Premier Donald Tusk dostał siarczystego klapsa od swojej niemieckiej przyjaciółki Angeli Merkel i w efekcie nie zasiadł przy wspólnym europejskim stole. Ostatnia wersja paktu fiskalnego, coraz częściej określanego mianem traktatu, tworzy wyraźny podział między państwami strefy euro i całą resztą.

Premier uwierzył, że Warszawa może grać w jednej drużynie z Berlinem i Paryżem. Nie wyciągnął absolutnie żadnych wniosków z równie nieudanej próby współpracy z Moskwą, zakończonej sromotną klęską osobistą Tuska i wielkim upokorzeniem państwa.

Strategia europejskiego prymusa nie przyniosła oczekiwanych skutków. Donald Tusk, trawestując jego młodszego klona, Sławomira Nowaka, zachowywał się jak osiołek z filmu Shrek, który skakał i wołał:

Ja! Ja! Weź mnie! Weź mnie!

Ta - w mniemaniu jej twórców - zmyślna taktyka negocjacyjna została potraktowana przez przywódców Niemiec i Francji tak, jak na to zasługiwała. Polski premier pokazał przy okazji katastrofy smoleńskiej, że można z nim zrobić wszystko, a po nim to i tak spłynie.

Teraz otoczenie premiera wpadło na równie genialny pomysł stworzenia aliansu Warszawy z Rzymem, który rzekomo ma być uzupełnieniem osi Berlin-Paryż w wykuwaniu przyszłego kształtu Unii Europejskiej. Donald Tusk udał się zatem do stolicy Włoch i odbył "przełomowe" spotkanie z nowym premierem Mario Montim.

Jak podał PAP:

Po trwającym ponad godzinę spotkaniu z szefem włoskiego rządu Mario Montim Tusk zapewnił, że polsko-włoska przyjaźń nie jest politycznym sloganem, ale rzeczywistością.

Prof. Mario Monti był bardziej powściągliwy w podsumowaniu tego spotkania. Wypowiedział parę sloganów o współpracy w dążeniu do zachowania jedności europejskiej i pochwalił Polskę za "godny podziwu postęp gospodarczy".

Ale w Polsce przekaziory - jak zwykle niezawodnie - wyczują  jak sprawę należy komentować i oto będziemy świadkami historycznych narodzin osi Warszawa-Rzym.

I pomyśleć, że jeszcze parę dni temu ten sam premier mówił:

Trudno, nie wszystko można wygrać. Udało nam się wygrywać różne rzeczy, czasami przegrywamy i nie jesteśmy w Unii wszechmocni, delikatnie mówiąc.

Tę chwilę słabości trzeba było czymś przykryć. Stąd pomysł osi Warszawa-Rzym. Koncept równie dęty, jak wielkie polsko-rosyjskie pojednanie i biesiadowanie przy wspólnym europejskim stole z Berlinem i Paryżem. I tylko Polski żal.