Artykuł został opublikowany w "Naszym Dzienniku".

Raz po raz dochodzą nas słuchy, czym tak naprawdę premier Tusk się nie interesuje, do czego nie ma głowy. Podobno nie czuje zagadnień wojskowych, służba zdrowia go nudzi - z wyjątkiem byłej minister zdrowia, którą lubi, szkolnictwo wyższe kojarzy mu się z profesorkami, których nie cierpi, infrastruktura naziemna go nie dotyczy, bo lata samolotem. Przypominanie jego zainteresowań ekonomią - w czasie podnoszenia podatków i składek oraz rozkwitu i rolowania długu publicznego - może być uznane jedynie za złośliwość. Z tej wyliczanki ostają się jedynie sport i polityka zagraniczna, lecz wyłącznie na użytek własny.

Edukacji na liście zainteresowań oczywiście też nie ma. Tą samodzielnie zajęła się w ciągu ostatnich czterech lat Katarzyna Hall i zrobiła to szalenie skutecznie. Konsekwentnie dokończyła reformę z końca lat dziewięćdziesiątych, kończąc jednocześnie sensowność jakichkolwiek rozważań nad edukacyjnym walorem obecnego systemu oświaty. Teraz już żadnych złudzeń być nie może - publiczna szkoła zapewnia społeczne upośledzenie i szans, by go uniknąć, należy szukać poza nią.

Myli się jednak ten, kto zakłada, że ten destrukcyjny cel osiągnięto wskutek nieróbstwa. MEN w ostatnich czterech latach zrobiło naprawdę wiele, by, po pierwsze, cel ten osiągnąć - było w tym konsekwentne i zdeterminowane - a po drugie, by cel ten stał się trwałą, postępową zdobyczą.

Co oczywiste, MEN nie głosiło swego celu wprost, dlatego - by go odtworzyć - należy wziąć wszystkie nadawane przez ministerstwo hasła i pojęcia związane z edukacją i odwrócić ich znaczenie. Metoda ta zresztą może okazać się równie przydatna przy badaniu dorobku reszty ministerstw czy rządu w całości. Przyjrzyjmy się więc, może nie wszystkim, lecz tym najbardziej nachalnym hasłom, stosując do nich proponowaną metodę.

Jakość edukacji

Jak najwyższemu poziomowi jakości edukacji podporządkowane były wszystkie działania resortu, nie tylko w sprawach podstaw programowych, ale także w budowaniu założeń reformy nadzoru pedagogicznego oraz zasad przeprowadzania egzaminów zewnętrznych. Wypadałoby temu przyklasnąć, bo niby komu miałoby zależeć na niskiej jakości edukacji. Wątpliwości jednak pojawiają się w momencie, gdy ktoś dociekliwy zacznie się dopytywać, czym tę jakość mierzyć. MEN wychodzi z założenia, że nikt w Polsce nie potrafi tego zrobić, dlatego odsyła nas do wyników badań PISA (Programme of International Student Assessment).

Co PISA bada? Otóż na test ten składa się "badanie umiejętności czytania i interpretacji tekstów literackich, naukowych, prasowych, komunikatów, tabel", dochodzą do tego "umiejętności matematyczne w zastosowaniu do problemów bliskich życiu" oraz "rozumowanie w naukach przyrodniczych", przy czym jeden z naczelnych edukatorów na łamach "Gazety Wyborczej" trochę ubolewa, że w tym ostatnim punkcie "czasem niezbędna jest elementarna wiedza". Ale zasadniczo test bazuje na bliżej nieokreślonych umiejętnościach czy jeszcze bardziej mglistych kompetencjach, a nie wiedzy. Wiedza została uznana za główny ciężar polskiej szkoły i - zaglądając do podstaw programowych opracowanych przez zespół minister Hall - można uznać, że ciężar ów został już ostatecznie zrzucony. Tak więc nie po wiedzę posyłamy nasze dzieci do szkół, a po zbiorowy sukces w postaci awansu w badaniu PISA. Badaniu, którego założenia uznawane są już powszechnie za wadliwe, zbyt wąskie, odpowiedzialne za produkcję wtórnego analfabetyzmu i sprowadzające szkołę do ośrodka przygotowań pod kolejne egzaminy zewnętrzne, które niczego nie pokazuje oprócz słusznie przyjętego kierunku uczenia pod egzaminy. Jeśli jednak egzaminy te wypadają wciąż nie najlepiej, to wniosek, jaki wyciągała z tego minister Hall - a w upływającej kadencji wyciągała go pięciokrotnie - polegał na dymisji szefa Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. Tak mierzoną jakość edukacji weryfikuje najlepiej obraz studentów pierwszego roku na wszystkich kierunkach. Studenci ci nie mają nie tylko wiedzy, ale także podstawowych kompetencji, choćby umiejętności poszukiwania podstawowych informacji, w których - jak dobitnie pokazuje PISA - są z roku na rok przecież coraz lepsi.

Edukacja zapewniająca rozwój

Dlatego też uczelnie w Polsce zamieniają się w kursy podstawowe. Dotyczy to wszystkich kierunków, bo walec minister Hall przejechał również po podstawach programowych przedmiotów przyrodniczych i ścisłych - obok znanych szerzej protestów uznanych autorytetów z dziedziny historii i polonistyki równie mocno buntowali się matematycy, fizycy, chemicy, nauczyciele akademiccy wyższych szkół politechnicznych. Oczywiście jednak tak samo nieskutecznie, bo - jak słyszeliśmy z ust światłych edukatorów - szkoła przeładowana książkową wiedzą hamuje rozwój ucznia. Szkoła zapewni mu ten rozwój, pytając go o zdanie, jakie są jego zainteresowania (bo oczywiście nie można nic narzucać - bo to nie po partnersku), zachęcając go jedynie do czytania, a nie każąc mu czytać, pytając go, co chce w szkole robić bądź nie robić. A na koniec zada pytanie, czy czuje się rozwinięty. Nie, to niestety nie jest żart - dokument podsumowujący czterolecie swej działalności Katarzyna Hall rozpoczyna prezentacją wyników badań ankietowych dotyczących odczuć ucznia wobec szkoły. Największy, bo prawie dwukrotny skok, odnotowano przy stwierdzeniu:

W szkole naprawdę się rozwijam, czuję, że idę naprzód.

I to stwierdzenie kończy dyskusję, ma przekonać największych niedowiarków, bo skoro same dzieci tak mówią, to jak nie, jak tak? Mam nadzieję, że podobną drogą nie pójdzie minister zdrowia i nie nakaże pytać pacjenta, jak uważa, co lekarz powinien teraz zrobić, jakich leków użyć, jaki zabieg przeprowadzić? Tylko, broń Boże, niczego mu - uczniowi, pacjentowi - nie narzucać, bo to przemoc, która gasi kreatywność, zubaża i stanowi przejaw niczym nieuzasadnionej, wpędzającej we frustrację wyższości.

Różnorodność i innowacyjność

Doprawdy niepojętym jest przekonanie, że zniesienie przymusu uwalnia w człowieku nieskończone siły twórcze, erupcję ukrytych talentów. Zdrowy rozsądek podpowiada, że sytuacja taka w większości skutkować będzie beztroskim pogrążeniem się w lenistwie bądź niewyszukanej zabawie. To niemądre przekonanie jest dogmatem edukatorów pani Hall, a jego zbawienny skutek zadekretowany jest w niezliczonej ilości dokumentów produkowanych przez władze oświatowe. Co ciekawe, jednak innowacyjność i różnorodność ma być wyłącznie skutkiem działalności oświatowej, natomiast sama ta działalność ma być w pełni zunifikowana. Zapewnia to nowy model sprawowania nadzoru pedagogicznego, w którym nie ma już zobowiązania do "inspirowania nauczycieli do innowacji pedagogicznych, metodycznych i organizacyjnych". Łatwiej ten fakt zrozumieć, uwzględniając jedyne zadanie, jakie stawia się nowym organom nadzoru pedagogicznego, mającym w przyszłym roku zastąpić kuratoria. Ma to być badanie jakości edukacji, o której pisałem wcześniej. "Inspektorzy jakości edukacji", jak ich nazwała była minister, będą więc oficjalnie za wyniki tych badań odpowiadać, stąd też będą żywotnie zainteresowani, by na ich terenie nie pojawił się jakiś nauczyciel odstający od normy, mogący zaburzyć swą inwencją odpowiedni poziom wyników, który sam w sobie gwarantuje przecież innowacyjność dziecka. Po co więc innowacyjność nauczycielowi? Może po to, by pokazać, że jego pomysł na nauczanie daje znacznie lepsze i wartościowsze wyniki? Po co różnorodność nauczycielom, skoro mają być tylko ustami podstawy programowej?

Skądinąd frapujące jest to, że za rozkwitanie dzieci w innowacyjności i różnorodności bierze się ekipa twardogłowych edukatorów, którzy niczym się od siebie nie różnią, bo jedyne, co potrafią, to nieustanne powtarzanie kilku odartych już dawno z jakiegokolwiek znaczenia zawsze tych samych zdań wystarczających za odpowiedź na każde możliwe pytanie o szkołę, a ich innowacyjność poparta jest nie wiadomo czym, bo z pewnością nie autorstwem choćby jednego z tych przytaszczonych z zagranicy zdań-zaklęć.

Dialog i otwartość

Zarzut dotyczący przycinania nauczycieli według jednego wzoru zaczerpnąłem z listu otwartego zawierającego silny protest Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich przeciw reformatorskiemu ferworowi MEN. Rektorzy ponad stu najlepszych polskich uczelni porównali działania minister Hall do praktyk z PRL. W ministerstwie nie zrobiło to oczywiście na nikim wrażenia, bo panującą tam normą jest to, że dialog i otwartość rządzących tam decydentów ma swoje granice. Granice te wyznaczane są przekonaniami tychże decydentów - wszystko, co jest z nimi niezgodne, w tych granicach się nie mieści.

Te same zasady dotyczą nie tylko ekspertów, lecz także związków zawodowych - w tym przypadku poza granicą tolerancji znajdują się wszystkie związki - od "Solidarności" po ZNP - których zdanie przy każdorazowej zmianie prawa było całkowicie lekceważone. MEN nie rozmawia również z rodzicami - zwłaszcza po ich bezczelnym, bo masowym proteście w sprawie sześciolatków - wychodząc z założenia, że wie znacznie lepiej od rodziców, co dla ich dzieci jest naprawdę dobre. Pani minister nie wdawała się też w niepotrzebne według niej dyskusje z sejmową komisją do spraw edukacji, wychodząc z założenia, że nikt - choćby zobowiązany do tego na mocy Konstytucji - kontrolować jej nie będzie, a działania pośrednie parlamentarzystów, interpelacje i zapytania zbywała odpowiedziami, których wartość jest niemożliwa do oddania w kulturalnych słowach.

Te wzorce dialogu i otwartości przeniesione zostały do szkół, co ma zapewnić realizację kolejnego postulatu.

Radosna szkoła

Czyli szkoła bez nieprzyjemnych, opresyjnych treści, bez nikomu niepotrzebnej, bo smutnej historii i znajomości kanonu równie przygnębiającej literatury narodowej, a wkrótce zapewne bez krzyża i lekcji religii. Brak wiedzy można przecież nadrobić kreatywnością. Na przykład w Krakowie jedna z uczennic w egzaminacyjnej charakterystyce jednej z postaci w "Kamieniach na szaniec" rozpisywała się o Zośce, która była zadbaną dziewczyną, choć z problemami w domu. Za ten egzamin poleciał ze stanowiska szef CKE, bo do pytania nie został dołączony fragment tekstu.

Szkoła ma być radosna nawet wbrew twardym danym opisującym lawinowy wzrost zachowań agresywnych, zwłaszcza wśród uczniów gimnazjów. Ma być radosna zarówno dla uczniów, jak i dla nauczycieli, którzy w obliczu eskalacji przemocy pozostają samotni. Świadczy o tym choćby zachowanie krakowskiego kuratorium odwołującego się do sądu pracy od wyroku II instancji uniewinniającego nauczycielkę, która była świadkiem głośnego w mediach ataku nożowniczki na swoją szkolną koleżankę. Nauczycielka ta zachowała się idealnie zgodnie z procedurami i szkoleniami prowadzonymi przez policję (została nawet przez policję pochwalona po zdarzeniu), czym postawiła kuratorium w kłopotliwej sytuacji poradzenia sobie z trudnym zjawiskiem. Natomiast nauczyciel z Lubelszczyzny, który interweniował podczas bójki i wykręcił jednemu ze sprawców palec, ukarany został naganą. Te absurdalne sytuacje to tylko skromny wgląd w szeroki proces dalszej degradacji zawodu nauczyciela.

W ramach programu "Radosna szkoła" buduje się przyszkolne place zabaw w barwach tożsamych z barwami logo rządzącej partii. Tak daleko nie szedł nawet Bierut.

Szkoła bliżej ucznia

Powyższe hasło jest tytułem wspomnianego już dokumentu będącego podsumowaniem działalności minister Hall i będącego jednocześnie inauguracją jej kampanii wyborczej do Sejmu RP, która zakończyła się w sposób, jaki być może jeszcze Państwo pamiętają. Co ważne - oba te kampanijne wydarzenia mają podobną wagę merytoryczną. W dokumencie tym nie wspomniano oczywiście o niezliczonych likwidacjach szkół, bo za to odpowiadają przecież samorządy. Oględnie wspomniano natomiast, że edukatorów dochodziły jakieś słuchy o problemach z przystosowaniem szkół dla sześciolatków. Tyle że za to odpowiadają także samorządy oraz rodzice, którzy nie zareagowali na wezwanie minister do czynu społecznego - kto z rodziców cieśla, kto hydraulik, niech społecznie w wolnym czasie przystosuje szkołę do potrzeb. Mówiąc oględnie, oba te zjawiska raczej szkoły uczniowi nie przybliżają. Zasadniczo MEN przyjęło następującą taktykę - decentralizować problemy, centralizować spodziewane profity, czyli międzynarodowe pochwały za sukcesy w badaniach PISA, oraz zyskowną pieczę nad polityką podręcznikową.

Nowoczesność

W związku z podręcznikami szykowana jest innowacja - e-podręcznik. Propozycja ta niebezpiecznie przypomina jednak obietnice zalania szkół darmowymi, nowoczesnymi gadżetami w postaci laptopów, czytników, palmtopów i czego tam jeszcze, co przyrzekano hojnie rozdać do czasu spektakularnego ściągnięcia spodni. Po tym wydarzeniu obietnice się skończyły. W ich realizację zresztą nikt przy zdrowych zmysłach nigdy nie wierzył, bo pamięć o tysiącach niezrealizowanych obietnic tego rządu zdążyła się rozpowszechnić. Darmowe laptopy były czytelnym znakiem łączności ministerstwa edukacji z przyjętą linią rządu - najpierw zapowiedzieć, a potem nic nie zrobić. Konsekwentnie realizowana była również druga naczelna zasada rządowa - najpierw zrobić, a potem nic o tym nie mówić. Tak było choćby ze skandaliczną sprawą centralizacji wrażliwych danych dotyczących uczniów w Systemie Informacji Oświatowej.

Minister Hall nie powiedziała też nigdy wprost najważniejszego - jakich absolwentów życzyłaby sobie po zreformowanej przez siebie szkole. Mówiła oczywiście sporo, posługując się wypunktowanym wyżej bełkotliwym żargonem, jestem jednak przekonany, że sama w to nie wierzyła. Pytanie więc pozostaje otwarte. Odpowiedzi na nie udzielali wszyscy jej poprzednicy, mający ambicję do zmian w oświacie. Warto przytoczyć jedną taką odpowiedź, będącą wstępem do międzywojennej ustawy o systemie oświaty, stanowiącej podstawę tzw. reformy jędrzejewiczowskiej. Przytaczam w całości:

Ustawa niniejsza wprowadza takie zasady ustroju szkolnictwa, które mają Państwu ułatwić organizację wychowania i kształcenia ogółu na świadomych swego obowiązku i twórczych obywateli Rzeczypospolitej, obywatelom tym - zapewnić jak najwyższe wyrobienie religijne, moralne, umysłowe i fizyczne oraz jak najlepsze przygotowanie do życia, zdolniejszym zaś i dzielniejszym jednostkom ze wszelkich środowisk umożliwić osiągnięcie najwyższych szczebli naukowego i zawodowego wykształcenia.

I nie był to żaden maskujący prawdziwe intencje bełkot, tylko szczere przekonanie przedwojennego ministra o pożądanym przez niego kierunku edukacji publicznej. Takiej szkoły minister Hall nie chce, bo byłaby to szkoła nienowoczesna. Jaka jest więc naprawdę ta jej nowoczesna wizja szkoły i jej absolwenta? Wiele wskazuje na to, że ma to być szkoła produkująca zadowolonych z siebie nieuków, którzy mają sobie w życiu radzić sami, choć nikt ich do tego nie przygotuje, która nie wychowuje, uginając się pod dyktatem chama z ostatniej ławki, mająca zapewnić swoim uczniom przede wszystkim brak wymogów i brak stresu, fundująca w nieodległej przyszłości wykorzenioną z tradycji jednorodną społeczność konsumentów dumnych ze swojej ignorancji, podatnych na zewnątrzsterowność, niczym specjalnie się nieinteresujących frustratów, mających jednak zawsze słuszny i jeden światopogląd. Tak, proszę Państwa, szkolnictwo publiczne w Polsce skończyło się.