„Bóg wie wszystko” – niezłomny Polak z Winowa.

Imponujące wzgórze

Na południe od centrum Opola, ok. 3-4 kilometrów rozciąga się niewielka miejscowość – Winów. Położony jest on  na najwyższym okolicznym wzgórzu Opola, skąd rozciąga się piękny widok. Ze względu na wielkie przywiązanie religijne wioski, bardzo chwalono sobie bliskość miasta Opola z wielką katedrą. Według starych podań było tu wzgórze, które nazywało się Święty Gaj. Składano tu ofiary w czasach pogańskich.

Wzgórze jest pozostałością bardzo wysokiego lewego brzegu Odry, zaś poziom waha się w granicach 194 m n.p.m. Nazwa wioski wzięła się ze słynnej plantacji winorośli, a wiemy, że w dokumentach z 1412 r. brzmiała „Wyno”. Do dziś mieszkańcy mówią na swoją miejscowość Wino. Historia tego miejsca jest bardzo długa i jeszcze bardziej burzliwa. Wojny światowe, powstania śląskie i morowe zarazy odbiły się szczególnie na jedności Winowa. Podziały były głębokie i trudne do naprawienia. Mimo całego zła, które go dotknęło, Bóg pobłogosławił wzgórze i ziemię, która wydała wielkiego człowieka…

Ród Ligudów

Wiara i tradycja – tak wyglądała rodzina na Śląsku w dawnych czasach. Niesamowite połączenie tych wartości charakteryzowało rodzinę Wojciecha i Rozalię Ligudów. Brała ona udział we wszystkich bolesnych wydarzeniach tamtych lat. Nazwisko to na Śląsku jest stosunkowo znane, to stary ród śląski. W rodzinie Ligudów urodziło się siedmioro dzieci: czterech synów i trzy córki. Najstarszy z synów miał na imię Franciszek. Poległ on w 1914 roku służąc podczas I wojny światowej przy boku cesarza. Był kawalerem.

Karol był drugim synem państwa Ligudów. Był bardzo zdolny, na całym Górnym Śląsku jako jedyny uzyskał dyplom mistrza drukarskiego i prowadził w naszym mieście drukarnię, a potem księgarnię „Liguda”. Odbył służbę wojskową w Brzegu. Zginał podczas wojny w 1915 r. osierocając dwoje małych dzieci i kochającą żonę.

Trzecim synem był Emanuel. Był technikiem budowlanym. Mógł zająć się prowadzeniem budowy, lecz został zwerbowany do walki na froncie. Nie podzielił losu braci i wrócił z wojny. Został jednak inwalidą, gdyż stracił nogę. Ożenił się z Niemką z Wrocławia. Nie mogli mieć dzieci. Sam był niezwykle chorowity. Pracując na kolei bardzo przemarzł, co spowodowało przedwczesną śmierć. Oddał Bogu duszę w 1923 roku.

Franciszka to najstarsza z córek. Żona kupca Jakuba Wilczka. Prowadzili wspólnie sklep konfekcyjny na opolskim Rynku. Zmarli przeżywszy razem sześćdziesiąt lat małżeństwa. Z owoców ich miłości można wyliczyć dwóch synów i sześć córek.

Piątym dzieckiem w rodzinie była Łucja. Wyszła za mąż za Józefa Barona, który bardzo intensywnie angażował się w powstania śląskie. Mieli czwórkę dzieci: jednego syna i trzy córki.

Najmłodsza z całej gromadki była Zofia. Wyszła za przyjaciela swoich braci, Wojciecha Duszę. Przejął on gospodarstwo Ligudów, został wraz z żoną na winowskiej ziemi. Bóg pobłogosławił licznym potomstwem, bowiem posiadali siedmioro dzieci.

Ojciec rodziny Ligudów był twardym mężczyzną. Dawał swoim dzieciom wspaniałą lekcję patriotyzmu i przywiązania do Ojczyzny. Był człowiekiem niezwykle pobożnym i pogodnym. Trzymając twardą ręką porządek w rodzinie (a były to czasy, kiedy za klapsa nie zabierano dzieci) potrafił być zarazem miłosierny i łagodny. Głęboka tradycja śląskiej rodziny stanowiła dla Wojciecha Ligudy ważny czynnik tożsamości. W rodzinie nie brakowało ducha religijnego. Modlitwę prowadziła matka Rozalia. Wszystko to było wyznacznikiem ciepłej atmosfery i poczucia bezpieczeństwa rodziny.

Młode lata i kapłańskie życie

Legenda winowska o ukrytym skarbie może jasno wskazywać, że był nim tak naprawdę wielki błogosławiony. Cała nasza Śląska Ziemia jest wdzięczna za wielki skarb, jakim był ten człowiek. Błogosławiony o. Alojzy Liguda przyszedł na świat 23 stycznia 1989 roku. Był przedostatnim dzieckiem Wojciecha i Rozalii Ligudów.  Nie zwlekano i nie odkładano szansy na zbawienie dzieci na parę miesięcy czy nawet lat, tak jak ma to miejsce dziś. Dawniej, kiedy wiara stanowiła pierwszorzędną rolę, dzieci otrzymywały chrzest jak najszybciej. Tak też uczynili Ligudowie, zaraz na drugi dzień po porodzie. Sakramentu chrztu udzielił Ksiądz Miketta. Mały żołnierz Chrystusa otrzymał na imię Paweł Alojzy. Chrzestnymi zostali Franciszek Przibylla, Maria Smolin i Stanisław Kasperek. W rodzinie państwa Ligudów w okresie przyjścia na świat Alojzego panował spokój. W społeczeństwie również panował względny pokój. Mały, przyszły błogosławiony, miał bardzo dobry kontakt z matką, którą bardzo kochał. Z pełnym podziwem patrzył na ojca i obserwował jego poczynania. Był on w tamtym czasie znaną osobistością. By zdobywać wiedzę, Alojzy musiał  przemierzać parę kilometrów dziennie do szkoły położonej w Górkach. Alojzy uczęszczał tam w latach 1904-1912. Ojciec Wojciech pragnął zapewnić synowi wykształcenie, tego samego chciał również Alojzy. W latach 1892 został założony przez błogosławionego o. Arnolda Janssena ośrodek formacji misyjnej, który bardzo się rozwijał. Gdy młody Alojzy zakończył szkołę podstawową, 31 marca 1913 roku wstąpił do Niższego Seminarium Misyjnego św. Krzyża w Nysie – Górnej Wsi. Chciał zostać misjonarzem, pragnął tego z całego serca. Chciał nawracać i głosić ludziom Jezusa Chrystusa. Ta święta myśl rozpalała jego serce. Jednak wkrótce przekonał się, że zrealizowanie jego celu nie obędzie się bez problemów. W roku 1917 rozpoczęto mobilizację do wojska. Wielu kolegów Alojzego zostało wezwanych na front I wojny światowej. On sam został skierowany do Francji i Flandrii. Odtąd będzie artylerzystą. Z zachowanej korespondencji jasno wynika, jak bardzo cierpiał, gdy widział nienawiść pośród dwóch narodów. W roku 1918 wraca z wojny z bolesnym doświadczeniem. Wie, że jego dwaj starsi bracia polegli na froncie. Trzeci brat został inwalidą. Doskonale wie, jaki koszmar i ból przechodzi jego ojciec. Był całkowicie pogodzony z wolą Bożą. Nie było w nim buntu i obwiniania Boga za to, co się stało. Na pytanie ojca, co będzie dalej robił, odparł: ” Papo, musa iś za ty, cego Pon Bocek pragnie. Wrołcą sie do Nyse.” Jak postanowił, tak uczynił. 30 kwietnia 1920 roku zdaje maturę i zgłasza się do nowicjatu Zgromadzenia Słowa Bożego pod Wiedniem w Austrii. W kościelne święto Archaniołów składa pierwsze śluby zakonne w  dalszym ciągu kontynuując studia teologiczne. Na przełomie 1924/25 roku przerywa studia i odbywa praktykę nauczyciela języka francuskiego w Niższym Seminarium Misyjnym w Pieniężnie na Warmii. Po praktyce powraca do Austrii, by ukończyć studia, co wkrótce się dokonuje. W 1926 roku składa śluby wieczyste. W końcu 26 maja 1927 roku z wielkim drżeniem serca, wraz z 65 kolegami, przyjmuje z rąk kard. Fryderyka Gustawa Piffla świecenia kapłańskie. Podczas uroczystości święceń była jego matka i siostra Franciszka z mężem. Po święceniach kapłańskich każdy nowo wyświęcony ksiądz pragnie tylko jednego – móc złożyć na ołtarzu Najświętszą Ofiarę. Swoja pierwszą Mszę odprawił w klasztorze 29 maja. Uroczystości prymicyjne w rodzinnym Śląsku odbyły się z wielką radością. W opolskiej kolegiacie św. Krzyża (obecnie katedrze) odprawił swoją Mszę prymicyjną. Do uroczystości służył ks. prałat Kubis. Po zakończonej Mszy neoprezbiter wraz z gośćmi wrócił do Winowa przystrojonymi bryczkami. Jak to bywało w zwyczaju, nie zabrakło wspaniałych regionalnych dań, jak i pięknie wystrojonej wioski. Punktem ważnym dla księdza Ligudy tego dnia była wizyta na cmentarzu. Modlił się nad grobem swojego ojca i braci. Z relacji jego sióstr wynika, że młody kapłan włożył za obraz Matki Bożej w starej kapliczce na cmentarzu jakąś kartkę. Być może był to heroiczny akt oddania się Najświętszej Pannie. Na jego prymicyjnych obrazkach widniał cytat z Ewangelii napisany po polsku i niemiecku: „Duch Pański nade mną, dlatego mnie namaścił, abym ubogim głosił Dobrą Nowinę”. Ojciec Alojzy pragnął wyjechać na misje do Chin lub Nowej Gwinei. I znowu doświadczył tego, że Bóg pisze dla niego inny scenariusz i jego misja będzie miała inny przebieg i cięższe doświadczenie. Przełożeni decydują bowiem, że ma pracować w Polsce. Do ukochanej Ojczyzny przyjeżdża 24 czerwca 1928 roku. Odpoczywa krótko w Winowie, a od września rozpoczyna pracę w Górnej Grupie koło Grudziądza. Następnie podejmuje studia polonistyczne w Poznaniu. W tym czasie w Niemczech do władzy dochodzi Adolf Hitler. Dla własnego bezpieczeństwa o. Alojzy składa wniosek o przyznanie mu obywatelstwa polskiego, które otrzymuje 31 marca 1933 roku. 9 czerwca 1934 roku dostaje dyplom magistra z zakresu filologii polskiej. Po odbyciu dwuletniej praktyki otrzymuje 14 października 1936 r. dyplom nauczyciela szkół średnich. Był wymagającym nauczycielem. Jednak mimo tego chłopcy z Górnej Grupy bardzo miło wspominali go jako wychowawcę. Sytuacja polityczna zaczęła się coraz bardziej komplikować. Groźba wojny wisiała w powietrzu. Jednak o. Alojzy robił swoje. Był wspaniałym kapłanem i głosił wzmacniające rekolekcje. Miał też poczucie humoru. Pewnego razu na ważnej uroczystości, zamiast „czołem żołnierze” krzyknął „czołem dziewczęta”. Napisał dwie książki dla młodzieży żeńskiej: ” Audi filie” i ” Naprzód i wyżej”. Zaś swemu ojcu zadedykował zbiór swoich homilii w książce pt. „Chleb i sól”.

Lata wojenne – ciężkie doświadczenie

W 1939 roku świat pogrążył się w szaleństwie wojny. Hitler zaatakował Polskę. W tym czasie o. Alojzy Liguda był rektorem Zakładu Misyjnego św. Józefa w Górnej Grupie. Pod jego skrzydłami znajdowało się około 300 uczniów, kilkudziesięciu braci i kadra nauczycielska. Wspaniale zorganizowaną placówkę i jej harmonię przerwały naloty samolotów niemieckich na Grudziądz. W wielkim popłochu mieszkańcy Domu Misyjnego uciekli wraz z innymi nad brzeg Wisły. Rektor O. Liguda pozostał. Po pewnym czasie jednak wszyscy wrócili, bowiem nie dało się nigdzie uciec. Naziści wkroczyli do klasztoru i tylko dzięki dobrej znajomosci jezyka niemieckiego o. Alojzy potrafił zaradzić trudnej sytuacji. W Górnej Grupie pewien pastor ewangelicki został prawie zlinczowany przez ludność. Pojawiły się bowiem wobec niego zarzuty, że współpracował z okupantem i wydawał Polaków. O. Liguda stanął po jego stronie i dzięki temu nie doszło do samosądu. Sytuacja zaczęła jednak robić się coraz bardziej niebezpieczna. Niemcy mordowali i przymusili ludzi do przymusowej pracy. Wśród nich znalazł się nasz przyszły błogosławiony. Okazało się, że w przypadku ucieczki jakiegokolwiek robotnika z miejsca pracy karę otrzymałby właśnie rektor. Mimo ogromnego napięcia nikt nie odważył się na taki krok. Był to wyraz szacunku i czci wobec tego niezłomnego kapłana, który wspierał innych w ciężkich chwilach. 29 października 1939 roku do domu św. Józefa przywieziono 80 kapłanów. Zostali zabrani z różnych diecezji na terenie Polski. Czuć było wiszący w powietrzu strach. Wkrótce kilku z duchownych wywieziono do lasku koło Mniszka i tam wraz z innymi ludźmi rozstrzelano. Dom św. Józefa stał się obozem i wprowadzono w nim surowy regulamin. Lecz był to tylko przedsmak tego, co nadejdzie. Dnia 5 lutego 1940 roku wszyscy z Górnej Grupy zostali wywiezieni do Gdańska Nowego Portu, a następnie do pierwszego obozu koncentracyjnego w Stutthof. Stamtąd wiele osób trafiło do katorżniczych prac w kamieniołomach w Grenzdorf. O. Alojzego Ligudę wraz z inną grupą więźniów wywieziono do Sachsenhausen koło Berlina. Tam zginęli już jego przyjaciele, duchowni bracia: o. Kubista, o. Sąsała i o. Kozubek. Rozpoczęła się wielka droga z Chrystusowym krzyżem. Wiadome było, z jak niezwykłą nienawiścią naziści obchodzili się z kapłanami. Miejsce złożenia Bogu swego życia w męczeńskiej formie przypadło O. Ligudzie w Dachau, gdzie trafił 14 grudnia 1940 roku. Dostał numer 22604. Dostał obowiązki w służbie izbowej. Od początku narażał się esesmanom. Bronił najsłabszych, nie mających już sił i krytykował niesprawiedliwe ich traktowanie. Dzielił się ze współwięźniami chlebem, a przede wszystkim był duchowym wsparciem dla podupadłych w wierze. Był niesamowicie silną osobą i mimo ciężkiego położenia potrafił dzielić się optymizmem z innymi. We wrześniu 1941 roku zebrano wszystkich duchownych na apel na placu. Padła komenda:” Kto przed wojną mieszkał na terenach niemieckich i miał obywatelstwo niemieckie wystąp!!!” Tylko dwie osoby zrobiły krok w przód. Wśród nich nie było o. Ligudy. Prawdopodobnie chciano w ten sposób pozbawić więźniów wsparcia. Skarb Winowa nawet nie drgnął. Niemcy wiedzieli, że aby złamać więźniów, należy złamać ich ducha i wykorzenić wiarę. Dlatego też zabronili jakichkolwiek przejawów religijności w obozie. Zero różańców, modlitewników i medalików. O. Alojzy był pogodzony z Bożą wolą. Czuł, że to właśnie tu jest jego misyjna praca, że do takich warunków powołał go sam Bóg. Trudno opisać katorgi, jakie naziści zgotowali ludziom będącym w obozie.  W 1942 roku, by opanować epidemię świerzbu, wpadli na pomysł wymrożenia choroby. Z tej próby o. Alojzy wyszedł cało. Był postawnym i silnym mężczyzną. Kolejnym sprawdzianem wiary była praca na plantacjach, gdzie kapo bili z furią pracujących. Pewnego razu miał miejsce incydent z udziałem o. Ligudy. Do magazynu z narzędziami wpadł Niemiec Rogler i wyczuł dym papierosa. Zapytał, kto palił w czasie pracy, w obronie młodego Rosjanina stanął właśnie o. Alojzy biorąc winę na siebie. Rogler skatował odważnego kapłana i doskonale go zapamiętał. Był to moment przełomowy, gdyż właśnie silny do tej pory organizm zaczął powoli podupadać na zdrowiu. O. Alojzy wylądował na 29 bloku z podejrzeniem gruźlicy. W trakcie swoich ciężkich chwil pamiętał stale o swojej matce. Pisał do niej wzruszające listy. Bardzo ją kochał i pragnął jeszcze ujrzeć na tym świecie. Boże plany jednak były inne. Przy bardzo wycieńczonym ciele słabnie również duch. O. Alojzy maltretowany przez Roglera na każdym kroku traci siły. Trafił w końcu na blok 27. Z tego bloku nikt nie wychodził żywy. Była to zemsta za obronę słabszych. 8 grudnia 1942 roku (Niepokalane Poczęcie N.M.P.) opuszcza obóz i spotykając po drodze do ciężarówki znajomego Księdza mówi stanowcze, ostatnie słowa: „Gdy się dowiecie o mojej śmierci, wiedzcie, że zamordowali zdrowego człowieka”. Samochód z więźniami dotarł do Monachium. Tam bowiem znajdował się najstraszniejszy zakład doświadczalny, którym kierował zezwierzęcony dr Rascher. Prowadził on najokrutniejsze badania na więźniach z Dachau. Polegały one na zanurzaniu w lodowatej wodzie. Ks. Leon Michałowski przeżył cudem takie doświadczenie i opisuje je tak: „Ubrano mnie  w kombinezon, do przegubów rąk i nóg przywiązano mi jakieś przewody i połączono z aparatami i zegarami. Tak uzbrojonego zanurzono po szyję w zimnej wodzie. Lekarze i obsługa przy aparatach robili stale jakieś notatki. Kostniałem z zimna. Kombinezon przemókł momentalnie. Po kilkunastu minutach zaczęto wodę oziębiać przez dodawanie brył lodu. Zimno było straszne. Leżałem w basenie szepcząc w duchu różaniec. Wiedziałem, co mnie czeka, dlatego byłem przygotowany na śmierć.” Te potworne badania miały na celu pomoc w związku z ratowaniem lotników strąconych przez Anglików i spadających do morza. Jednak okazało się w grudniu 1942 roku – było jeszcze gorzej. Dr Rascher badał wtedy nie tylko tych, co zamarzli w wodzie, ale również tych, co zamarzali na mrozie. Z kolei ten rodzaj badań miał pomóc żołnierzom walczącym na Wschodzie. Wyjątkowym materiałem dla doktora była skóra, która wielokrotnie była zdzierana żywcem z więźnia. Taką śmiercią w wielkich cierpieniach zmarł o. Alojzy Liguda. Był już wtedy wycieńczony, nie miał szans. Tej nocy – z 8 na 9 grudnia 1942 roku – wzeszła jasna gwiazda Bożego Sługi i oświetliła pogrążony w mroku Winów i dała Kościołowi kolejnego heroicznego rycerza Chrystusa. Zginął męczeńską śmiercią z rąk tych, którzy chcieli Kościół katolicki zakopać na cmentarzu zapomnienia. Nie udało się. Jego wiara zdziałała więcej niż wszyscy prześladowcy razem wzięci. Do jego matki przyszła depesza: „Syn Pani, Alojzy Liguda, ur. 23.01.1898 r. w Winowie zmarł 9.12.1942 r. w tutejszym szpitalu na skutek gruźlicy. Zwłoki spalono dnia 13.12.1942 r. w państwowym krematorium w Dachau. Komendant Obozu”. Co charakteryzowało zawsze ten zbrodniczy system, to ucieczka od prawdy, nawet w obliczu śmierci. Odmówiono prawdy samej matce. Co oparte na kłamstwie, nie może mieć solidnych fundamentów, dlatego takie systemy nie mogą istnieć wiecznie. Na drugi dzień odbył się skromny i cichy pogrzeb. Ks. prałat Karol Tokarz ze Szczepanowic przewodził modlitwie bestialsko zamordowanego kapłana. Przy grobie stała jego matka Rozalia, najstarsza córka Franciszka z mężem Wilczkiem, druga córka Zofia z mężem Duszą wraz z dziećmi: Karolem, Wiktorem, Łucją,  Otylią i Alojzym. Dodatkowo na pogrzebie pojawili się trzej gestapowcy z Opola. Był również obecny sołtys Jan Wiesiołek. Nad grobem modlili się również dwaj koledzy o. Ligudy – Wojciech Dusza oraz Wincenty Zmarzły. Ten pierwszy własnoręcznie kopał dół, by złożyć w nim urnę z prochami, którą przysłano z Dachau. Błogosławiony ojciec Alojzy Liguda w jednym ze swoich kazań powiedział: „Zwycięstwo będzie Jego, a my weźmiemy w nim udział. Wyuczmy się na pamięć tej krótkiej Ewangelii, abyśmy jej wspaniałymi słowami mogli się upajać i krzepić w razie, gdyby nas miała ogarnąć depresja pod wpływem sukcesów bolszewickich. Bolszewicy, komuniści dopiero sięgają po władzę, a Chrystus już ją ma. Ma ją i nie da jej sobie wydrzeć na wieki. Dana Mu jest wszelka władza na niebie i na ziemi. A co ważniejsze: On pozostanie z nami aż do końca świata. Panie, dokąd mamy iść? Ty jeden masz słowa żywota wiecznego”. Każdy z nas ma dziś możliwość osobiście udać się na grób tego heroicznego obrońcy wiary. Zapalmy znicz i pomódlmy się choć przez chwilę. Mamy niesamowitą szansę na wyrażenie prawdy wiary katolickiej, jaką jest obcowanie świętych, a zarazem podziękowania za przykład życia. Wznosząc nasze serca wzwyż w modlitwie dziękujmy za tego wielkiego Polaka, który ukochał swoją Ojczyznę. Był z niej dumny. Winowskie wzgórze w dalszym ciągu daje jasny przekaz – ziemia wydaje stokrotne plony w postaci takich osób, jak właśnie nasz męczennik. Bł. o. Alojzy – módl się za nami!

Autor: Marek Kuryło

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...