Informacja "Dziennika Gazety Prawnej" na temat "likwidacji" liceów ogólnokształcących ( dokładniej rzecz ujmując, zmiany ich charakteru) rozgrzała fora internetowe do czerwoności. Jak słusznie zauważył Mateusz Matyszkowicz, ekscytacja tym "newsem" niezbyt dobrze świadczy o naszych mediach. Bowiem założenia nowej podstawy programowej firmowanej nazwiskiem minister Katarzyny Hall były znane od paru lat.

Nowa podstawa programowa została wprowadzona w roku szkolnym 2009/ 2010 (Rozporządzenie MEN z 23 grudnia 2008 r. w sprawie podstawy programowej wychowania przedszkolnego oraz kształcenia ogólnego w poszczególnych typach szkół, Dz. U. z 2009 r. nr 4, poz.17). Wprowadzanie reformy programowej w gimnazjach zakończy się w 2012 roku, a w szkołach podstawowych i liceach w 2015 roku.

Według zapowiedzi MEN, nowa podstawa programowa kończy z przeładowanymi programami. Dzięki łączeniu programów na kolejnych etapach edukacji uczniowie rozpoczynający naukę w szkole ponadgimnazjalnej przyswajają nowe informacje, zamiast powtarzać treści, których uczyli się w gimnazjum. Najlepiej pokazać to na przykładzie historii. 

W gimnazjum uczniowie zapoznają się z historią Polski i świata do 1918 roku, a w liceum w ciągu jednego roku przerobią całą XX-wieczną historię Polski i świata. I tak w wieku 15 lat wielu uczniów liceów będzie miało ostatni raz do czynienia z systematycznym wykładem historii.

Podstawowy wykład historii dla wszystkich polskich uczniów kończy się w I klasie liceum. Następnie ci, którzy nie wybiorą w kolejnych dwóch klasach rozszerzonego kursu historii, pozostaje przedmiot uzupełniający: „Historia i społeczeństwo", który w sposób problemowy pozwala zapoznać się uczniom z wybranymi zagadnieniami historii, społeczeństwa i kultury.

W ramach tego przedmiotu nauczyciele mają do wyboru 9 bloków tematycznych, spośród których muszą wybrać obowiązkowo 4. Są to m.in.:  „Kobieta i mężczyzna, rodzina”, „Język, komunikacja i media”, „Wojna i wojskowość”,  „Gospodarka” czy „Ojczysty Panteon i ojczyste spory”.

Ten pomysł spotkał się z krytyką wielu historyków, którzy wystosowali list otwarty już w 2009 r.

Konkluzja listu jest jednoznaczna:

W ten sposób destrukcji, a na pewno infantylizacji ulega historia jako zintegrowany, wspólny przedmiot nie tylko przekazujący zestaw faktów czy umiejętności, ale także współtworzący rdzeń obywatelskiej, patriotycznej edukacji.

Pod listem podpisali się wówczas m.in.: prof. Nowak, prof. Andrzej Paczkowski,  prof. Wojciech Roszkowski, prof. Andrzeje Chojnowski, prof. Antoni Dudek, prof. Piotr Wandycz.

Temat kontynuował Piotr Zaremba, który na łamach naszego portalu opublikował "List do Prezydenta Rzeczypospolitej". Prof. Andrzej Nowak i Piotr Zaremba od samego początku zresztą ostrzegali przed konsekwencjami nowej podstawy programowej.

Rewolucyjny charakter nowej reformy ujawnia się przede wszystkim w liczbie godzin historii, które zostały zredukowane z wcześniejszych 240 godzin w wersji podstawowej w całym czteroklasowym cyklu do 120 godzin (włączając ostatnią klasę gimnazjum, a więc dawną I klasę liceum). Tym samym, jak trafnie zauważył prof. Andrzej Nowak, przeciętny maturzysta będzie miał w całym swoim wykształceniu ukończony kurs historii na poziomie dawnej podstawówki.

Zmiany w nauczaniu historii to dobry przykład, który pokazuje jak na dłoni fundamentalne założenia reformy programowej Katarzyny Hall.

Rewolucja, której efekty właśnie poznajemy, to niewątpliwie najpoważniejszy program zmian oświatowych od czasu reformy ministra Handkego w rządzie Jerzego Buzka. Największą cenę za dobre samopoczucie pani Hall i jej reformatorski zapał zapłacą uczniowie. A rodzice, którzy będą chcieli dobrze wykształcić swoje dzieci, będą musieli pomyśleć o szkołach niepublicznych albo zdecydować się na nauczanie domowe.

Szkoły publiczne, w wyniku konsekwentnej polityki edukacyjnej rządu Donalda Tuska, realizują dawny postulat Hansa Franka, generalnego gubernatora okupowanych ziem polskich, który notował w swoim Dzienniku:

Zasadniczo, Polacy są - kiedy się ich grzecznie i delikatnie traktuje - najbardziej godnymi zaufania siłami roboczymi w Europie, i to szczególnie do stałej, prostej roboty.