Faszysta Orban. "Węgry są jednym z nielicznych krajów, w których do siły zaczyna powracać chrześcijaństwo"

PAP/EPA
PAP/EPA

Michał Szpądrowski

Do napisania artykułu ponagliło mnie wczorajsze wieczorne wydanie „Info Dziennika”. Otóż nagle trójka dziennikarzy wzięła się za mocną obronę demokracji na Węgrzech. Sformułowania typu „zawłaszczenie państwa”, „prywatny folwark Orbana” padały co chwilę. System który obecnie panuje na Węgrzech, nazwano autorytaryzmem i płakano nad tym, że zdelegalizowano węgierską Partię Socjalistyczną.  Jako że niedawno duża część Polaków miała nadzieję na Budapeszt nad Wisłą, chyba warto by się zastanowić jakie nowe miasto budujemy między Bugiem a Odrą.

Jak niektórzy zapewne wiedzą, od 2012 roku obowiązuje na Węgrzech nowa ustawa zasadnicza. Oprócz zmiany nazwy z Republiki Węgierskiej na Węgry, kilku kosmetycznych poprawek, za najważniejszy punkt uznawane jest uczynienie z Partii Socjalistycznej „organizacji przestępczej”.  Nie wiem czy atakiem na demokrację jest uznanie partii zapewniającej ciągłość wpływów sowieckich na terenie niepodległego państwa, nie rozumiem też, czemu z obalonego rządu pełnego korupcji i cwaniactwa zrobiono teraz męczenników walki o zdrowy system. Moim skromnym zdaniem komuś się w głowach poprzewracało. Szokuje widok płaczącego po angielsku przed polskimi kamerami eks-premiera Gyurcsány’ego, który niedawno przyznał się, że mówiąc lekko schrzanił sprawę i rozkradł majątek Węgier, teraz stoi i mówi o faszystowsko-autorytarnych zapędach Viktora O. - bo pewnie tak niedługo będzie podpisywany  węgierski premier w telewizji.

Zmasowany atak mediów zachodu, a teraz i postępowej IV władzy RP, daje mocno do myślenia. Czy obawiają się może powrotu do Europy autorytaryzmów jaka istniała w XX-leciu międzywojennym? Warto zwrócić uwagę, że jeszcze jako tako trzymają się na nogach kraje w których jest silny ośrodek władzy wykonawczej. Semi-prezydencka Francja i kanclerskie RFN, to kraje które nie zbudowałyby swojej pozycji bez silnej władzy w rękach prezydenta/kanclerza. Nikt nie zakwestionuje ich przywództwa w UE, tak samo jak nikt nie zakwestionuje mocarstwowej pozycji USA, Federacji Rosyjskiej i coraz potężniejszej Chińskiej Republiki Ludowej.

Czy Orban jako człowiek kierujący się interesem swojego narodu, nie ma prawa do budowania silnej władzy z którą trzeba będzie się liczyć na arenie międzynarodowej? Czy nie jest normalnym proceder, w którym wymazujemy spuściznę komunistycznego totalitaryzmu? Europa powinna się cieszyć, że powracają czasy silnych przywódców na ciężkie czasy. Ich działania dążące do poprawy krytycznej sytuacji finansów publicznych powinny spotykać się z poklaskiem, o ile nie działają według przepisu na kryzysową rybę po grecku czyli systemu kup rybę na kredyt, kredyt każ spłacić Wspólnocie. Szczególnie, że rząd Viktora Orbana pomimo spadku popularności dalej cieszy się dużym poparciem.

Wygrana węgierskiej centro-prawicy wzmocniła wewnętrzną więź w narodzie, przywróciła poczucie dumy. Węgry są jednym z nielicznych krajów w których do siły zaczyna powracać chrześcijaństwo, które stało się ważnym czynnikiem w walce z postkomunistycznym systemem. Jednak jak widać, za rozliczenia  z przeszłością, reformy rozdmuchanych socjalnie systemów rentowych, emerytalnych oraz samorządu, można dostać śmieciowy ranking. Trzeba przyznać, że zagranie na zamrożenie kursu forinta było niezbyt wolnorynkowe i spowodowało straty banków głównie austriackich, jednak czy rankingi ekonomiczne mają być narzędziem odwetu politycznego, a media psem wypuszczanym na kraje które chcą mieć własną tożsamość a przy okazji otrząsnąć się z błędów poprzedników?

Według mnie nie tędy droga, jeśli Europa nie chce oglądać nowego Chamberlaina z nic nie wartym kwitem pokoju/stabilizacji, to przyszedł czas na przywódców którzy uspokoją swoje rozgrzane kryzysem narody, postawią je na nogi, nie ma czasu na kolejne pakty monachijskie ani na żaden gospodarczy Anschluss.

za: warszawskipis.pl

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...