Premier: Polska przystępuje do Paktu Fiskalnego. Jednak BEZ PRAWA UCZESTNICTWA w spotkaniach strefy euro

Donald Tusk ogłasza "sukces" na unijnym szczycie. Fot. wPolityce.pl, TVP Info
Donald Tusk ogłasza "sukces" na unijnym szczycie. Fot. wPolityce.pl, TVP Info

Najpierw były przecieki. Telewizyjne ekrany skrzyły się czerwonymi i żółtymi paskami, że oto Francja przystała na polskie warunki, że jest sukces, że postawiliśmy na swoim. Ale im bliżej było oficjalnych wystąpień, tym bardziej sukces wydawał się niepewny. Najpierw głos zabrali najważniejsi:

Prezydent Francji:

Nie uzgodniliśmy niczego, o czym wcześniej by nie było mowy. To wprowadzenie w życie ustaleń z grudniowego szczytu. Do lipca traktat wejdzie w życie, a strefa euro, czyli 17 członków będzie się spotykać na poziomie głów państw i szefów rządów, by omawiać sprawy związane ze wspólną walutą. Jeśli chodzi o inne sprawy, związane z konkurencyjnością i paktem Euro Plus, który wynegocjowaliśmy, to oczywiście zaprosimy tych, którzy chcą przystąpić do strefy euro. Ale tego jeszcze nie zrobili.

Słowa Nicolasa Sarkozy’ego tylko z pozoru wyglądały na przerost pewności siebie nad rzeczywistością. Wystąpienie polskiego premiera na konferencji prasowej rozwiało złudzenia.

Donald Tusk najpierw stwierdził, że „ten kompromis nie w pełni, nie w stu procentach, ale satysfakcjonuje nas”:

Na tyle nas satysfakcjonuje, że uznaliśmy umowę w tej postaci wartą wsparcia polskiego i podpisu.

By po chwili z dość smutną miną ogłosić szczegóły:

Szczyty strefy euro w razie jakiejś nadzwyczajnej potrzeby poza ogólną zasadą będą się odbywały, ale po szczytach Unii Europejskiej, a więc całej „27” lub ewentualnie po szczycie paktu fiskalnego, czyli dzisiaj całej „25”.

Szef polskiego rządu nie mógł tego zagmatwać bardziej.

Wyjaśnijmy: będzie tak, o ile "nie pojawią się szczególne okoliczności". A więc gdy będzie trzeba - Angela Merkel i Nicolas Sarkozy będą mogli zwołać szczyt ad hoc. A więc w realnej grze nas nie ma.

A tak wyjaśniał premier:

To brzmi dosyć skomplikowanie, ale konkluzja jest taka: kompromis na pewno – jak zawsze w czasie rozmów na Radzie Europejskiej – nie daje pełnej satysfakcji wszystkim stronom. W tym przypadku szczególnie Francji, która zaangażowała się w wymodelowanie tego formatu, w którym grupa euro będzie miała bardzo dużo do powiedzenia na bardzo dużo tematów. Nie ma pełnej satysfakcji Polska, która była, powiedziałbym, głównym oponentem tej zmiany i próbowaliśmy od wielu tygodni wytłumaczyć, że to de facto zmieniałoby zasady wspólnotowe w naszej ocenie.

Spotkaliśmy się może nie w środku drogi, ale w miejscu, które z naszego punktu widzenia i także wszystkich uczestników dzisiejszej Rady Europejskiej w miejscu, które daje Unii poczucie, że nie została złamana zasada wspólnotowości. Że ten nadrzędny cel polityczny, jaki przyświecał naszym działaniom został osiągnięty w bardzo istotnych dla nas proporcjach.

Krótko mówiąc – najważniejsze decyzje dotyczące przyszłości Europy będą zapadały na spotkaniach państw strefy euro, a w nich Polska – ani inne kraje spoza strefy - nie będzie uczestniczyć.

Na porannej konferencji Donald Tusk bardzo silnie akcentował słabość europejskich propozycji. Na jednym oddechu mówił:

Potwierdziłem przewodniczącemu polskie stanowisko – nie wyrazimy akceptacji dla paktu fiskalnego w kształcie, który naszym zdaniem zagraża wspólnotowemu charakterowi podejmowania przyszłych decyzji.

Chcemy mocnego zarządzania gospodarczego w Europie, dyscypliny budżetowej i działania na rzecz wzrostu.

Dla Polski zapisy w pakcie fiskalnym w tej kwestii wydają się nawet mało ambitne. Nie są z naszego punktu widzenia wystarczająco odważne.

Spodziewamy się za to dużo poważniejszych skutków stricte politycznych i te skutki oceniamy jako negatywne.

 

Wieczorem, po całym dniu zderzania się z rzeczywistością brukselskich kuluarów kompletnie zmienił ton:

Dzisiaj nie zawracałem głowy naszym partnerom, że zawartość merytoryczna paktu mogłaby być ambitniejsza, np. nie tylko polskie stanowisko w tej sprawie dotyczyło programu zadłużenia. Dług publiczny, jak państwo, wiecie, zniknął jako ostre kryterium umowy fiskalnej, ale przyznajemy też, że istotne fragmenty tej umowy dają szanse strefie euro na działania bardziej zdecydowane i przede wszystkim na pewien automatyzm sankcji czy reakcji na zjawiska negatywne w państwach członkowskich strefy euro. I to będzie korzyścią, sądzimy, dla całej Unii Europejskiej, także dla Polski.

Bez wątpienia naszą intencją było oprócz ochrony Wspólnoty, a więc możliwości utrzymania tego poziomu współdecydowania także przez państwa spoza strefy euro, takie jak Polska, i to uzyskaliśmy, jak sądzę, w stopniu wystarczającym. Ale oczywiście drugim celem było także wspomożenie także tych liderów strefy euro, którzy od wielu, wielu miesięcy walczą o to, żeby zbudować pewne narzędzia, które skutecznie pozwolą chronić strefę euro przed skutkami kryzysu.

Poranna wyrazistość i dziarskość Donalda Tuska prysła jak bańka mydlana. Zamieniła się w unijne pustosłowie mające przykryć negocjacyjną porażkę.

O ile jednak szef rządu, nienajgorszy PR-owiec dał sobie jako tako radę z ogłoszeniem mało radosnych wieści, o tyle minister finansów wyłożył sprawę boleśnie prosto: „nie ma tego, co chcieliśmy osiągnąć”:

Strefa euro będzie mogła w swoim gronie omawiać tyko rzeczy, które naprawdę dotyczą jej wewnętrznych spraw, a jak będziemy dyskutowali w sprawach, które dotyczą całej 27, nawet jak to jest w gronie tych, którzy podpisali ten traktat fiskalny, to cała 25 będzie obecna.

Czyli nie ma zmian architektury, to była nasza największa obawa. Nie ma czegoś, co chcieliśmy osiągnąć, czyli obecność wtedy, kiedy oni dyskutują swoje sprawy, ale w końcu to był dość daleko posunięty postulat. I tak, jak pan premier powiedział, tak naprawdę nic się nie zmienia w porównaniu z tym, co było, powiedzmy, przed latem, kiedy pewna taka myśl strategiczna francuska została, zdaje się, opracowana.

Premier dodał jeszcze, że w sprawie konkurencyjności strefa euro nie będzie obradowała, a agenda każdego ze spotkań będzie konsultowana ze wszystkimi uczestnikami paktu fiskalnego.

Ostatecznie szef polskiego rządu postanowił umniejszyć rangę całodniowych negocjacji i jakiegoś mało istotnego paktu, o który cały dzień kłóciła się cała Europa.

Jak dodał, bardzo dużo będzie zależało od samej praktyki – „na ile uczestnicy wszystkich tych spotkań będą chcieli uszanować podmiotowość Unii, a na ile będą chcieli ją naruszać”.

Ale to niezależnie od tego, co byśmy dzisiaj podpisali. Generalnie to zawsze od tego zależy w UE – czy przywódcy mają wolę, żeby działać wspólnie, czy mają czasami wolę czy kaprysy, żeby cos poszarpać.

Odniosłem wrażenie, ze ten apel o działanie wspólnotowe i o pilnowanie, aby format 17 nie był próbą osłabienia Wspólnoty został wysłuchany z aprobatą przez prawie wszystkich, prawie bez wyjątku uczestników dzisiejszego spotkania.

Reasumując: to, na co Tusk miał się za nic nie zgodzić – nieobecność Polski przy stole euro - grzecznie zaakceptował. W zamian za to Europa wysłuchała apelu polskiego premiera.

znp, Sil

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...