TYLKO U NAS. Ujawniamy, dlaczego na lotnisku nie było funkcjonariusza BOR. Szefowie Biura oficjalnie się na to zgodzili!

Fot. PAP
Fot. PAP

Pisałem przed dwoma dniami, że Marianowi Janickiemu pozostaje przyznać, dlaczego rankiem 10 kwietnia 2010 na smoleńskim lotnisku nie było jego ludzi odpowiadających za zabezpieczenie wizyty prezydenta. Niestety muszę wyręczyć generała, bo zamiast zacząć wreszcie opowiadać prawdę, chowa się za nieżyjącymi podwładnymi.

Powiedział wczoraj, że opinia biegłych ws. uchybień jego jednostki jest krzywdząca dla tych, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej. Jest oczywiste, że ma tu na myśli tylko jedną osobę – śp. Jarosława Florczaka. Pozostali BOR—owcy z pokładu TU-154M nie mieli nic wspólnego z przygotowywaniem wizyty premiera i prezydenta w Rosji, stanowili osobistą ochronę Lecha Kaczyńskiego.

„Florek”, jak nazywali koledzy pułkownika, pracował nad organizacją zabezpieczenia polskich VIP-ów w czasie katyńskich uroczystości. Ale nie on odpowiadał za wszystko. Wypełniał procedury, które według Janickiego nie zawiodły, a zdaniem biegłych były fatalne. Nie Florczak je stworzył i nie on sam sobie kazał je wprowadzać w życie.

Ktoś go nadzorował, ktoś odbierał od niego meldunki dotyczące tego, co zastał w Rosji, na co zgadzali się Rosjanie z FSO (ich odpowiednik BOR), jak przebiegały spotkania z nimi, raportował o zakazie wejścia na lotnisko i innych trudnościach stwarzanych przez stronę rosyjską. Marian Janicki o tych wszystkich problemach nie wiedział? Wolne żarty. Płk Florczak nie działał na własną rękę.

A teraz najważniejsze.

To właśnie Jarosław Florczak miał czekać na prezydenta 10 kwietnia na płycie Siewiernego. Tak było ustalone. Rosjanie musieli się na to zgodzić – trudno, aby człowiek, którego dobrze znali, z którym wielokrotnie w czasie przygotowań tych wizyt rozmawiali, wchodził na płytę incognito, ukryty pod kapeluszem i ciemnymi okularami.

Pułkownik po wizycie premiera zadzwonił jednak do wiceszefa BOR płk. Pawła Bielawnego (od czerwca 2011 r. jest generałem). Argumentował, że niewiele ma do roboty w czasie najbliższych dwóch dni, że grupa pozostająca na miejscu ma wszystko pod kontrolą, dodatkowo na lotnisku w sobotę rano mieli być koledzy pracujący w moskiewskiej ambasadzie.

Poprosił o zgodę na krótki przylot do Polski, by pobyć dwa dni więcej z żoną i kilkuletnią córką, która była jego oczkiem w głowie. Do Smoleńska miał wrócić z prezydentem.

Bielawny się zgodził. Poinformował o tym Janickiego. Szef Biura też nie miał żadnych zastrzeżeń. Zatem to gen. Janicki odpowiada za to, że na płycie lotniska w momencie katastrofy nie było żadnego z jego ludzi. Mógł do tego nie dopuścić!

Płk Florczak był lubianym, szanowanym i bardzo doświadczonym oficerem. Czy prosząc o zgodę na opuszczenie Rosji popełnił błąd, złamał procedury? Nie wiem. Wiem natomiast, że pozwolili mu na to przełożeni. Sam szef Biura Ochrony Rządu, który w momencie, gdy samolot m.in. z prezydentem i pułkownikiem Florczakiem na pokładzie zbliżał się do smoleńskiego lotniska był na krakowskim bazarku, robiąc zakupy przed planowaną podróżą do USA (to żaden zarzut, ale diabelska ironia losu).

Gdy Janicki dowiedział się, że z Tupolewem coś jest nie tak, pierwszy telefon wykonał do… Jarosława Florczaka.

A później wielokrotnie mydlił nam oczy mówiąc, że miał na lotnisku ludzi. Nie miał, bo sam o tym zdecydował.

Teraz zasłania się tragicznie zmarłym pułkownikiem. Jak można sądzić, na końcu jego toku rozumowania jest wniosek, że wszelkie zastrzeżenia do pracy BOR powinny skupiać się na Florczaku. Że to on za wszystko odpowiadał. Żyjącym nie można więc stawiać zarzutów.

To szczyt dezynwoltury. I rzecz niegodna polskiego munduru. Zwłaszcza generalskiego.


Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...