Przeczucia najczęściej mnie nie mylą. Tak było i tym razem. Jak tylko zobaczyłem znaną twarz i to w takim miejscu, czułem, że spotka mnie coś niezwykłego. -Może ekscytującego? – próbowałem wróżyć. Nie zawiodłem się. Choć patrząc z obecnej perspektywy - a może trafniejsze byłoby określenie,  biorąc pod uwagę swoje obecne położenie - lepiej byłoby, gdyby to się nie wydarzyło.

To, co przeżyłem, a ściśle, czego byłem naocznym świadkiem, było szokujące. Ktoś mający skłonność do wiecznego dowcipkowania i w dodatku przekonany o swoich talentach humorysty, powiedziałby: „nausznym świadkiem”.  Jakie to ma teraz znaczenie? Żadnego. Prawdę mówiąc, do tej pory byłem przekonany, że podobne historie wymyślają obdarzeni bujną wyobraźnią autorzy na potrzeby mrożących krew w żyłach, wysoko nakładowych powieści, przynoszących krociowe zyski ich wydawcom. Ale, że są możliwe w rzeczywistości? Wydawałoby się, że nigdy. Jeszcze raz potwierdza się jednak potoczna opinia, że życie jest bogatsze niż najbardziej wymyślne przypadki, jakie spotkać można na kartach sensacyjnej literatury. A nawet science fiction.

Pewnie nie przeżywałbym tej historii głęboko, gdyby nie fakt, że jestem osobiście w nią wplątany. Nie bez własnej  winy. Niestety. Znowu jakiś diabeł mnie podkusił, abym wszedł w skórę dziennikarza śledczego. Skutki tego nieopatrznego kroku mogą okazać się dla mnie opłakane. Siedzę od kilku godzin w ciemnym pokoju, choć jest noc. Cały drżę, czy ktoś nie wyważy drzwi, by zrobić wszystko, abym poznaną niedawno tajemnicę zabrał ze sobą do grobu. Zostawiam więc opis zdarzenia, gdyby z jakichś powodów nie dane mi było zdać ustnej relacji, w miejscu do tego najbardziej powołanym.

Była przedświąteczna sobota w połowie grudnia 2011 roku. Mróz trzymał tęgi. Sypiący obficie śnieg i przenikliwy wiatr odstręczały od wychodzenia z domu. Postanowiłem jednak swemu przyjacielowi, który zbierał starocie, kupić skromny prezent. Przyjaciel dodawał starociom szlachetnego blasku, nazywając je szumnie „antykami”.  Wybrałem się na cotygodniowy bazar staroci na warszawskie Koło. Oglądałem porcelanową imitację Wenus z Milo, gdy pod postawionym wysoko kołnierzem i spuszczonym głęboko na oczy kapeluszem rozpoznałem skradającego się przystojnego mężczyznę. – Tak, to niewątpliwie ten nowy poseł ze stajni Palikota. Armand Kamil Ryfiński. Zdradziła go charakterystyczna hiszpańska bródka, która wzbudza zachwyt posłanek… z Ruchu Palikota. Zresztą, jak i cała jego postać od stóp aż po głowę. Co taki gość tu robi? Może ma tu swoje „słupy”, które rozprowadzają jego towar? A on wpadł na kontrolę. – A jeśli jest hurtownikiem jakiegoś trefnego towaru, o legalizacje którego jego partia zabiega? Wtedy miałbym sensację na pierwszą stronę – snułem oczami wyobraźni.

Armand Kamil Ryfiński krążył wąskimi alejkami, wzdłuż gęsto porozstawianych stolików. Przy niektórych zatrzymywał się na krótko. Szedłem za nim, używając jako zasłony wyższych i tęższych mężczyzn, co przy moim wzroście nie jest trudne. Ważne, że nie traciłem go z oczu. Już po kilku minutach odniosłem wrażenie, że rozgląda się na boki, rzuca spojrzenia  do tyłu, jakby chciał się upewnić, że nikt za nim nie idzie. Byłem już gotów zrezygnować z jałowego – jak się wydawało - śledzenia, gdy zatrzymał się przy sprzedawcy mebli. Równie wysoki jak poseł Ryfiński, krzepki sześćdziesięciolatek, w okrągłej futrzanej czapie z nausznikami, zawiązywanymi pod brodą. Coś mnie tknęło. Na czapce brakuje tylko znaczka z sierpem i młotem – pomyślałem żartobliwie. Zaraz jednak odrzuciłem tę wizję.

Sprzedawcę i Ryfińskiego z trzech stron otaczały potężne szafy na ubrania. W środku stały dwa zabytkowe stoliki i kilka krzeseł. Rozmawiali stojąc. Mówił tylko sprzedawca, a poseł co pewien czas lekko potakiwał głową. Błyskawicznie włożyłem do ucha miniaturowy mikrofon kierunkowego podsłuchu, maskując kabelek naciągniętą czapką narciarską. Pokrętłem aparatu wzmocniłem głośność. I tak jakbym stal obok obserwowanych mężczyzn, usłyszałem w mikrofonie sprzedawcę. Mówił z charakterystycznym rosyjskim zaśpiewem:

Zapytaj oficjalno w sejmie, czy PiS to nie zdrajcy, wtyczki obcego wywiadu. Lechko zasugestiuj, że możet być to ruske specsłużby za nimi stajat. Użyj konieczno słowa Kreml. Wtedy nikto nie będzie dumał, że ty nasz czeławiek. Wsio jasno? U was taki razgawor – dwie pieczenie na jednym ogniu. Znajesz? – zapytał. Poseł Ryfiński potaknął.

Niespodziewanie obejrzał się w moją stronę. Zderzyliśmy się wzrokiem. Stałem na szczęście tak, że zdążyłem w sposób dla niego niewidoczny wyciągnąć z ucha mikrofon i wepchnąć pod szal. Nie miałem wyjścia, ruszyłem do nich. Pierwszy zareagował sprzedawca:

Pan redaktor chce meble pakupić?

Dziękuję nie. Przyszedłem po co innego

- odparłem.

Zdaje się, że już długo pan się tu kręci.

– chłodno wtrącił Ryfiński.

Ciekaw, jestem, jeśli wolno spytać, w jakim celu?

– dorzucił oschle, jak by chciał ostrzec swego rosyjskiego partnera. Poczułem się jak na przesłuchaniu.

Kupuję czasami jakieś fajne drobiazgi.

-  Na dowód wyciągnąłem z reklamówki popiersie Janusza Palikota, udramatyzowane na Napoleona z Korsyki, z lewą ręką na piersi.  –

Dziś odkryłem rzeźbę pana mistrza.

– starałem się mówić swobodnie, demonstrując swoje alibi. Ukryłem jednak to, że kupiłem popiersie tylko dlatego, że ze stu złotych zostało przecenione na dwa. –

W Sejmie też tak będzie.

–rzucił młody chłopak, wydając mi resztę.

Moje fałszywe alibi najwyraźniej rozluźniło Ryfinskiego. Na chwilę tylko. Kiedy odchodziłem, czułem jak obydwaj  wwiercają się wzrokiem w moje plecy. Nie bez powodu. Znają swój fach.

Z bazaru pojechałem wprost na Rakowiecką do ABW. Na metalowej zamkniętej  furtce wisiała tablica: „Agencja w soboty, niedziele i święta nieczynna”.

Siedzę więc w domu i nasłuchuję każdego obcego szmeru.