"Dziennik Gazeta Prawna" ogłosił jako całkiem nową informację o czymś, co od kilku dobrych lat znajduje się w tak zwanej domenie publicznej. Podkręcając ją zresztą, bo jednak licea ogólnokształcące formalnie nie znikną. Zmieni się tylko ich charakter – będą dużo mniej ogólnokształcące. Newsem jest to, że zmieniony program, który od 2009 roku przechodził przez gimnazja, dotrze we wrześniu tego roku do pierwszej klasy liceum.

To jednak wystarczyło aby na formach internetowych rozgorzały debaty. Ludzie mają krótką straszliwie  pamięć – podejrzewam, że niektórzy z nich już na ten temat dyskutowali, i to kilka razy, ale w międzyczasie zdołali o tym zapomnieć.  Przecież ten temat był nawet stawiany mocno w ostatniej kampanii parlamentarnej – przypominam kontrowersję między Jarosławem Kaczyńskim i Katarzyną Hall.

Jestem przeciwnikiem tej reformy, perły w koronie Katarzyny Hall. Zwalczałem ją od samego początku tekstami w „Dzienniku” „Polsce”, a ostatnio w „Rzeczpospolitej”. Jednemu z jej elementów, marginalizacji licealnej historii, poświęciłem dwa listy otwarte do prezydenta Komorowskiego: w Rzeczpospolitej i w naszym portalu. Początkowo doradca prezydenta historyk Tomasz Nałęcz zareagował na te protesty nawet życzliwym zainteresowaniem.

Ale zniknęło ono szybko – podczas ostatniej kampanii do parlamentu przepytywany o tę reformę przez Monikę Olejnik, Bronisław Komorowski zdawał się nie za bardzo wiedzieć o co chodzi – choć powtarzam, powiedziano i napisano na ten temat sporo . Ostatecznie dociskany cytatami z Jana Rokity, zaprzysięgłego oponenta tej reformy, wyksztusił, że każdy by chciał aby jego przedmiot był najważniejszy, a historia najważniejsza nie jest.

Jestem przeciwnikiem tej zmiany z dwóch powodów. Po pierwsze uważam, że historia (być może połączona z wiedzą o społeczeństwie) powinna towarzyszyć polskiej młodzieży właśnie szczególnie w ostatnich latach szkoły, kiedy  staje ona przed pierwszymi dorosłymi wyborami, łącznie z udziałem w wyborach. Historia nie jest z tego punktu widzenia pierwszym lepszym przedmiotem służącym mnożeniu wiedzy encyklopedycznej. Ma znaczenie formacyjne, tożsamościowe.

Powód drugi jest bardziej złożony. Jestem przeciwny zbyt wczesnej specjalizacji, konieczności dokonywania wyborów na całe życie w wieku 17, a w przyszłości (po przesunięciu o rok matury) 16 lat. To jest przekształcanie żywych ludzi w mięso armatnie rynku pracy. Ludzie są indywidualnościami: jedni od początku wiedzą, czego chcą i jakie mają zdolności, inni – nie.  Zresztą jeśli przyszły rynek pracy ma być elastyczny, lepiej wprowadzać na niego ludzi, którzy liznęli tego lub owego. Co ciekawe, rozumiał to na samym początku Donald Tusk, w pierwszych miesiącach sceptyczny wobec tego pomysłu swojej minister. Czym go potem przekonano, nie wiadomo, bo nigdy tej fundamentalnej skądinąd reformy nie uzasadniał, nigdy jej nie bronił.

Rząd był zainteresowany aby było wokół niej jak najmniej hałasu, co nie znaczy, że nie można się było o niej dowiedzieć. Kto chciał, ten wiedział. Tym co mnie najbardziej boli jest nawet nie nadgorliwość reformatorów, tylko obojętność innych. Na przykład sfer akademickich, które poza nielicznymi wyjątkami (grupa humanistów skrzyknięta przez profesora Andrzeja Nowaka) nie miała zdania na temat tak fundamentalnej zmiany. Także intelektualistów, artystów, którzy informowani, że coś takiego się dzieje, otwierali szeroko oczy, choć mieli okazję dowiedzieć się już wcześniej. W pewnym momencie miałem wrażenie, że tylko profesor Nowak i ja (w tekstach także Jan Rokita) interesowaliśmy się na serio tą fundamentalną innowacją.

Dotyczy to niestety i tych, którzy dziś się tym poniewczasie ekscytują. Tu uwaga, która wielu się nie spodoba: młodzi ludzie rwący się do atakowania rządu z powodu ACTA, nie mają jak sądzę pojęcia (ani zdania), czego będą się uczyć ich dzieci a czego powinny. Nie chodzi mi nawet o to aby manifestowali z powodu reform Katarzyny hall. Ale chciałbym aby okazali temu sporowi, racjom obu stron, choć minimum uwagi, skoro są tacy ożywieni, gdy mają poczucie, że coś chce się im odebrać. Tu także coś im się odbiera. To jednak niespecjalnie ich obchodzi.

Porównanie Artura Bazaka tej reformy do edukacyjnych pomysłów gubernatora Hansa Franka jest może zbyt drastyczne. Ale jest pytanie, kto za kilkanaście lat, zwłaszcza wśród młodszych roczników, będzie w ogóle takie porównanie rozumiał. Może to refleksja zbyt gorzka, ale trudno – tak myślę.