Bestie. Nieukarani mordercy Polaków

Reporterskie śledztwo o ludziach, którzy w czasach komunizmu mordowali polskich patriotów, za co nigdy nie zostali ukarani – właśnie ukazała się książka Tadeusza M. Płużańskiego

Praca Tadeusza Płużańskiego jest gigantycznym kompendium wiedzy o terrorze komunistycznym w latach powojennych, o próbach oddania sądowej sprawiedliwości oprawcom po 1989 roku, oraz o trudnej drodze prawdy o tamtych czasach do szerszej świadomości Polaków w III RP - pisze we wstępie do książki „Bestie. Mordercy Polaków” Jerzy Zalewski, reżyser, producent filmowy, autor m. in. filmów "Obywatel poeta" (o Zbigniewie Herbercie), "Tata Kazika" (o Stanisławie Staszewskim), czy ostatnio "Elegia na śmierć "Roja" (o żołnierzu wyklętym Mieczysławie Dziemieszkiewiczu).

Sprawiedliwości wymierzyć się nie udało

W 1992 roku Zalewski nakręcił dokument "Szpiedzy. Świadkowie historii", w którym opowiedział o czterech bohaterach skazanych przez komunistów na karę śmierci: Jerzym Pawłowskim, Józefie Szaniawskim, Zdzisławie Najderze i Tadeuszu Płużańskim. Dziś recenzuje książkę syna "szpiega" - Tadeusza M. Płużańskiego: - Zastanawiać może tytuł książki – „Bestie. Mordercy Polaków” - jednoznaczny i „prosto z mostu”. Jakże jednak nie eksponować tej jednoznacznej oceny, skoro na przykład jeszcze w 1999 roku prezydent Kwaśniewski odznaczył Supruniuka, kata Rzeszowszczyzny, Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, a w roku 2003 Krzyżem Oficerskim tego orderu jeszcze innego komunistycznego oprawcę? Jak widać w III RP odróżnienie kata od osoby zasłużonej dla Polski nie jest wcale oczywiste - pisze dalej w swojej recenzji Zalewski. - Kolejne rozdziały książki zbudowane są najczęściej wokół postaci najbardziej „zasłużonych” utrwalaczy władzy ludowej. To oficerowie śledczy UB, sędziowie wydający wyroki śmierci, prokuratorzy. Autor, jak pisze we wstępie, nie przedstawia ich portretów, by ich „zrozumieć”, czy przeniknąć ich motywy, gdyż to prawo oprawcom nie przysługuje. Po prostu wymierza im historyczną sprawiedliwość, bo sprawiedliwości sądowej, z powodu śmierci winowajców lub opieszałego działania sądów III RP wymierzyć się w większości nie udało. Ale i przeprowadzone do końca procesy rzetelnie opisuje.

Walka o historyczną świadomość

Zalewski zauważa, że takich sylwetek jest w książce kilkadziesiąt – od znanych, jak Wolińska, Brystygier, Umer czy Michnik do bardziej anonimowych, ale jakże pilnych i wydajnych pracowników komunistycznego aparatu terroru policyjnego i sądowego. Niektórzy z sędziów mają na koncie po kilkadziesiąt wydanych wyroków śmierci, a „przodownik pracy”, sędzia Widaj, ponad 100 (skazał m. in. „Łupaszkę”, Skalskiego i bp. Kaczmarka). Są też rozdziały poświęcone losom ich ofiar – sprawie rtm. Pileckiego (szczególnie bliskiej Autorowi, jako że skazany na karę śmierci został także jego ojciec), Pużaka, Gen. Nila-Fieldorfa, czy Kopaczewskich – ojca i syna.

Jerzy Zalewski podkreśla, że książka Płużańskiego jest kopalnią wiedzy o czasach stalinowskiego terroru, a mnogość postaci pozwala poczuć skalę opisywanych zjawisk. Frapujące są też informacje o post-stalinowskich dziejach bohaterów negatywnych czy ich dzieci, np. karierze pisarskiej stalinowskiego prokuratora Zbigniewa Domino (innych „bohaterów” czekała najczęściej kariera dyplomatyczna albo naukowa), czy zatajeniu przez euro-posłankę Hübner „zasług” ojca w UB w Nisku, gdzie był prawą ręką wspomnianego Supruniuka.

Zalewski zwraca uwagę na jeszcze jeden walor "Bestii": - Z książki wyłania się obraz współczesnej walki o świadomość historyczną Polaków. Krytykowane przez Autora relatywizowanie moralne historii i zamazywanie granicy między katem i ofiarą jest wciąż dość powszechne, np. w wielu komentarzach „Gazety Wyborczej”, „Polityki”, czy w niektórych programach telewizyjnych (Autor krytykuje np. sztukę Bugajskiego o rtm. Pileckim, natomiast film Agnieszki Arnold o Rajmundzie Rajsie potępia). A fakt wydania polskiego tłumaczenia książki wspomnieniowej niejakiego Bleichmana, podczas wojny członka żydowsko-komunistycznej bandy rabunkowej, który opisuje AK jako jeszcze bardziej antysemicką od Niemców, może tylko oburzać. Oburza też nieskrępowana działalność niektórych z oprawców w postkomunistycznych organizacjach kombatanckich (najczęściej jako partyzantów Armii Ludowej).

Nie jestem ani sędzią, ani prokuratorem

Oddajmy teraz głos autorowi Tadeuszowi M. Płużańskiemu: - Książka, którą oddaję w Państwa ręce ma charakter szczególny. To wynik kilkunastoletniego, prywatnego śledztwa dziennikarsko-historycznego, jakie prowadziłem poszukując bestii – tych, którzy w czasach komunistycznych, a szczególnie stalinowskich – czasach pogardy – mordowali Polaków. Niektórym znajomym wydaje się, że to moja osobista wojna, a nawet zemsta. Odpowiadam wówczas: co prawda mój Ojciec – Tadeusz Płużański siedział 9 lat – do 1956 roku, w areszcie śledczym przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, a potem we Wronkach skazany w procesie „grupy szpiegowskiej Pileckiego” (73 dni w celi śmierci) i z wieloma opisanymi tu oprawcami miał do czynienia, jednak nie o zemstę tu chodzi. A mścić mógłbym się również za siebie, bo wielokrotnie przy odsłanianiu tych wciąż mało znanych kart przeszłości spotykałem się z nieprzyjemnościami, a nawet pogróżkami. Ale żeby się mścić, trzeba mieć odpowiednie predyspozycje natury wewnętrznej, jak również konkretne środki realizacji. A ja nie jestem ani sędzią, ani prokuratorem, ani śledczym. Moim celem nie było przesłuchanie tych typków, poznanie ich motywów działania, rozterek, co w Polsce cały czas jest mile widziane. Mój cel to lepsze poznanie tamtych dni i przybliżenie ich Czytelnikowi. Nie wieszanie komunistów i ich popleczników, ale historyczna prawda.

Oprawcy żyją obok nas

Płużański nie ukrywa, że bestie powinny ponieść zasłużoną karę. Podkreśla jednak, że w większości przypadków nie będzie to już możliwe. Mordercy zmarli, kilku nawet w ostatnich miesiącach. Zmarli, nie będąc na ogół „nękani” przez wymiar sprawiedliwości III RP. Ale niektórzy żyją nadal, żyją obok nas, chodzą na zakupy, na pocztę. I mają kilkakrotnie wyższe emerytury od zwykłych śmiertelników. Narracja historyczna zakłada jednak co innego - pisze autor "Bestii" - dotarcie do tych spraw, odnalezienie świadków zbrodni. Bo to im powinno się oddać głos, a nie ich prześladowcom. Ktoś spyta – a właściwie dlaczego?

Płużański przytacza słowa swojego śp. Ojca, który w latach 90. nie zgodził się na bycie świadkiem w procesie „znajomego” z Mokotowa Adama Humera: - Ja też wówczas zadałem pytanie – dlaczego? Tak mi to wytłumaczył: „W latach 70. zobaczyłem na Nowym Świecie swojego śledczego Eugeniusza Chimczaka [żyje sobie spokojnie do dziś w centrum Warszawy]. Mogłem mu tylko napluć w twarz, ale tego nie zrobiłem. Teraz miałbym go znowu oglądać? Podczas procesu

ofiary musiały się tłumaczyć, przekonywać, że były bite”. Dziś Płużański junior uczestniczy jako dziennikarz w procesie innego stalinowskiego kata – Jerzego Kędziory. I rzeczywiście, sadysta kłamie jak najęty, a ofiary muszą się tłumaczyć, przekonywać sąd…

Tragiczne dzieje rzutują na naszą współczesność

Kolejny recenzent Adam Cyra, starszy kustosz Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, autor m. in. książki: "Ochotnik do Auschwitz. Witold Pilecki 1901-1948" napisał: - W latach 1944-1956 stracono w Polsce kilka tysięcy osób należących do antykomunistycznych organizacji niepodległościowych. Ofiarami tych zbrodni byli także dawni więźniowie KL Auschwitz, w tym rtm. Witold Pilecki, twórca konspiracji wojskowej w tym największym niemieckim obozie, zaliczany przez historyków do sześciu najodważniejszych ludzi europejskiego ruchu oporu. Sylwetki oprawców i katów „komunistycznego wymiaru sprawiedliwości”, nazywając ich bez osłonek bestiami, w sposób przejmujący i wielopłaszczyznowy przedstawia Autor tej książki, zmuszając Czytelnika do zadumy i zastanowienia się nad skomplikowanymi losami powojennej Polski, której tragiczne dzieje do dzisiaj rzutują na naszą współczesność.

Ożyły miejsca, osoby, wydarzenia

- Wziąłem do ręki tekst Tadeusza. Przeczytałem spis treści, a później kilka rozdziałów. I wróciło. A wydawało się, że upływ czasu liczony na dziesięciolecia oczyścił pamięć. Nieprawda! Ożyły miejsca, osoby, wydarzenia - napisał Stanisław Oleksiak, w czasie wojny żołnierz AK, po "wyzwoleniu" uczestnik II konspiracji niepodległościowej, dziś prezes Zarządu Głównego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. - Ożyły momenty także strachu – bo to ludzkie przecież doznanie. Instynktowna chęć skurczenia się, oczekiwania na ciosy i wyzwalający krzyk! Pozbywanie się resztek zębów, które przeszkadzały w bolejącej szczęce. Smak połykanej krwi. I słowa, z różnym pogłosem docierające do uszu. I dłonie Zielińskiego, śledczego, potężne jak bochny chleba. Wróciły skryte w zakątkach pamięci postacie – różne. Także takie, które powinny zostać w niej na stałe, zawsze. I one wróciły najbardziej wyraziste. Bo były wzorem, pokrzepieniem. I pamięć strażniczki na 10-tce, która dyskretnie podała mi nici i igłę, bo wiedziała, że są potrzebne. To pozwalało przetrwać. I podłość strażnika z „gulą na twarzy” w 2-gim pawilonie wronkowskiego więzienia, który pod pozorem „brudno tu” kazał kalifaktorowi lać wodę na próg mojej pojedynki i wrzucał w nią pościel. A najbardziej wzruszające to wspomnienia rzadkich „widzeń” z Matką. Prawie bez słów.

Słabość - najstraszniejsza cecha charakteru

Stanisław Oleksiak kończy swoją recenzję: - Książka Tadeusza M. Płużańskiego, syna kolegi ze wspólnej celi mokotowskiego więzienia nie tylko służy wspomnieniom. To jest udziałem już stosunkowo niewielkiego grona osób. Znaczeniem jej jest – jak sądzę – wprowadzenie do pamięci naszej, pamięci historycznej pokoleń, koniecznej prawdy o systemie, który ogromne, nieodwracalne szkody przyniósł naszej Ojczyźnie. O tym należy pamiętać. A Jerzy Zalewski zachęca: – „Bestie – mordercy Polaków” powinien poznać każdy Polak interesujący się historią najnowszą.

Autorski wstęp Tadeusza M. Płużańskiego zamykają słowa: - Ojciec nie chciał zbyt dużo opowiadać o tamtych czasach, to było dla niego zbyt bolesne, ale jedna sentencja zapadła mi głęboko w pamięć: „Słabość moralna i polityczna tych ludzi czyniła z nich po prostu szmaty, którymi można było wytrzeć każdą podłogę, nawet najbrudniejszą. Słabość jest najstraszniejszą cechą charakteru. Ludzie słabi są zdolni do każdej zbrodni”. Ojcu właśnie tę książkę pragnę poświęcić. Państwu pozostawiam ocenę - wyrok ziemski, a Bogu ostateczny.

 

FRAGMENT KSIĄŻKI:

 

Danuta Hübner wyparła się ojca?

 

Jaka jest prawdziwa historia eurokomisarz Danuty Hübner i jej rodziny? Tych informacji nie znajdziesz, Czytelniku, w wysokonakładowych i wysokooglądalnych, postępowych mediach. Dodatkowo, każda – nawet drobna - wzmianka mogąca przybliżyć nas do prawdy, jest skutecznie blokowana, a nawet usuwana.

Rodzina Młynarskich pochodzi z okolic Niska - powiatowego miasteczka na Podkarpaciu, położonego nad Sanem. Tu, 8 kwietnia 1948 r., przyszła na świat Danuta Młynarska. Jej dziadek od dwóch lat już nie żył. Przyznać trzeba, że Józef Młynarski (rocznik 1897), przed większość swojego życia nie miał ciągotek komunistycznych, a przynajmniej historii nic o tym nie wiadomo. W latach 1917 - 1920 służył jako ochotnik w Wojsku Polskim, by w II Rzeczypospolitej zatrudnić się w policji - pracował m.in. w Wydziale Śledczym w Równem i w Kowlu. Ten kancelista z zawodu (edukację zakończył na IV klasie gimnazjum) do komunistów przystał 1 października 1944 r., wstępując do bezpieki, a konkretnie do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nisku. Szybko awansował. Już półtora miesiąca później był kierownikiem tamtejszej Sekcji Śledczej.

Przełożonym Józefa Młynarskiego w niżańskiej bezpiece był nie kto inny jak słynny kat Polaków - Stanisław Supruniuk.

AK-owiec Skarbimir Socha: - Nade mną znęcał się Supruniuk, ale moich kolegów brał w obroty Młynarski. Zapamiętali go jak najgorzej.

Błyskotliwą karierę Józefa Młynarskiego w niżańskim UB przerwała śmierć 5 marca 1946 r. Jego bestialstwo nigdy - rzecz jasna - nie zostało rozliczone. Jednak przykład dyspozycyjnego i okrutnego ubeka nie poszedł na marne - rodzinną tradycję kontynuował syn.

Ryszard Młynarski (rocznik 1923 r.), po ukończeniu gimnazjum w Kowlu, w czasie wojny - od 1940 do 1943 r. - pracował w tartaku w Zarzeczu, a następnie w Zarządzie Drogowym w Nisku. We wrześniu 1944 r. wstąpił do Milicji Obywatelskiej. Z jej ramienia organizował posterunek MO w Pysznicy koło Niska. Następnie, przez prawie rok - od listopada 1944 r. służył w LWP. W lipcu 1945 r. Ryszard Młynarski trafił pod skrzydła ojca, zatrudniając się jako „oficer” śledczy PUBP w Nisku. W lipcu 1946 r., czyli już po śmierci Józefa Młynarskiego, przejął obowiązki szefa niżańskiego UB, zastępując przeniesionego do PUBP w Krośnie Stanisława Supruniuka. Po latach jego córka - Danuta Młynarska-Hübner została honorową obywatelką miasta Nisko. To właśnie wówczas, kiedy była szefową kancelarii Aleksandra Kwaśniewskiego, prezydenccy urzędnicy przygotowywali wniosek o przyznanie Supruniukowi Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski. Niewiele brakowało, aby dawnego przełożonego swojego dziadka i ojca spotkała podczas uroczystości odznaczenia w Pałacu Prezydenckim w czerwcu 1999 r. Wtedy pracowała już jednak w biurze ONZ w Genewie.

Po rocznym kierowaniu PUBP w Nisku, w październiku 1947 r. Ryszard Młynarski został przeniesiony do PUBP w niedalekim Jarosławiu, też na stanowisko „oficera” śledczego. Z niewiadomych powodów nie dostał jednak awansu i - w maju 1948 r. - zrezygnował ze „służby”. Dwa miesiące wcześniej urodziła się córka Danuta. Być może ten właśnie fakt - a nie względy ambicjonalne, jak utrzymują niektórzy - był powodem jego odejścia z bezpieki? Tak, czy inaczej rodzina przeniosła się do Warszawy - Ryszard Młynarski do dziś mieszka na Służewcu.

Profesor Haraschin donosi…

Jako stalinowski sędzia wydał co najmniej 60 wyroków śmierci. W tym czasie donosił na swoich kolegów-sędziów Informacji Wojskowej, której był agentem. Na początku lat 60., aresztowany i skazany za pospolite przestępstwa, też donosił, tym razem na współwięźniów w celi. Od początku lat 50., związany ze środowiskiem krakowskich intelektualistów, był dla bezpieki jednym z najcenniejszych źródeł informacji o Kościele. Jako TW „Karol” donosił na Karola Wojtyłę, nawet po wyborze go na papieża. Julian Polan-Haraschin ze spec-służbami PRL współpracował, z przerwami, przez 35 lat, aż do swojej śmierci w 1984 r.

To, że stalinowski sędzia był jednocześnie łapówkarzem, nie dziwi. Czytelnik może natomiast zapytać - co mógł mieć wspólnego z uniwersyteckimi dyplomami? Otóż Haraschin - przedwojenny absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim (1936 r.), w PRL został „naukowcem” – w cudzysłowie, ponieważ jego dorobek jest mizerny, a uniwersytecką karierę robił głównie dzięki znajomościom, przekrętom i kłamstwom. I tak, w 1950 r. obronił doktorat, by pięć lat później osiągnąć szczyt swoich „naukowych” możliwości - zostać kierownikiem zaocznego studium na wydziale prawa UJ - kierował nim do 1962 r. Właśnie wtedy otrzymał tytuł docenta, a SB oskarżyła go o przyjmowanie łapówek za zaliczanie zajęć, a nawet wystawianie dyplomów ukończenia studiów. Pieniądze tak kochał, że brał je od wszystkich: „zwykłych” studentów, ale także od swoich kolegów partyjnych, ubeków i milicjantów, załatwiając im tytuły magistrów prawa. Za ogromne sumy „ratował” też ludzi przed więzieniem, albo wysokim wyrokiem. Haków na Haraschina bezpieka miała więcej, m.in. szydzenie z partii i jej przedstawicieli (wroga propaganda), czy wystawny i hulaszczy styl życia.

Stalinowski sędzia, profesor wyższej uczelni, łapówkarz. To jeszcze nie wszystkie twarze Haraschina, człowieka, który zawsze chciał być na świeczniku. Wszystko, co robił było podporządkowane karierze, sławie i pieniądzom. (…)

W maju 1981 r. funkcjonariusz bezpieki zanotował: „TW ps. „Karol” jest w pełni dyspozycyjną jednostką, przekazującą informacje przedstawiające szczególną wartość operacyjną”. Za kapowanie „Karol” dostawał miesięcznie 5, a czasem nawet 10 tys. zł (pensje wynosiły wówczas ok. 1,5 tys. zł.). (…)

Julian Polan-Haraschin donosił bezpiece również na krakowskich intelektualistów i pracowników Radia Wolna Europa. Zostawił po sobie potężną spuściznę. Sam okres kapowania na kurię krakowską mieści się w 12 tomach, na 4 tys. stron.

Bronili, aby oskarżać

Wielu wziętych adwokatów służyło po wojnie komunistom

Gdy jeden z sądzonych dowódców AK powiedział Mieczysławowi Maślance, że przyjęty sposób obrony godzi w jego honor, mecenas odpowiedział, że „ten towar nie jest już obecnie w obiegu”. Miał opinię, że interesuje się tylko tymi klientami, których rodziny mogą dobrze zapłacić. Mimo, iż wielu z nich zostało skazanych i straconych, czasem odmawiał podjęcia się obrony, bo - jak kiedyś oświadczył - "nie lubi chodzić na pogrzeby". Tylko skąd wiedział, jaki w danej sprawie zapadnie wyrok?

W procesach politycznych stalinizmu wyroki nie zapadały na sali sądowej, ale w zaciszu gabinetów. Bezpiece służyli nie tylko sędziowie i prokuratorzy, ale również adwokaci. To, jak się zachowywali i co mówili, było parodią obrony. Charakterystyczne, że w sprawach, uznanych przez komunistów za szczególnie ważne, pojawiały się te same nazwiska - przede wszystkim Mieczysława (Mojżesza) Maślanki i Edwarda Rettingera. (…)

Adwokat Alicja Pintarowa w „szpiegowskiej” sprawie Witolda Pileckiego broniła Marię Szelągowską (szpiegowała, bo była kochanką rotmistrza; podobną linię obrony wobec podejrzanych politycznie kobiet stosowali też inni, również Maślanko) i mojego ojca Tadeusza Płużańskiego (wróg, ale jest młody i miał zasługi w czasie wojny). Pintarowa przyznawała otwarcie, że jedyną szansą dla oskarżonych jest współpraca z władzami, a ona sama wykonuje tylko instrukcje bezpieki. Szelągowska i Płużański zostali skazani na karę śmierci, zamienioną potem na dożywocie. Wyroki wydał wcześniej dyrektor departamentu śledczego MBP Jacek Różański (Józef Goldberg). Mimo, iż Pintarowa świetnie o tym wiedziała, kilka lat temu miała czelność zeznawać podczas przesłuchania w Instytucie Pamięci Narodowej: "Proces ten z punktu widzenia formalnego był bez zarzutu, sędziowie, prokurator zachowywali się w porządku, nie było żadnych ostrych słów, czy wycieczek pod adresem moich klientów". Wkrótce pani mecenas zmarła. Do ewidentnego udziału w mordzie sądowym na rotmistrzu Pileckim oczywiście się nie przyznała. Ale też nie musiała, bo zeznawała jako... świadek. (…)

"Różański postawił sprawę jasno: obowiązkiem rady obrońców [której przewodniczył Maślanko - TMP] jest gromadzenie dowodów przeciw oskarżonym. Sędziowie, chcąc stanąć po właściwej stronie tajnej policji politycznej, dzwonili do Różańskiego z pytaniem, jaki wyrok sugerowałby, będąc na ich miejscu. Różański odpowiadał lakonicznie: »pięć... dziesięć lat... dożywocie... kara śmierci«".

Nieoceniony Janusz Szpotański, który kolaborację z komunizmem uważał za zdradę, napisał kiedyś o Maślance:

Jestem słynnym adwokatem,

jam palestry chluba.

Gdy masz do czynienia z katem,

to się do mnie udaj!

Brus, Jóźwiak, Wolińska

Kilka lat temu uczczono - oczywiście w „Gazecie Wyborczej” - 80-lecie Włodzimierza Brusa, wybitnego przedstawiciela środowiska rewizjonistów i „odważnego ekonomisty”. Prezes Fundacji Batorego Aleksander Smolar, wymieniając zasługi profesora, napisał wówczas: „jaka szkoda, że nie ma go tutaj”. Przede wszystkim szkoda, że do Polski nie wróciła przed oblicze Temidy jego żona.

Kiedy wybuchła sprawa działalności Wolińskiej w stalinowskim aparacie represji, zadzwoniłem do oksfordzkiego mieszkania państwa Brusów. Był 11 października 1999 r. W słuchawce odezwał się męski głos:

- Czy rozmawiam z panem profesorem Brusem?

- Tak, a o co chodzi?

- O pana żonę, Helenę Wolińską-Brus. Do 15 października powinna się stawić na przesłuchanie w warszawskiej prokuraturze w sprawie bezprawnego aresztowania generała Fieldorfa.

- Żona nie będzie rozmawiała z prasą. Ja też nie.

- Dlaczego?

- Po prostu nie.

Gdzie się podziała tak wychwalana odwaga pana profesora? (…)

Włodzimierz Brus podjął pracę naukową w Instytucie Nauk Społecznych przy KC PZPR, SGPiS i na Wydziale Ekonomii Politycznej UW. Miał przyczynić się do „umocnienia pionu ideologicznego i wziąć udział w obalaniu nauki burżuazyjnej”. Robił to z powodzeniem. Wtedy z uczelni musiały odejść takie tuzy przedwojennej profesury jak Kotarbiński, Tatarkiewicz, Ossowscy.

W swoich publikacjach wychwalał „demokrację” w Związku Sowieckim, a w Polsce ekonomię marksistowsko-leninowską (przeciwną kapitalistyczno-obszarniczej) oraz jej mentorów – Bieruta i Minca, równocześnie atakując niepodległą Polskę – zgniłą i umierającą pod rządami „bezwzględnej faszystowskiej dyktatury sanacji”. W połowie lat 50. Brus zmienił front: ortodoksyjny marksista – jak wielu jemu podobnych - został rewizjonistą. (…)

Nie za sprawą Włodzimierza Brusa Helena Wolińska była w latach 1945-1955 jedną z bardziej wpływowych osób na szczytach komunistycznej władzy. Wysokie miejsce w aparacie partyjnym i państwowym zawdzięczała zażyłej znajomości z Franciszkiem Jóźwiakiem, przedwojennym działaczem WKP(b) i KPP. Jako „Lena” pracowała najpierw w jego sztabie GL i AL, potem w Milicji (Jóźwiak był twórcą i pierwszym komendantem MO) a następnie w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej (od marca 1945 do marca 1949 Jóźwiak był wiceministrem bezpieki).

Z Brusem, z którym wzięła ślub jeszcze w 1940 r., zeszła się ponownie w 1956 r., dając kosza Jóźwiakowi. Kiedy trzy lata wcześniej Wolińska aresztowała AK-owca Juliusza Sobolewskiego, jego żona Krystyna wywalczyła u Jóźwiaka złagodzenie wyroku śmierci.

Janusz Kozłowski, podkomendny Sobolewskiego: - Nie była to łaskawość czy obudzenie się sumienia Jóźwiaka. Po prostu chciał zrobić na złość kobiecie, która zrobiła dzięki niemu karierę a w końcu go zostawiła.

Wkrótce po wyjściu na wolność Sobolewski zmarł. Rentgenowskie prześwietlenia płuc, jakim go poddano na Rakowieckiej, były w praktyce wielokrotnymi naświetleniami.

Już w wolnej Polsce, kiedy organa sprawiedliwości zaczęły ścigać Helenę Wolińską - wydały nakaz jej tymczasowego aresztowania, a do władz Wielkiej Brytanii skierowały wniosek o jej ekstradycję, Krystyna Sobolewska powiedziała mi: - Dziś nie życzę Wolińskiej więzienia, kary śmierci, szubienicy. Marzę tylko o jednym - żeby została uznana za inkwizytorkę, człowieka podłego i przestała żyć w chwale żony profesora Oksfordu.

Franciszek Jóźwiak zmarł w 1966 r., porzucony przez Wolińską i odsunięty od stanowisk, kończąc swoją karierę 10 lat wcześniej jako prezes NIK i wicepremier. W połowie lat 70. Włodzimierz Brus został przyłapany z kochanką w hotelu. Aby ukryć ten fakt przed zaborczą żoną, podjął tajną współpracę ze wschodnioniemiecką Stasi. Jako pierwszy dokumenty na ten temat ujawnił kilka lat temu dwumiesięcznik „Arcana”.

W czerwcu ub. r., po ośmiu latach (!!!) od rozpoczęcia przez Polskę procedury ekstradycyjnej, Brytyjczycy odmówili nam wydania Heleny Wolińskiej-Brus. Nieskuteczny wobec tej stalinowskiej inkwizytorki nieskuteczny okazał się też ENA (europejski nakaz aresztowania).

Publicysta „GW” Waldemar Kuczyński skończył wspomnienie o swoim mistrzu: „Nie był Brus, jak wielu reformatorów socjalizmu, entuzjasta polskiej transformacji. Uważał ją za zbyt kapitalistyczną.”

Przyjaciel "Mietka" Moczara

Czy dawny "ludowy" partyzant, ubek w randze wiceministra Bezpieczeństwa Publicznego, i milicjant (zastępca komendanta głównego MO), stanie przed sądem? Choćby za to, że pacyfikował poznański czerwiec 1956 a potem marzec 1968. Jego kariera potwierdza niewygodną dla salonu tezę, że antysemicka akcja była sterowana z Moskwy. A może Jana Ptasińskiego uchroni to, że dziś jest działaczem kombatanckim, pisarzem i publicystą? (…)

Podczas niemieckiej okupacji związał się z komunistyczną organizacją "Sierp i Młot" w Płońsku. Na jesieni 1943 r. został, w tym samym Płońsku, powiatowym sekretarzem PPR. Używał pseudonimów "Wiarus", "Ksiądz" i "Śmieszny". Dwa lata później uczestniczył w porwaniu i zamordowaniu działacza PSL Wacława Milczarczyka. Tę sprawę należałoby do końca wyjaśnić. (…)

Zaufanemu towarzyszowi i doświadczonemu bezpieczniakowi partia wyznaczała odpowiedzialne zadania, kierując na najtrudniejsze odcinki walki z "kontrrewolucją". Kiedy w czerwcu 1956 r. wybuchło poznańskie powstanie, Ptasiński "przypadkowo" znalazł się w Moskwie. W porozumieniu z Rosjanami, a może nawet z ich polecenia miał nadzorować przeprowadzanie pacyfikacji w Polsce. Sowiecki wariant "pomocy" dla bratniej partii w przełomowych dla władz PRL-u momentach realizował też później... (…)

Sam przyznawał, że z tow. "Mietkiem" Moczarem pozostawał "w bliskich stosunkach przyjacielskich aż do dnia jego śmierci". Rola Ptasińskiego w marcu ’68 musiała być podobna do tej, jaką odegrał podczas poznańskiego czerwca ’56. (…)

Do dziś aktywnie działa - jako dawny utrwalacz "ludowej" władzy - w Związku Kombatantów RP, czyli dawnym ZBoWiD-zie (w III RP odebrano mu kombatanckie uprawnienia). Kilka lat temu udało mi się nawet namówić go na spotkanie w warszawskiej centrali owego związku w Alejach Ujazdowskich 6 (vis a vis Ambasady Amerykańskiej). Pod pretekstem zbierania informacji o ucieczce na Zachód wicedyrektora Departamentu X Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, płk Józefa Światły, chciałem namówić go na ubecką spowiedź. Ptasiński o sobie mówić jednak nie chciał. Na koniec ogólnikowej rozmowy wręczył mi ksero fragmentów swoich niepublikowanych wspomnień (nic ciekawego, głównie opis stanowisk jego kolegów z bezpieczeństwa, co już wówczas można było znaleźć w wielu książkach) i namawiał do czytania "Głosu Kombatanta Armii Ludowej", w którym - z racji swojej partyzanckiej przeszłości - miał pisywać. Podczas niespełna godzinnego spotkania Jan Ptasiński - dobrze trzymający się starszy pan - wyglądał na pewnego siebie - jakby wiedział, że nawet w wolnej Polsce włos mu z głowy nie spadnie.

Gdy sięgnąć po "Głos Kombatanta AL" - Biuletyn Rady Krajowej Żołnierzy Armii Ludowej, artykuły Ptasińskiego są niemal w każdym numerze. Jego hobby to polemiki z "kłamstwami prawicowych historyków" - głównie Marka Chodakiewicza, Piotra Gontarczyka i Leszka Żebrowskiego.