Funkcjonariusz BOR ujawnia: lotnisko w Smoleńsku nie było przygotowane, funkcjonariuszy tam NIE WPUSZCZONO

Fot. wPolityce.pl
Fot. wPolityce.pl

Co naprawdę dzieje się w Biurze Ochrony Rządu? Jaka jest odpowiedzialność szefa tej struktury generała Mariana Janickiego za tragedię smoleńską? Funkcjonariusz BOR w służbie czynnej, pragnący zachować jednak anonimowość, zdecydował się opowiedzieć o tym dziennikarzowi "Naszego Dziennika". Jego relacja, choć anonimowa, jest jednak tak logiczna i prawdopodobna, że warto dokładnie przeanalizować tezy jakie stawia i fakty jakie ujawnia.  Na początku red. Piotr Czartoryski-Sziler pyta funkcjonariusza BOR dlaczego zwrócił się Pan z prośbą o rozmowę z dziennikarzem. Odpowiedź:


Bo ktoś wreszcie musi powiedzieć prawdę na temat tego, co dzieje się w BOR. Jestem doświadczonym, długoletnim funkcjonariuszem Biura w służbie czynnej. Nie jestem zwolennikiem jakiejkolwiek partii, dla mnie ważna jest praca w Biurze, którą lubię i cenię. (...)  Zależy mi na tym, żeby nie traktowano mojego wystąpienia wyłącznie jako ataku na obecnego szefa BOR gen. Mariana Janickiego. Chcę obnażyć chory układ funkcjonujący w Biurze, któremu trzeba powiedzieć "stop". Nie wiem, czy premier Donald Tusk wie o tym, co się dzieje w BOR, ale sądzę, że dla dobra sprawy i własnego powinien to zdecydowanie przeciąć.

A oto wybrane przez nas fragmenty szczególnie warte naszym zdaniem zacytowania:

O etyce pracy w BOR:

Niektórzy robią wszystko, żeby pracować gdziekolwiek w BOR, ale na zmianach, bo mają własne firmy zarejestrowane na żony czy rodziców. I tak naprawdę to im poświęcają całą swoją energię.

O przeszłości, która ciąży:

Jak kula u nogi ciąży BOR nieszczęsne połączenie z Nadwiślańskimi Jednostkami Wojskowymi. Mało kto wie, że zdecydowana większość ludzi, którzy pracowali w tych jednostkach, przeznaczonych do ochrony władzy, była takim Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego. To byli ludzie szkoleni po to, by tak naprawdę pozyskiwać informacje kontrwywiadowcze, nigdy niezweryfikowani, wcieleni do BOR i MSWiA. Mają bardzo duże wpływy i powiązania, powiem więcej, to są już pokolenia, mafia: matka, ojciec, syn, córka, dziadek, wujek, ciotka. Ci z nich, którzy przeszli do BOR, tak naprawdę nie myślą o firmie i ludziach, których życie narażają.

Dobierają takie stanowiska pracy i kluczowe kierunki, od których dużo zależy, począwszy od finansów, logistyki, kadr. Mają wpływ na to, co się dzieje z Biurem. Natomiast tych osób, które de facto podejmują ciężar faktycznej ochrony osób, obiektów, wizyt VIP-ów, statutowo wpisanych w zadania BOR, jest garstka.

 

O generale Janickim:

Prywatnie nie mam do niego żadnych żalów, nie jestem "PiS-akiem", jak Janicki mówi o politykach Prawa i Sprawiedliwości, których nie lubi. Jestem normalnym funkcjonariuszem BOR (...) Nigdy nie słyszałem, żeby gen. Janicki za kimkolwiek kiedykolwiek się ujął i stanął w jego obronie. Moim zdaniem - a znam go osobiście od lat - jest to człowiek, który nigdy nie powinien zajmować tego stanowiska, bo się do tego po prostu nie nadaje.

O przyjaźni Janickiego ze Schetyną i Grasiem:

(...) Generał przyszedł do Biura niewykształcony, bez wiedzy i przygotowania fizycznego, ale z wielkim apetytem na władzę i możliwości. Poprzez różne dziwne układy, ukłony, bicie czołem przed tymi, z którymi pracował - począwszy od kierowcy, poprzez szefa logistyki - został szefem BOR. Wstyd mi za niego przed tymi, którzy bardzo ciężko pracują w BOR. Przychodzą do firmy po studiach, ze świetną aparycją, posturą, wiedzą, znajomością języków, ale nie mogą dobić się do wysokich stanowisk, bo nikt ich nie wspiera. To prawdziwa tragedia narodowa, że dziś takie stanowiska obejmują ludzie, którzy albo mają poparcie polityczne, albo są poprawni politycznie i słabi, albo mają bardzo mocne powiązania rodzinne czy układy koleżeńskie. Z gen. Janickim powiązani są m.in. panowie Grzegorz Schetyna i Paweł Graś, którzy mają wille w Krakowie na tej samej ulicy.

 

O tragedii smoleńskiej:

Nieprawdą jest, że gen. Janicki nie ma sobie nic do zarzucenia. Wszyscy w BOR wiedzą, jak było, ale nikt nie chce się wychylić, podjąć dyskusji. Nie wiem też, dlaczego prokuratura nie zaproponowała, żeby wyrywkowo przepytać, co wiedzą na temat Smoleńska poszczególni funkcjonariusze z różnych oddziałów BOR. Myślę, że gdyby takie rozmowy przeprowadzono, wyszłoby wiele ciekawych rzeczy. Wszyscy wiedzą w BOR, że lotnisko w Smoleńsku nie było przygotowane. Zresztą to zostało powiedziane oficjalnie. Wszyscy wiedzą ponadto, że funkcjonariusze nie zostali wpuszczeni na płytę lotniska, i to też nie jest tajemnica.

Wszyscy wiedzą, że ci, którzy byli na lotnisku i rzekomo zostali poproszeni o jakieś sprawdzenie, nie mogli tego zrobić. Jeżeli ktoś został oddelegowany i wozi ambasadora, jest tylko i wyłącznie kierowcą. Jeżeli wykonuje obowiązki kierowcy, nie może być człowiekiem od przygotowań wizyty, ponieważ nie ma takiej wiedzy.

Szef BOR doskonale wiedział, że kierowca ambasadora nie mógł zabezpieczać Siewiernego, ale dziennikarzom mówił co innego?

Dokładnie. Zresztą chłopaki, którzy pracowali w tamtym czasie w wydziale odpowiedzialnym za przygotowania wizyt, pojechali do Smoleńska po katastrofie i gdy wrócili, opowiadali nam, co widzieli. Wszyscy pytaliśmy, jak było, co widzieli, czy zobaczyli wrak samolotu, ciała. Relacjonowali nam wszystko na gorąco, wtedy nie mieli żadnych powodów, by jakieś fakty ukrywać. Ich zeznania są znane bardzo dużej liczbie funkcjonariuszy. Jeżeli gen. Janicki próbuje zmieniać teraz ten stan rzeczy, wymyślać nagle nowe instrukcje działań ochronnych, opowiadać, że lotnisko było zabezpieczone - to mówię otwarcie: nie mam pojęcia, po co to robi. Nie byłoby całej dyskusji, gdyby uderzył się w piersi i powiedział: tak, moi ludzie nie zostali wpuszczeni na płytę lotniska, ale ja poinformowałem o tym ministra spraw wewnętrznych.

O odczuciach żołnierzy:

Moim kolegom i mnie jest wstyd za Janickiego. Ci funkcjonariusze BOR, którzy zginęli 10 kwietnia 2010 roku, byli naszymi kolegami. Gdyby gen. BOR dostał informację - a według mnie na pewno taką dostał - że lotnisko nie jest przygotowane (mówili o tym koledzy, którzy przyjechali stamtąd) - powinien na piśmie poinformować o tym ministra spraw wewnętrznych i premiera. Powinien znaleźć się tam dopisek: "Proszę zrobić wszystko, żeby w jakikolwiek sposób - czy to drogą radiową, czy telefoniczną - poinformować załogę lotu PLF 101, że lotnisko Siewiernyj jest nieprzygotowane. Zabraniam posadzenia samolotu". Gdyby Janicki tak zrobił, to sądzę, że informacja do czasu lądowania dotarłaby do załogi. Od kolegów z przygotowania wiem, że była możliwość lądowania na innym lotnisku.

 

O nominacji generalskiej dla Janickiego:

O gen. Janickim wiemy, że kiedy prezydentem był Lech Kaczyński, bardzo często poprzez byłego szefa ochrony, który miał jakiś wpływ na prezydenta, starał się o nominację na generała. Ówczesny prezydent za każdym razem odmawiał, a Janicki kipiał ze złości. I nie zostałby nim nigdy, gdyby dalej prezydentem był Lech Kaczyński. To są znów jakieś tajemnice, o których wie całe BOR, ale nie wie prasa i społeczeństwo. Wszyscy wiedzą, że tu tylko chodziło o stanowisko i układ.

Wu-ka, cały wywiad: www.naszdziennik.pl

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...