Na łamach "Naszego Dziennika" z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, socjologiem i filozofem, wykładowcą na Uniwersytecie w Bremie, rozmawia red. Jacek Dytkowski. Profesor opowiada w nim o okolicznościach zakończenia współpracy z Uniwersytetem Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Przypomina, że wykładał tam przez 10 lat, łącząc to z pracą na Uniwersytecie w Bremie:

Można powiedzieć, że w ostatnim czasie generalnie zmieniła się na niekorzyść ogólna atmosfera na UKSW. Jak wiemy, ks. rektor prof. Ryszard Rumianek zginął w katastrofie smoleńskiej. Wybrano następnie nowe władze uczelni i po tych zmianach zaczęły się kłopoty.

Socjolog podkreśla, że kontynuacja jego zatrudnienia była możliwa tylko przy woli współpracy z obu stron. Dlatego, że musiał dojeżdżać z bardzo daleka do pracy, co wiązało się z koniecznością dodatkowych ustaleń regulujących tę kwestię. Tej woli jednak zabrakło, narastały za to napięcia:

Także reprezentowane przeze mnie poglądy polityczne nie bardzo odpowiadały władzom UKSW, bo ks. rektor prof. Henryk Skorowski w pewnym momencie dał mi do zrozumienia, że nie podoba mu się moja publicystyka. Następnie pojawiły się dalsze trudności. Między innymi ks. Tadeusz Bąk, dyrektor Instytutu Socjologii, stwierdził, że moja działalność publiczna odbija się negatywnie na studentach. Była to nieprawda. (...) Do tej niesprzyjającej atmosfery przyczyniał się obniżający się poziom nauczania socjologii. Byłem coraz bardziej niezadowolony z ogółu studentów, gdyż okazało się, że nagminnie oddają oni prace, które są po prostu kopiowane z internetu itd. To również w pewien sposób miało wpływ na moją sytuację.


Uczelnia nie stanęła w obronie rozsławiającego jej imię naukowca także po kolejnych brutalnych atakach ze strony "Gazety Wyborczej", gdzie sugerowano, że UKSW powinien się pozbyć Krasnodębskiego.

W zasadzie mógłbym oczekiwać, że UKSW weźmie mnie w obronę. Ale stało się zupełnie inaczej

- mówi profesor, który obecnie podjął współpracę z Akademią Ignatianum w Krakowie. I trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem socjologa, że gdy po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. Polska rozpoczynała budowę niepodległego państwa, starano się m.in. przyciągać różne jednostki, które znalazły się poza granicami kraju, by umożliwić im pracę dla wspólnego dobra. Dzisiaj czyni się odwrotnie.

W imię jakich wartości? Politycznej uległości? Strach pomyśleć co powiedziałby o takiej postawie patron uczelni, nieustraszony Prymas Tysiąclecia...

wu-ka, źródło: Nasz Dziennik