Nie chcemy kasować praw autorskich! Polemika Łukasza Warzechy z Piotrem Zarembą wokół ACTA

PAP/EPA
PAP/EPA

Piotr Zaremba stwierdził, że po stronie przeciwników ACTA pojawiają się także ekstremizmy i mnie czy Roberta Gwiazdowskiego do ekstremistów zaliczył. Zdziwił się też, że występujemy po jednej stronie z osobami o tak lewicowych poglądach – również na kwestię własności – co Magdalena Środa czy Jacek Żakowski.

Ten ostatni argument uważam za całkowicie chybiony i odkładam na bok, ponieważ moich poglądów na jakąkolwiek sprawę nie determinuje w najmniejszym stopniu to, z kim znajdę się po jednej stronie. Trzeba też przyznać, że nawet Jackowi Żakowskiemu zdarza się napisać coś rozsądnego (w przypadku prof. Środy nie byłbym już taki pewien). Podejrzewam zresztą, że choć na pierwszy rzut oka podejście moje czy Gwiazdowskiego może przypominać podejście Żakowskiego, to jest to podobieństwo powierzchowne.

Znacznie ważniejsze jest, co Piotr napisał o mojej argumentacji. Zacznę od wyjaśnienia kwestii z czasów baroku i z bliskiej mi dziedziny muzyki. Wiek XVII czy znaczna część XVIII (o czasie wcześniejszym nie mówiąc) faktycznie nie znały praw autorskich. Jednak nie oznacza to, że przywoływani przeze mnie kompozytorzy nie mieli z czego żyć. Handel przez większość życia z powodzeniem sprzedawał swoje utwory w postaci nut oraz prowadził teatr w Londynie. Bach zarabiał najpierw jako organista w Eisenach, potem jako nadworny muzyk w Weimarze i Koethen, a następnie jako organista i kantor w Lipsku. Większość muzyki pisał w ramach swoich obowiązków i dostawał za to ryczałtem wynagrodzenie (choć za wiele z nich zapłaty nie oczekiwał, pisząc je dla siebie albo jako hołd dla możnych i ważnych). Vivaldi, zresztą ksiądz, pracował jako wychowawca dziewcząt w weneckim sierocińcu Ospedale della Pieta. Niezwykle przedsiębiorczy rówieśnik Jana Sebastiana, Jerzy Filip Telemann był przez większość życia dyrektorem muzyki (stanowisko istniejące w baroku w wielu niemieckich miastach) w zamożnym Hamburgu. Pisał muzykę sakralną i świecką, którą sprzedawał podobnie jak Handel. Wszyscy oni żyli ze swojej pracy, jedni gorzej – jak Bach – inni całkiem nieźle, jak Telemann. Jednocześnie nie mieli żadnej kontroli nad tym, że ich utwory bywały wydawane – jak byśmy dziś powiedzieli – po piracku gdzieś za granicą, zaś wzajemne kopiowanie motywów, zgodnie z dzisiejszymi definicjami, wypełniałoby całkowicie znamiona plagiatu. A jednak żaden z tych kompozytorów nie umierał z głodu, bo w pierwszej kolejności dostawał pieniądze za swoją pracę. Potem dopiero zaczynała ona żyć własnym życiem, kopiowana na różne sposoby. Jasne, mogliby pewnie być bogatsi, gdyby od każdego wykonania swojego utworu w kraju i za granicą oraz od każdej kopii partytury dostawali tantiemy. Tylko o ile dzisiaj byłaby uboższa europejska kultura muzyczna? I niesłusznie Piotr stwierdza, że tych czasów porównywać nie można. Owszem, zmieniły się sposoby dystrybucji materiału drogą legalną i nielegalną, ale też ogromnie wzrosła liczba potencjalnych odbiorców, legalnych i nielegalnych, a te dwa czynniki się równoważą.

Nie rozumiem, czemu Piotr zakłada, że domagam się, aby zrezygnować całkowicie z praw autorskich. To tak jakbym chciał, aby lipski kantor pracował za darmochę i przymierał głodem wraz ze swoją liczną rodziną. Nie o to oczywiście chodzi. Ale na paradoksy i absurdy, związane z dzisiejszą wersją ochrony praw autorskich, znakomicie wskazał w nagraniu dla portalu Rebelya.pl Piotr Gociek, podstawiając zamiast utworu muzycznego książkę. Faktycznie, gdyby książek dotyczyły te same regulacje co utworów muzycznych albo filmów, nie moglibyśmy ich pożyczać, czytać na głos przyjaciołom, a może nawet wynosić z domu.

Robert Gwiazdowski z kolei słusznie wskazał, że prawo autorskie jest tworzone nie tyle w interesie autorów lub rynku jako całości, co koncernów. W Polsce zaś – trzeba dodać – także w interesie ZAIKS-u. W żadnej jednak wypowiedzi Gwiazdowskiego nie dostrzegłem nawoływania do całkowitej z niego rezygnacji. Chodzi jedynie o to, aby postawić mu jakieś racjonalne granice, które w dzisiejszych regulacjach dawno zostały przekroczone. Symptomem tego niech będą – na razie  nieskuteczne prawnie w polskich warunkach – ostrzeżenia, umieszczane na pudełkach gier przez niektórych producentów, gdzie zabraniają oni odsprzedaży tychże. Inny absurd to zakaz „publicznego odtwarzania muzyki”. Przy czym za „publiczne odtwarzanie” w świetle obowiązującego prawa można by już uznać puszczenie płyty podczas większej domowej imprezy.

Piotrowi polecam zapoznanie się z działalnością organizacji Creative Commons, która wydaje się szukać rozsądnego kompromisu między prawem autora do zarabiania na własnym dziele a absurdalnie wyśrubowanymi – nie pod presją twórców, ale koncernów – normami praw autorskich. I powtarzam: nikt tu nie domaga się całkowitej ich likwidacji. Nikt nie stawia tezy, że za pracę nie należy się wynagrodzenie (chyba że ktoś sam z niej rezygnuje).

Piotr Zaremba w swoim tekście nie uwzględnił wielu poważnych argumentów. Nie zastanowił się choćby nad pazernością koncernów – podawałem przykład firm fonograficznych, które w obliczu piractwa ery pamiętnego Napstera, zamiast stworzyć własny system kupowania utworów za rozsądną cenę, postawiły na restrykcje, co zresztą finansowo się na nich zemściło. Dopiero teraz tworzone są systemy cyfrowej dystrybucji muzyki za taką cenę, która jest do zaakceptowania dla odbiorców. Gdyby zrobiono to wcześniej zamiast stawiać ludzi przed sądem, zarobiono by do dziś miliardy dolarów. Piotr nie odniósł się także do absurdalnych wojen patentowych, które są odpryskiem sporu o zakres praw autorskich. Wszystko to składa się na obraz całości.

I jeszcze jeden przykład moim zdaniem rozsądnego podejścia do sprawy. Jestem prenumeratorem elektronicznej wersji tygodnika „The Economist”. W ramach tej prenumeraty mam dostęp do edycji audio, którą można co tydzień ściągnąć w postaci spakowanego pliku po zalogowaniu. Co potem zrobię z tą zawartością – to wyłącznie moja sprawa. Nie jest ona w żaden sposób zabezpieczona. Mogę jej słuchać sam na jednym, dwóch, trzech urządzeniach, a mogę nagrać 10 kopii na płyty i rozdać znajomym. Nikt tego nie sprawdza i nie sprawdzi. A „The Economist” i jego dziennikarze zarabiają.

 

Najnowsze artykuły

Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu

Śledź nas na Google News

Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News

Dziękujemy za przeczytanie!

Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.

Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych