Dlaczego warto obejrzeć mocno reklamowaną „Rzeź”, tego ciągle ściganego przez amerykański wymiar sprawiedliwości, ale skruszonego Romana Polańskiego? Bo oglądający ten film widz o prawicowo-konserwatywnych światopoglądzie może zobaczyć słuszną walkę o prawdę, żądanie zadośćuczynienia ofierze, karę dla sprawcy i należne przeprosiny, które nigdy nie padają.

Film będący adaptacją często wystawianej w Polsce sztuki „Bóg mordu” Yasminy Rezy, wziętej dramatopisarki i autorki biografii Nicolasa Sarkozy’ego jest błyskotliwą tragikomedią. Zaczyna się od oglądanej z daleka sceny kłótni grupy chłopców, z których jeden uderza kolegę bejsbolem i odchodzi. Tu widz i recenzent liberalny zobaczy filmowy autocytat ze słynnej krótkometrażówki Polańskiego „Rozbijemy zabawę”. Natomiast widzowi prawicowemu przypomni się scena wybijania przez Rosjan szyb i niszczenia wraku TU-154 M pokazana w filmie Anity Gargas.

W następnej scenie przenosimy się do mieszkania nowojorskiej rodziny, której synowi wybito dwa zęby. Rodzina ofiary to amerykańska klas średnia. Penelopa, grana przez Jodie Foster, to społecznica, autorka książki o rzezi w Afryce, przypomina swoim uporem i stylem bycia dążącą do prawdy smoleńskiej Ewę Stankiewicz. Jej mąż to klasyczny amerykański selfman, znający się na robocie sprzedawca artykułów AGD, który jest dumny ze swojego zajęcia. Sprawcami nieszczęścia ich syna jest rodzina nowobogackich wykształciuchów. On jest sprawnym prawnikiem, który próbuje przykryć prawniczo-pijarowskim bełkotem skandal z wadliwym lekiem swojej firmy farmaceutycznej. Ona, grana przez Kate Winslet to ostra brokerka giełdowa, malująca usta czerwoną szminką.

Gdy protokół, po drobnych poprawkach zostaje podpisany przez obydwie strony, jak przystało na rodzinę dobrze wychowaną, zapraszają gości do salonu na ciasto. Dyskusja nie klei się i para liberalna wychodzi. Jednak dążenie do prawdy zatrzymuje obydwie strony konfliktu na progu windy. Wracają z mocnym postanowieniem zakończenia sporu. Ale to dopiero początek nadchodzącej katastrofy. Punktem zwrotnym awantury jest treściwy paw puszczony przez Kate Winslet. Albumy z malarstwem Bacona i Kokoshki to kolejna ofiara tej rozkręcającej się werbalnej jatki. Dalej ja to w życiu mamy usztywnianie się stron, momenty słabości, pozorne porozumienia, zmiany sojuszy z rodzinnych na męsko-damskie, topiony telefony, rzucanie torebką, „tuskowe” cygara i alkohol. Padają znane Polakom skądinąd słowa: „Mój syn jest kapusiem?”, „Powinien przyjść winowajca, nie ofiara”, „Dlatego nie ma wspólnoty”, „Nie jesteśmy ruchem społecznym”, „Tulipany są cudowne”. Jednak to wszystko nie daje wyczekiwanego oczyszczenia, bo nie ma skruchy i nie pada słowo przepraszam.

Co nam mówi ten film? Że wbrew propagandzie prorosyjskiej sączonej od 10 kwietnia przez polskie i rosyjskie władze i media nie ma możliwości pojednania bez dojścia do prawdy. Że w rozwiązywanie konfliktu, czy to w centrum, czy na peryferiach wszędzie jest bolesne. Symbolem sporu w filmie są wybite siekacze dziecka. W Polsce to brzoza i skrzydło, sprowadzenie wraku, fałszowane polskie i rosyjskie śledztwo, krzyż i pomnik smoleński na Krakowskim Przedmieściu. Koniec końców okazuje się, że rodziny konflikt przetrwały i nie doprowadziło to do rozwodu. Bóg miał ich w opiece. I nawet chomik wyrzucony na bruk przeżył, choć w wersji scenicznej został rozszarpany.

 

Na tym właśnie polega iluzja wielkiego kina. Film to więcej niż życie. Dlatego mamy rację w drążeniu prawdy o Tragedii Smoleńskiej, czy to się komuś podoba czy nie. Tylko żółtych tulipanów żal, podobnych do tych, które zostały ochrzczone imionami śp. Pary prezydenckiej, które w ataku ślepej furii zostają połamane. Czy przypadkiem nie przypomina to Państwu czegoś?