„Rzeczpospolita” podaje, że Prokuratura Apelacyjna w Poznaniu umorzyła śledztwo wobec biznesmena Ryszarda Sobiesiaka, jego syna Marka oraz byłych polityków PO Zbigniewa Chlebowskiego i Marcina Rosoła zamieszanych w aferę wyciągową.

Oskarżono za to sześć osób – leśników, samorządowca i biznesmenów – które łamały prawo, by wyciąg narciarski Sobiesiaka w Zieleńcu mógł błyskawicznie powstać.

To „Rzeczpospolita" ujawniła, że Winterpol, firma Ryszarda Sobiesiaka, od którego zaczęła się afera hazardowa, budując wyciąg wycięła nielegalnie pół hektara państwowego lasu. Dopiero później wyłudziła pozwolenie fałszując dokument poświadczający prawo do dysponowania gruntem Lasów Państwowych. Dziennik ujawnił, że w sprawę zaangażowali się politycy.

Ze stenogramów rozmów nagranych przez CBA wynikało, że Chlebowski, wówczas szef Klubu Parlamentarnego PO, chwalił się Sobiesiakowi, iż dyrektor Lasów Państwowych we Wrocławiu „melduje na bieżąco", jak się ma stan spraw związanych z budową wyciągu, bo „tam narozrabiane jest".

O wydanie kluczowej decyzji w ministerstwie środowiska zabiegał osobiście Marcin Rosół, asystent ówczesnego ministra sportu Mirosława Drzewieckiego. Przefaksował ją Sobiesiakowi, zamiast Urzędowi Miasta w Dusznikach-Zdroju, który był jej formalnym adresatem.

„My załatwiliśmy ci wycinkę, ale śniegu ci nie załatwimy" – mówił Rosół Sobiesiakowi w podsłuchanej przez CBA rozmowie telefonicznej.

Prokuratura stwierdziła, że brakuje dowodów na nakłanianie urzędników do przestępstwa przez Sobiesiaka, Chlebowskiego i Rosoła. Uznała, że przestępstw dopuścili się wyłącznie urzędnicy Lasów Państwowych, ówczesny burmistrz Dusznik-Zdroju, wiceprezes Winterpolu i inny inwestor, który budował wyciąg na podobnych do Sobiesiaka zasadach.

Sam wyrąb lasu przez firmę Sobiesiaka w obrębie chronionego krajobrazu zostanie bez konsekwencji. Prokurator nie zakwalifikował go jako przestępstwa przeciw środowisku, które jest ścigane z urzędu, lecz jako uszkodzenie cudzej rzeczy, ścigane na wniosek. Generalna Dyrekcja Lasów Państwowych napisała do prokuratury, że nie czuje się pokrzywdzona.

Jak pisze w „Rzeczpospolitej” Jarosław Kałucki, procesu uniknie syn Ryszarda Sobiesiaka, Marek.

Na dokumencie poświadczającym nieprawdę obok podpisu Józefa K. widnieje jego podpis, który musiał złożyć jako drugi członek zarządu. Ale śledztwo wobec niego także umorzono.

Ekspertyza grafologa nie potwierdziła, że to on złożył podpis na dokumencie – wyjaśnia prokurator Hanna Grzeszczyk.

W dzienniku czytamy też o oburzeniu decyzjami prokuratury byłego szef CBA Mariusza Kamińskiego, który wątpi, by materiały z podsłuchów wyodrębnionych z nagrań dotyczących afery hazardowej były w ogóle brane pod uwagę:

- Wówczas ich ocena jako „niewystarczających" byłaby skandaliczna. To pewnie podobny trik jak przy sprawach Weroniki Marczuk czy państwa Kwaśniewskich i willi w Kazimierzu. Wtedy podsłuchów nie wzięto pod uwagę, tłumacząc, że zbierano je do innej sprawy.

Odnosić się do sprawy nie chcą posłowie, którzy pracowali w komisji śledczej badającej aferę hazardową.

Bartosz Arłukowicz:

– Nie mogę komentować sprawy, obowiązuje mnie klauzula tajności.

Beata Kempa:

– Nie możemy podzielić się wiedzą, do której dotarliśmy, ale obie afery: hazardowa i wyciągowa, to czubek góry lodowej.

Afera wyciągowa ujrzała światło dzienne w trakcie prac komisji badającej związki polityków PO z biznesmenami branży hazardowej, zwłaszcza Ryszardem Sobiesiakiem.

znp, RP.pl