.

Jeśli przypomnę, że jednym z argumentów zapisanych w pozwie przygotowanym przez mecenasa Rogowskiego był ten, że w latach 70. i 80. byli przecież „esbecy” a nie „ubecy”, pojmiemy na jakiej kazuistyce oparte są takie sądowe starcia. Nie decydują racje, ani ogólnie obowiązujące standardy. Decyduje siła łokci. Nie będę twierdził, że żyjemy w kraju „totalitarnym”, gdzie karty rozdaje Michnik, bo wyroki bywają najróżniejsze. To sama Wyborcza skarżyła się niedawno, że procesy z pogranicza wolności słowa są w praktyce loterią. Ale niewątpliwie mamy do czynienia z zacietrzewieniem prywatnej firmy zastraszającej systematycznie innych.

Nie kompromituje to mecenasa Rogowskiego: papuga to papuga. To kompromituje Michnika. Który nie ma siły zmierzyć się na wolnym polu idei z oceną swojej publicystyki. Na przykład przedstawiania szefa „ubeków”, czyli generała Kiszczaka jako „człowieka honoru”. Nie ma siły, więc sięga po kneblowanie.

Nie w tej jednej sprawie – przypomnijmy niedawną przegraną Jarosława Marka Rymkiewicza, który przedstawił Wyborczą jako spadkobiercę KPP-owskich idei. Ten typowo ideowy spór został z całą bezwzględnością przecięty przez sąd. Co więcej, gdy adwokat Rymkiewicza zażądał badania biografii Michnika i Seweryna Blumsztajna, został przedstawiony przez Rogowskiego jako… antysemita. Jak miałoby w takim razie wyglądać badanie w tej sprawie prawdy? Potem adwokat Rymkiewicza przegrał z kolei sprawę z adwokatem Agory, kiedy próbował dowieść, że antysemitą nie jest. Tu zasady gry były inne.

Rzecz w tym, że badania nie będzie. Utrwala się przekonanie, że są równi i równiejsi. Ci, których racji sąd wysłucha i tych, którzy są na straconej pozycji. Bo taki jest kształt społeczeństwa.

Mniej istotne jest w tej sprawie to, że sam Krasowski, dzisiejszy Krasowski, nie prowadzi już sporu z Michnikiem. Że sam powiedział przed sądem: dziś nie użyłbym już być może takich słów. Nie nad jego 10 tysiącami złotych na schronisko dla niewidomych w Laskach ubolewam. A nad tym, w jakim kraju żyję.

Ale w takim razie ja powtarzam: Michnik naprawdę poświęcił na obronę ludzi dawnego peerelowskiego aparatu represji 1/3 życia. I pracowicie zacierał granice między kolaboracją i sprzeciwem. Tak po prostu było. I nie wystarczy sędziego Szczuki i profesora Bralczyka, żeby to zagłuszyć.