Zwrot "Michnik poświęcił 1/3 życia na obronę byłych ubeków"  to coś pośredniego miedzy opinią a informacją - uważa prof. Jerzy Bralczyk, biegły w procesie, jaki za te słowa Robertowi Krasowskiemu - b. naczelnemu nieistniejącego już "Dziennika" - wytoczył Adam Michnik.

W środę Sąd Okręgowy Warszawa-Praga wysłuchał prof. Bralczyka jako biegłego w tym trwającym od lata 2007 r. procesie o ochronę dóbr osobistych.

Michnik żąda od pozwanego przeprosin i 10 tys. zł na cel dobroczynny. Sąd wezwał strony na końcowe przesłuchanie 3 lutego 2012 r.

Krasowski użył inkryminowanego zwrotu w marcu 2007 r. w artykule "Dziennika" pt. "O rycerzach lustracyjnej wojny", w którym m.in. wspominał o krytyce Michnika wobec lustracji.

"Wielka, chyba największa legenda opozycji trywializowała się w kolejnych dowodach na to, że kolaboracja i odwaga były w istocie tym samym" - dodał.

W pozwie pełnomocnik Michnika mec. Piotr Rogowski pisał, że zwroty te są pomówieniem godzącym w dobra osobiste powoda, bo "nie ma żadnych podstaw faktycznych, ani też innego usprawiedliwienia dla tak nieprawdziwej w treści, a jednocześnie zniesławiającej wypowiedzi".

"Michnik nigdy nie twierdził, że kolaboracja i odwaga były lub są tym samym" - dodał.

W pozwie sugerowano ponadto, że za publikacją stoją interesy wydawcy "Dziennika", który rynkowo konkurował z "GW".

Zdaniem pozwanego, który wnosi o oddalenie pozwu, proces tłumi swobodę wypowiadania opinii. W artykule "nie ma żadnych faktów, a tylko opinie" - pisał pierwszy adwokat Krasowskiego mec. Piotr Banasik.

Zarzucał Michnikowi, że wyrywa z kontekstu jedno zdanie, które napisał publicysta, a nie historyk.

Sprawę wytoczono nie za wyrażanie opinii, ale za podanie nieprawdziwych faktów - replikował mec. Rogowski. Dodawał, że przed wytoczeniem procesu wystąpił do Krasowskiego by sprostował swe słowa i przeprosił, a wobec braku odpowiedzi skierował pozew do sądu.

Opinia językoznawcza prof. Bralczyka stwierdza, że inkryminowane słowa były elementem publicystyki, która jest "mniej informacją o faktach, a bardziej subiektywną refleksją" oraz "intencjonalną interpretacją" wypowiedzi Michnika. Pisał też, że zwrot ten miał na celu nakreślenie "negatywnego obrazu" publicystyki Michnika.

Dopytywany w sądzie przez obecnego adwokata pozwanego mec. Macieja Łuczaka, prof. Bralczyk mówił, że inkryminowany zwrot to "coś pośredniego miedzy opinią a informacją".

"Większość naszych wypowiedzi nie mieści się niestety ani w kategoriach prawdy, ani fałszu" - dodał.

Według prof. Bralczyka "cechą publicystki jest to, że często zaciera różnice między oceną i informacją".

"Ważna jest intencja użycia danego słowa" - dodał.

"To nie wykład akademicki, przejdźmy do kwestii opinii" - upominał sędzia mec. Łuczaka.

Ten spytał prof. Bralczyka, czy użyty zwrot mieści się w zwyczajach publicystyki politycznej, co Bralczyk potwierdził.

Mec. Rogowski pytał prof. Bralczyka o kilka innych opinii językoznawców - w tym dwie prywatne adwokata Michnika, które jednoznacznie stwierdzają, że kwestionowany zwrot "niesie wartość informacyjną".

"Oni mają inną definicję informacji, którą może być także opinią" - powiedział Bralczyk o autorach tamtych opinii.

"Informacją w tym zwrocie jest to, że Michnik poświęcał swój czas na wypowiedzi, w których bronił ubeków, a to że poświęcił na to jedną trzecią życia, to już ocena" - dodał biegły.

"Przeciętny odbiorca publicystyki mógł odebrać ten zwrot jako informację o tym, że Michnik bronił ubeków, bez uszczegółowienia przed czym i za co" - powiedział.

Dodał, że za informację odebrałby on także to, że Michnik "zacierał granice między kolaboracją i odwagą oraz że działało to na niekorzyść postrzegania go jako legendy opozycji".

Aby nie przegrać procesu o ochronę dóbr osobistych, pozwany musi dowieść, że mówił prawdę lub przynajmniej, że działał w interesie publicznym.

Łukasz Starzewski (PAP)