Trzymajmy kciuki. Oscarowy wieczór już niedługo

Za nami polska premiera najnowszego filmu pani Agnieszki Holland  W ciemności . Opadł już deszcz recenzji poświęconych temu dziełu, w większości entuzjastycznych, w najgorszym wypadku pochlebnych. Z wyjątkiem kilku, napisanych jednak przez ludzi z kręgu, którego żaden  wymierny sukces w sprawie ważnej dla społeczeństwa polskiego nie jest w stanie zadowolić. Ani  bardzo dobra kondycja gospodarki polskiej, ani silna i uznana pozycja Polski na arenie międzynarodowej, ani sprawność polskiego państwa   w organizowaniu pochówku ofiar katastrofy smoleńskiej, ani nawet to, że w okresie ostatnich Świąt Bożego Narodzenia pociągi przychodziły i odchodziły w miarę punktualnie. Na szczęście to tylko margines opinii publicznej, pozbawiony wpływu na bieg zdarzeń. Możemy być pewni, że bardzo wielu  rodaków, rozgrzanych  tchnącymi optymizmem  spekulacjami na temat szans filmu W ciemności na nagrodę Amerykańskiej Akademii Wiedzy i Sztuki  Filmowej, którymi im bliżej ogłoszenia werdyktu w tej sprawie, tym obficiej będziemy karmieni przez media, zasiądzie w wieczór oscarowy przed telewizorami z żywą  nadzieją w sercach na sukces najnowszego dzieła pani Agnieszki Holland. Prawie cała Polska wstrzyma wtedy oddech. Myślę, że  powinno być dobrze. Trzymajmy kciuki. A gdy ułoży się tak, że  pani Agnieszka Holland albo ktoś w jej imieniu będzie dzierżyć w ręku statuetkę Oscara, gdy będziemy mogli cieszyć się tą wielką chwilą, wspomnijcie, szanowni czytelnicy, niniejszy tekst. Będę zaszczycony.

Trzech bohaterów

Jak już powszechnie wiadomo Leopold Socha, główny bohater filmu pani Agnieszki Holland W Ciemności, lwowiak, złodziejaszek, z profesji kanalarz, przez czternaście ostatnich miesięcy niemieckiej okupacji dumnego miasta umożliwiał grupie Żydów przeżycie w miejskich kanałach. Osoby nieco bardziej zainteresowane podstawą faktograficzną historii opowiedzianej przez panią Agnieszkę Holland w jej najnowszym filmie mają świadomość, że Sosze pomagało dwóch innych kanalarzy lwowskich: Stefan Wróblewski i Jerzy Kowalów. Początkowo kierowały nimi względy merkantylne. Za  niesioną pomoc, polegającą na wyznaczeniu grupie Żydów względnie bezpiecznego miejsca do koczowania w plątaninie podziemnych kanałów, systematycznym dostarczaniu im pożywienia a także praniu i wymianie ich ubrań i bielizny, otrzymywali zapłatę. Innymi słowy, przez pierwsze miesiące  swych starań o uratowanie grupy Żydów, Socha, Wróblewski i Kowalow narażali życie swoje i swoich rodzin dla zarobku. Nie ma w tym narażaniu życia słowa przesady, gdyż  za pomoc okazywaną Żydom, niezależnie od motywów takowej, przepisy narzucone przez Niemców na  okupowanych ziemiach polskich przewidywały tylko jedną karę- karę śmierci. Groziła ona nie tylko osobie, która miała odwagę pomagać Żydom, ale, na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej, także jej najbliższej rodzinie.

Już po kilku miesiącach ukrywającym się  w kanałach Żydom skończyły się pieniądze. Od tej chwili Socha i jego dwaj koledzy świadczyli swoją pomoc bezinteresownie. Taka sytuacja zaistniała znacznie szybciej niż wynika to z akcji filmu W ciemności. Swymi staraniami, podjętymi początkowo z chęci zysku, później z dobroci serca, przez cały czas wymagającymi wielkiej odwagi, Socha, Wróblewski i Kowalów próbowali uratować dwadzieścia jeden istnień ludzkich. Uratowali dziesięć. Trzech polskich kanalarzy z dumnego miasta, z Lwowa. Trzech bohaterów.

Okrzyk na pogrzebie. Czy na pewno?

Leopold Socha zginął pod kołami sowieckiej ciężarówki wojskowej. W filmie W ciemności jego śmierć nie została pokazana. O okolicznościach, w jakich  rozstał się on z tym światem informują widza napisy końcowe filmu. Dzieło pani Holland nie pokazuje również pogrzebu dzielnego kanalarza,  za to napisy końcowe informują Polskę i świat jaki był kulminacyjny moment tego pochówku. Otóż chwilą tą był okrzyk wzniesiony przez  jednego z uczestników ceremonii pogrzebowej : to kara boska za pomaganie Żydom. Mocny ten akord na zakończenie projekcji jest równie mocno nieprecyzyjny. A przecież w takich sprawach konieczna wydaje się akuratność. Twórcy filmu podają bowiem w jego napisach końcowych, że Socha zginął w maju 1945 r. Tymczasem to tragiczne zdarzenie miało miejsce  rok później, dokładnie 12 maja 1946 r. Do wypadku, w którym poniósł śmierć, doszło na ulicy Gliwic, nie Lwowa. Ale tego akurat nie  można się dowiedzieć z treści napisu końcowego traktującego o pogrzebie  Sochy; tekst milczy na temat  miejsca  śmierci i pochówku bohatera filmu. Zdecydowana większość widzów wychodzi więc z kina w przekonaniu, że do śmierci dzielnego kanalarza  i fatalnej sceny na jego pogrzebie doszło we Lwowie. Oczywiście, dla poruszonej przeze mnie kwestii   nie ma większego znaczenia czy pochówek bohatera  W ciemności miał miejsce w roku 1945 czy w 1946 i czy nastąpił we Lwowie czy Gliwicach. Interesujące wydaje się natomiast czy ceremonia pogrzebu Sochy została rzeczywiście zakłócona w tak haniebny sposób. Pewne wątpliwości czy tak rzeczywiście było wydają się bowiem uzasadnione. Choćby z tej przyczyny, że na pogrzeb anonimowego wówczas kanalarza, wygnańca z Lwowa, mieszkańca Gliwic raptem od kilkunastu miesięcy, przyszli raczej tylko najbliżsi i, o czym będzie jeszcze mowa, niektórzy z uratowanych przez niego Żydów. Czy ktoś poza nimi znał wówczas  historię Sochy? Wątpliwe. Niezależnie od tego zakłócenie pogrzebu, w sposób sprowadzający się do wykrzyczenia wobec rodziny zmarłego, że śmierć ich bliskiego jest karą boską za jego czyny, niezależnie o jakie zachowanie chodzi, jest po prostu mało prawdopodobne. Nawet w coraz bardziej wypłukanych z chrześcijaństwa czasach nam współczesnych. A prawdopodobieństwo zajścia takiego incydentu ponad sześćdziesiąt pięć lat temu, gdy normy zachowania właściwego kulturze chrześcijańskiej były, zwłaszcza podczas obrządków kościelnych, przestrzegane o wiele bardziej niż dzisiaj, wydaje się jeszcze mniejsze. Dodajmy do tego, że pogrzeb Leopolda Sochy miał miejsce w drugim, a w niektórych rejonach naszego kraju trzecim już roku  kalendarzowym terroru komunistycznego. Jak wiemy, pewna część rodaków określała i nadal określa tamten ponury czas mianem rządów żydokomuny. Nie analizuję w tym miejscu  słuszności takiej diagnozy (dodam, że nie zgadzam się z takim punktem widzenia), tylko konstatuję fakt. Na pogrzebie Sochy, zgodnie z relacjami, które posłużyły za tworzywo narracji  filmu W ciemności, byli obecni niektórzy z uratowanych przez niego Żydów. To w ich obecności ktoś miał wznieść nikczemny okrzyk, manifestujący brak szacunku dla zmarłego. Wydaje mi się to niezgodne z prawdą życia. Powtarzam: Żydzi byli obiegowo kojarzeni z reżimem komunistycznym panoszącym się wówczas w Polsce. Socha, wygnaniec z Lwowa, zginął pod kołami ciężarówki okupanta sowieckiego. Jeżeli już,  to wrogi okrzyk podczas  pochówku dzielnego kanalarza, w obliczu cierpienia jego najbliższych, skierowany byłoby raczej pod adresem Żydów, z możliwym nawiązaniem do wspomnianej żydokomuny, a nie uderzał w tragicznie zmarłego, a tym samym  także w jego pogrążoną w rozpaczy rodzinę. Wątpliwości wzmaga  fakt, że pani Krystyna Chigler, jedna z uratowanych przez trójkę: Socha, Wróblewski i Kowalów, licząca sobie w 1946 r niespełna jedenaście wiosen, w retrospekcyjnej  książce Dziewczynka w zielonym sweterku, napisanej wspólnie z Danielem Paisnerem, nie wspomina o zakłóceniu ceremonii pogrzebowej swego wybawiciela, Leopolda Sochy, krzykiem to kara boska za pomaganie Żydom. Zapewne gdzieś przy innej okazji dała świadectwo o tej nikczemności ludzkiej. A może źródłem  przekazu o skandalicznym okrzyku podczas pogrzebu Sochy jest inna osoba? Nie wiem. Warto w tym miejscu dodać, że książka Dziewczynka w zielonym sweterku lokuje śmierć Sochy w  maju 1945 r., czyli  rok wcześniej niż miało to miejsce w rzeczywistości. Pewnie w tej  właśnie pomyłce należy upatrywać przyczyny błędnego wskazania przez twórców W ciemności , w napisach końcowych filmu, roku 1945 jako roku śmierci Sochy. Nie ma się co dziwić, wszak ludzka pamięć bywa ulotna, często też, zwłaszcza gdy odtwarza zdarzenia sprzed dziesiątek lat, nakładają się na nią stereotypy. Chcę jednak podkreślić: nie twierdzę, że  pogrzeb dzielnego kanalarza nie przebiegł tak, jak przedstawiono to Polsce i światu w napisach zamykających  najnowsze dzieło pani Agnieszki Holland. Po prostu zgłaszam wątpliwości, czy rzeczywiście należy bezkrytycznie przyjąć końcowy przekaz  filmu W ciemności. Filmu w mojej ocenie przeciętnego, mając na uwadze pasjonujące tworzywo faktograficzne będące kanwą  scenariusza, a w kilku scenach wręcz grubo ciosanego (gdzież mu do filmu Gorączka).

Ksiądz Tadeusz

Za toporny moment filmu uznaję scenę, w której jego polscy (w znaczeniu  nieżydowscy) bohaterowie rozmawiają o ukrzyżowaniu Chrystusa. Dyskurs jest prymitywny raczej, nasączony ludowym antysemityzmem. Niemniej prawdopodobny. Jedna z uczestniczących w nim osób mówi w pewnym momencie: ksiądz Tadeusz to zawsze nam mówił, że Żydzi ukrzyżowali Chrystusa. Ponieważ postać owego kapłana nie pojawia się w ogóle w filmie, a w ścieżce dialogowej występuje tylko ten jeden raz, trudno uznać, że imię księdza zostało dobrane przypadkowo. Raczej należy przyjąć, że mamy do czynienia z mało wysublimowaną, nazywając rzecz oględnie, aluzją do osoby księdza Tadeusza Rydzyka. Aluzją nieprzystającą, jak sądzę, do powagi tematu, który podjęli twórcy W ciemności.

Blondyn o niebieskich oczach, czyli utrwalanie mitu

Interesujące  jest to, jak kino łatwo i skutecznie tworzy mity. Przypomnę film Opór, poświęcony historii braci Bielskich. Nie miejsce tu na analizę przemilczeń i korekt faktografii, jakich twórcy Oporu nie uniknęli w znojnym dziele budowy spiżowego pomnika  oddziału partyzantki żydowskiej, a w rzeczywistości raczej żydowskiej grupy przetrwania funkcjonującej w rejonie Puszczy Nalibockiej na Nowogródczyźnie (zainteresowanych odsyłam do znakomitego tekstu Kazimierza Krajewskiego Opór? Odwet ?-czy po prostu polityka historyczna?; do przeczytania na www.fundacjapamietamy.pl , zakładka: Artykuły historyczne ). Może nie od rzeczy będzie zaznaczyć w tym miejscu, zupełnie nawiasowo, że patrząc polskim, zaściankowym okiem na historię grupy kierowanej przez braci Bielskich, trudno nie odnotować, że owa zbiorowość, złożona przecież z obywateli Drugiej Rzeczpospolitej, weszła w struktury partyzantki sowieckiej. Ta zaś  partyzantka była śmiertelnym wrogiem sprawy polskiej wolności i toczyła w rejonie Puszczy Nalibockiej walki z oddziałami Armii Krajowej. Zdaję sobie sprawę, że to jest bardzo wąskie spojrzenie na rzeczywistość i dlatego bez nuty złośliwości stwierdzam, że nie dziwię się temu, że film Opór w żaden sposób nawet go nie odnotowuje. Tak czy inaczej Hollywood wyszedł  tym filmem naprzeciw zapotrzebowaniu na heroiczną partyzantkę żydowską, a że mocno skorygowano w tym celu  fakty, to wielkiego znaczenia  przecież nie ma. Kogo one dzisiaj interesują? Nielicznych. W każdym razie mit założycielski powstał. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ uważam, że najnowszy film pani Agnieszki Holland  do tego mitu w ciekawy sposób nawiązuje i zapewne będzie jego skutecznym utrwalaczem, zwłaszcza dla publiki amerykańskiej. Otóż jeden z żydowskich  podopiecznych Sochy  od pierwszych scen filmu wyróżnia się ogromną odwagą, wręcz brawurą. Jest tak szalenie odważny, że decyduje się, z miłości do kobiety, na wyjście  z kryjówki w kanałach w celu przedostania się na teren  niemieckiego obozu dla Żydów  przy Janowskiej i  wyprowadzenia  z jego piekła siostry obiektu swych uczuć. Filmowe sekwencje przedostania się  przezeń do obozu, słabo przystające do realiów, powinny nasunąć co niektórym z nas skojarzenie z  postacią  pewnego polskiego rotmistrza, ochotnika do Auschwitz. Tego bohatera filmu W ciemności, Żyda z Drezna, gra aktor niemiecki Benno Fürmann – przystojny, ciemny blondyn o niebieskich oczach. Mocno podobny do Daniela Craiga- gwiazdora kina światowego, który wcielił się w agenta Jamesa Bonda w filmie Casino Royale i .... Tewjego Bielskiego w filmie Opór. Męski typ. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dobór aktora odtwarzającego w dziele pani Agnieszki Holland rolę herosa żydowskiego z lwowskich kanałów był obliczony właśnie na  skojarzenie tej postaci z mitem stworzonym filmem Opór. Taki zabieg może mieć dla sukcesu filmu W ciemności na rynku amerykańskim i zdobycia uznania członków Akademii Filmowej niebagatelne znaczenie.

Jest w filmie pani Agnieszki Holland scena, w której ów heros zabija z pomocą Sochy żandarma niemieckiego. Zanim Niemiec zginie, na widok przejawiającego wobec niego wrogie zamiary człowieka z opaską z Gwiazdą Dawida na ręku, mając nadzieję na  przywołanie swych kamratów, krzyczy: partyzant żydowski! Przypomnijmy dla porządku, że rzecz dzieje się we Lwowie, a przywołana scena filmu rozgrywa się  w zimowej aurze  przełomu 1943/1944 roku. Mnie się zdaje, że ponieważ ten  żandarm niemiecki siłą rzeczy nie mógł obejrzeć filmu Opór, to raczej do głowy by mu nie przyszło, aby swego przeciwnika zakwalifikować jako partyzanta żydowskiego. Jeżeli już jego  paniczne myśli w sytuacji zagrożenia życia miałyby pobiec w kierunku oddziałów leśnych, to miał prawo obawiać się raczej partyzanta polskiego z Armii Krajowej, partyzanta ukraińskiego z Ukraińskiej Powstańczej Armii (tak, tak, pamiętajmy, choć może się nam to nie podobać, że UPA prowadziła w owym czasie  akcję antyniemiecką- co oczywiście nie zmienia w niczym faktu, że ta formacja jest winna ludobójstwa ludności polskiej Wołynia), czy wreszcie partyzanta sowieckiego. Ale partyzanta żydowskiego? Ta scena filmu, ważna dla wspomnianego mitu heroicznego, wydaje się trudna do obrony w konfrontacji  z prawdą historyczną. Ale ta ostatnia musi przegrać tam, gdzie wykuwa się czy utrwala mit.

.....ryzykowało się z nadzieją wyratowania ludzi

Zabicie żandarma niemieckiego pociąga za sobą śmierć filmowego pomocnika Leopolda Sochy, którym był w rzeczywistości Stefan Wróblewski. W obrazie pani Holland ten nasz rodak, występujący w filmie pod zmienionym imieniem Szczepek ( jak słynny lwowski baciar), nie wytrzymuje napięcia i ryzyka związanego z pomocą niesioną ukrytym w kanałach Żydom. Odmawia jej kontynuowania. Drogi  Sochy i Szczepka rozchodzą się. Gdy po raz ostatni widzimy ich żywych razem, okładają się pięściami. Powodem bójki są przede wszystkim różnice zdań co do dalszej pomocy  Żydom. Wróblewski, filmowy Szczepek, pojawia się na ekranie jeszcze tylko raz. A dokładnie pojawia się jego ciało. Dynda ono na szubienicy obok  ciał innych  ludzi powieszonych przez Niemców w publicznej egzekucji w zemście za  zabicie żandarma niemieckiego przez drezdeńskiego Żyda i Sochę. W rzeczywistości Stefan Wróblewski ani nie zginął, ani zaprzestał niesienia pomocy Żydom. Pomagał im wspólnie z Leopoldem Sochą aż do końca ich koszmaru, czyli do momentu wejścia Sowietów do Lwowa w lipcu 1944 r. Wkrótce potem został przez Sowietów wywieziony na wschód. Trafił do kopalni węgla w Donbasie. Wrócił stamtąd, skrajnie wyczerpany, w końcu 1945 r. W połowie 1946 r., jako wygnaniec z Lwowa, jak Leopold Socha,  zamieszkał w Gliwicach. Trafił tam już po śmierci Sochy. Dożył  1984 roku. Na trzy lata przed śmiercią podyktował córce krótkie wspomnienia. Zawierają taki oto fragment:

Ja, Wróblewski, Socha i Kowalów dostarczaliśmy codziennie żywność – była różna. Mieli oni prymus do gotowania. Trzeba było kupować paliwo i dostarczać im. Ja, Wróblewski i Socha byliśmy codziennie obładowani żywnością tak, że zwracaliśmy uwagę. Każdy gestapowiec mógł nas zatrzymać i skontrolować, co to niesiemy do kanału. Innym włazem wchodziliśmy, a innym włazem wychodziliśmy. Kowalów stał na straży i nas ochraniał. W razie niebezpieczeństwa mieliśmy umówione sygnały i tak codziennie toczyło się życie pełne niebezpieczeństwa. (…) ryzykowało się z nadzieją wyratowania ludzi.

Postać trzeciego z zaangażowanych w pomoc ukrytym w kanałach Żydom, Jerzego Kowalowa, nie pojawia się w filmie w ogóle. Pomimo że w epizodach przewijają się na ekranie dwaj jeszcze, poza Sochą  i Szczepkiem, polscy kanalarze. Jeden z nich jest dla widza postacią obojętną- Socha schodzi z nim do kanałów, ale nie ufa mu, pod jakimś pozorem odłącza się do niego, a następnie odsyła go na górę. Do swoich Żydów idzie sam. Drugiego widzimy także tylko w krótkiej, ale za to znacznie bardziej wyrazistej sekwencji, gdy wypada z kanałów na ulicę i jak opętany, jakby diabła przed chwilą zobaczył, krzyczy: Żydzi, Żydzi w kanałach! Jak widać filmowe odwzorowanie historii okazało się, przynajmniej jeśli chodzi o proporcje, odrobinę niechętne kanalarzom lwowskim. Cóż, nie ma póki co  zapotrzebowania na  filmowy fresk o heroizmie tej grupy zawodowej z dumnego miasta.

Maciej w  miejsce Judasza, czyli ewangelia w filmie W ciemności

Na koniec epizod z konotacją biblijną. Socha  wraz ze swymi dwoma towarzyszami roztoczył opiekę nad grupą dwudziestu jeden Żydów. Jest rzeczą bardzo ciekawą w jaki sposób trójka bohaterów radziła sobie z organizacją aprowizacji dla takiej gromady ludzi. Musieli być niezwykle ostrożni i przemyślni przy stworzeniu i przestrzeganiu systemu pozyskiwania i dostarczania żywności do kanałów. Tego wątku, niezwykle przecież ważnego dla  całej tej  historii, gdyby mieć na względzie prawdę życia, film jednak  praktycznie nie dotyka. Cóż, takie jest prawo twórców.  Faktografia  jest  dla nich najczęściej tylko mało zobowiązującą kanwą narracji. Odnotujmy zatem dla porządku, że liczba podopiecznych Sochy została w filmie zmniejszona do jedenastu, co oczywiście również można zrozumieć względami artystycznymi czy produkcyjnymi. Choć z drugiej strony dla oceny filmu, którego ważną wizytówką jest, że opowiada prawdziwą historię, nie są to chyba rzeczy zupełnie bez znaczenia. Ale dzięki takiemu zabiegowi filmowa scena ustalenia liczby Żydów, którym dzielny kanalarz decyduje się  pomagać, ma silne odwołanie biblijne. Jesteśmy w niej świadkiem  sporu pomiędzy Sochą a grupą Żydów. Bohater filmu godzi się wziąć pod opiekę  tylko jedenaście osób. Jest usilnie namawiany, aby przystał na rozszerzenie grupy o jedną jeszcze osobę, do dwunastu osób. Pada argument, że będzie ich wtedy tylu, ilu było apostołów. Na to Socha obrusza się i w sposób niewybredny oznajmia, że nie ma mowy; stwierdza, mniej więcej, wy –Żydzi nie wiecie, ale był wśród apostołów zdrajca, Judasz, zatem prawdziwych było tylko jedenastu i  tyle osób  chce wziąć pod opiekę. Wtedy jeden z Żydów przemawia do Sochy łagodnym, nieco kaznodziejskim tonem: zawsze było ich dwunastu, na miejsce Judasza przyjęli Macieja. Prawda, że ładne? Prosty kanalarz nie miał szans w wymianie argumentów przy odwołaniu się swojego dyskutanta do znajomości Świętej Księgi chrześcijan. Tylko po co taki zabieg, skoro Socha  i jego dwaj koledzy zgodzili się  wziąć  pod opiekę  dwudziestu  jeden Żydów?

O strachu i  miłosierdziu

Jeszcze jeden fragment wspomnień Wróblewskiego jest wart przywołania i namysłu:

Jak Socha i Kowalów przeżywali to w domu, nie wiem. Ja, Wróblewski przychodziłem do domu i po całych nocach siedziałem w oknie i myślałem, żeby gestapo ich nie wykryło, i czy nie zapukają do domu, bo można było się wszystkiego spodziewać. Żona z dzieckiem śpi, a ja czuwam.

Mnie się zdaje, że jeśli szukać gdzieś motywacji i źródła siły Sochy, Wróblewskiego i Kowalowa do narażania życia swego i ich rodzin dla ratowania grupy obcych im  ludzi, Żydów, to można odnaleźć je tylko w silnym katolicyzmie całej trójki i ich najbliższych. W tym wyśmiewanym, ludowym katolicyzmie, nie wiedzącym, że Judasza zastąpił Maciej, natomiast doskonale pamiętającym, że to Żydzi ukrzyżowali Chrystusa, ale jednocześnie nie chcącym pamiętać, że ukrzyżowany też był Żydem. To właśnie dzięki  mocy sprawczej tej wiary, twórcy W ciemności mieli tworzywo faktograficzne dla swego filmu. Sądzę, że trzeba o tym głośno mówić, to znaczy przypominać Polsce i światu, że przy wszystkich ludzkich ułomnościach trójki kanalarzy z dumnego miasta, z Lwowa, taki właśnie, nie inny fundament duchowy- ludowy katolicyzm- dał im siłę do czynów tak wielkich, jakie były ich udziałem wobec grupy Żydów podczas okupacji niemieckiej, czynów będących przecież niczym innym jak materializacją  ludzkiego, czy  może raczej  nieludzkiego miłosierdzia najwyższej próby.