Przyznaję, temat niszczenia polskiej edukacji przez rząd Platformy wcale nie jest nowy. Jednak – po pierwsze – jest bardzo ważny i dlatego trzeba o nim przypominać. Po drugie – co jakiś czas powraca w mediach. Ostatnio stało się tak za sprawą tekstu w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, pod znamiennym i bardzo trafnym tytułem „Koniec liceów”. Bo i faktycznie – reforma edukacji, jaką funduje nam Platforma, oznacza de facto koniec liceów ogólnokształcących.

Sam o sprawie pisałem kilkakrotnie, koncentrując się na wątku rugowania historii z programu liceów. Na swoim blogu odpowiadała mi ówczesna minister edukacji, główna niszczycielka polskiej szkoły, Katarzyna Hall. Pisała, że ograniczenie nauczania historii (często do absurdalnych, szczątkowych wątków) to dobry pomysł, bo pobudzi zainteresowanie przedmiotem. To ciekawy sposób myślenia. Gdyby być konsekwentnym, należałoby uznać, że najlepiej skupić się na historii życia seksualnego. Wtedy zainteresowanie wśród nastolatków byłoby gigantyczne, a tak podana historia odniosłaby spektakularny sukces.

Przypomnijmy: zgodnie z nową podstawą programową (jej wprowadzanie dla gimnazjów właśnie się kończy, a dla liceów nastąpi to w 2015 r.) systematyczny wykład historii powszechnej i historii Polski zakończy się na pierwszej klasie LO. Uczniowie będą mieli wtedy po 17 lat i w tym właśnie wieku przestaną tak naprawdę uczyć się historii, bo to, co ją w kolejnych klasach zastąpi, trudno nauką historii nazwać. Szkołę będą opuszczali historyczni analfabeci, pozbawieni świadomości kulturowej, a więc łatwi do manipulowania. Już dzisiaj takich ludzi jest mnóstwo i nie jest to wina programu zbyt restrykcyjnego, ale odchodzenia od systematycznej nauki w stronę testologii. Rodzice, którym będzie zależało na tym, aby ich dzieci rozumiały świat wokół siebie, będą musieli zapewniać im korepetycje, uczyć w domu albo posyłać do drogich szkół prywatnych. Większość jednak takiej potrzeby nie będzie widzieć lub nie będzie ich na to stać. Ze szkoły wyjdą ludzie, którzy nie będą rozumieli procesów historycznych, a więc i politycznych. Nie będą rozumieć, jak kształtowała się tożsamość państw i narodów, za to będą zorientowani w ciekawostkach na temat historii stroju albo wojska.

W sprawie programu nauki historii do rządu apelowali uznani polscy historycy, a także publicyści (w tym m.in. Piotr Zaremba). Ich apele pozostały bez odzewu. Arogancja jest cechą charakterystyczną tej władzy.

Fatalny w skutkach pomysł minister Hall na zmianę systemu nauczania polega na tym, że ma zmusić bardzo młodych, piętnastoletnich uczniów liceów, z nazwy jeszcze ogólnokształcących, do wyboru dalszej drogi życiowej. To oczywiście absurd, który przekształci te szkoły w fabryki „młodych, wykształconych, z dużych miast”, czyli – jak to określił za Sołżenicynem Ludwik Dorn – wykształciuchów. Ludzi, legitymujących się formalnym wykształceniem, a w rzeczywistości prezentujących żenujący poziom wiedzy. W wieku piętnastu lat człowiek jest o wiele za młody, aby decydować, czy chce być astronomem, polonistą, dziennikarzem czy mikrobiologiem. A nawet jeśli zdecyduje się wcześnie na karierę w dziedzinach ścisłych, to nie powód, aby został pozbawiony ogólnej wiedzy o historii i kulturze.

Nazwa „liceum ogólnokształcące” oznaczała dotąd tyle, że szkoła na tym poziomie miała uczyć wiedzy ogólnej. Jej absolwent miał wynosić z niej wiadomości z każdej dziedziny. Owszem, klasy miały swój profil, ale niezależnie od niego obowiązywał systematyczny wykład języka polskiego i historii. I to miało sens. Można świadomie funkcjonować w życiu publicznym bez wiedzy o mitochondriach albo całkowaniu, ale nie bez wiedzy o historii świata i w niej własnego narodu czy bez znajomości podstawowego kanonu literatury – absolutnie nie. Tutaj nie ma symetrii, jak chcieliby niektórzy. Przedmioty ścisłe są uniwersalne, niezależne od miejsca, gdzie się je wykłada. Nauka o ojczystej literaturze i historii jest – a przynajmniej powinna być – zakorzeniona w konkretnym miejscu na mapie. Katarzyna Hall, nauczycielka matematyki, najwyraźniej nie była w stanie tego pojąć.

Widocznie rządu Tuska chce przejść do historii jako ten, który zmusił bardziej świadomych rodziców do odtworzenia instytucji domowych kompletów, znanej z dość ponurych czasów w polskiej historii. Może już dziś obawia się, jak zostanie zapamiętany i na wszelki wypadek woli w związku z tym skasować naukę historii?